LA FERTE-ALAIS AIR SHOW (Francja, LFFQ)



Najpierw usłyszeliśmy syreny alarmowe. Chwilę później dołączyły do nich odgłosy artylerii przeciwlotniczej. Kołujące po murawie lądowiska dwie maszyny szkolne przyspieszyły chcąc skryć się przed nadciągającą katastrofą. W tym samym momencie, na niebie nad lotnisko nadleciała zwarta formacja wrogich maszyn. Chwilę później ich piloci, jeden po drugim, kładli maszyny na lewe skrzydło, aby zaraz przejść do ataku z lotu nurkowego. Pierwsze wybuchy wstrząsnęły powietrzem. Plan „Tora, Tora, Tora” wszedł w fazę realizacji…. ale może jednak zacznę od początku ;). Układając tegoroczny plan wyjazdów postanowiliśmy odwiedzić jedną z imprez odbywających się we Francji. Uznaliśmy, że w kraju Patrouille de France, Ramex Delta i Rafale na pewno organizuje się jakieś fajne lotnicze imprezy. Nasz wybór padł na pokazy Meeting Aerien Amicale Jean Baptiste Salis, w skrócie La Ferte Alais Airshow. Lotnisko, a może raczej lądowisko, w La Ferte-Alais jest bazą Stowarzyszenia im. Jeana Baptiste Salis. Organizacja ta zrzesza ponad 300 miłośników lotnictwa, w większości właścicieli starych samolotów bądź ich wiernych replik. Obecnie mają oni na „stanie” ponad 70 maszyn, większość w stanie lotnym! W programie imprezy można było naliczyć aż 150 samolotów, z czego ponad 100 planowano pokazać w powietrzu. Reprezentowały one wszystkie etapy rozwoju lotnictwa. Od pionierów, poprzez Wielka Wojnę, złoty okres rozwoju w latach między wojennych, zmagania z czasów II wojny światowej aż po wojnę w Wietnamie. Dalej mogliśmy podziwiać maszyny powojenne zarówno cywilne, jak i wojskowe, aż do konstrukcji współczesnych – z dumą francuskiego lotnictwa wojskowego – zespołem akrobacyjnym Patrouille de France oraz wielozdaniowym Rafale. Tę ostatnia maszynę mogliśmy podziwiać aż w dwóch prezentacjach. Najpierw w bloku poświęconym Lotnictwu Morskiemu, gdzie para Rafale N prezentowała się w towarzystwie samolotu Alize oraz MS 706, następnie, prawie na zakończenie imprezy, wystąpił Rafale Sił Powietrznych, jak zwykle w super dynamicznym pokazie i… nowym malowaniu. Całość programu imprezy podzielona została na bloki tematyczne. Samoloty często występowały w grupach, nierzadko odtwarzając wyreżyserowane inscenizacje. Dla przykładu – pokaz pięknie odrestaurowanej Lockheed Electry upamiętniał znaną amerykańską pilotkę Emilię Erchart. Co warte podkreślenia, nawet pilotująca tę maszynę pani została w odpowiedni sposób wystylizowana. Na bogatej wystawie statycznej oprócz samolotów prezentowały się również grupy rekonstrukcyjne, odtwarzające epizody odpowiednie dla danej maszyny. Mieliśmy zatem obóz amerykańskich spadochroniarzy przy C-47, punkt werbunkowy US Army przy P-51, lotników z I WŚ itp. Dla nas smaczkiem byli dwaj „piloci” z okresu Bitwy o Anglie, stojący przy Hurricane. Odtwarzali oni scenę rozmowy angielskiego instruktora z młodym… polskim pilotem (!). W umiejscowionym obok wystawy statycznej wielkim hangarze, na stojącej obok B-17 scenie, występowały fenomenalne Manhattan Dolls – trio wokalne śpiewające repertuar z lat czterdziestych. Z „muzycznych” akcentów warto wspomnieć jeszcze o orkiestrze szkockich dudziarzy, która skutecznie zwracała na siebie uwagę gdziekolwiek się pojawiła :). Jak wspomniałem wcześniej, pokazy samolotów podzielone były na swoiste bloki tematyczne. Co zatem można było zobaczyć? Oto kilka przykładów. Prezentacja poświęcona samolotom firmy Boeing zawierała przelot formacji dwupłatowych Stearman-ów w „towarzystwie”… rejsowego B-737. Samoloty firmy Hawker (Hunter i Sea Fury) prezentowały się najpierw we wspólnych, a później w solowych prezentacjach. Możliwości Guarda Civil w gaszeniu pożarów zaprezentowały w bardzo dynamicznych i widowiskowych pokazach Canadiar CL-415 oraz Tracker. Ich ostatni (niski) przelot prawie nad publicznością, to było coś co bardzo lubimy. Niemiecką Luftwaffe dla odmiany reprezentowały … dwa Ju-52 oraz Storch. Front wschodni i walczący tam pułk Normandie – Niemen uhonorowały dwa Jaki-11 i Jak-3. Royal Air Force i Bitwę o Anglię przypomniały pokazy Gloster Gladiator, Spitfire oraz Huricane. Dla uczczenia 75 rocznicy tego historycznego wydarzenia, kołujące po pokazach samoloty witała, oddając honory, szkocka orkiestra oraz grupa rekonstruktorów w mundurach pilotów sił powietrznych walczących w tej bitwie. Zadbano nawet o takie szczegóły, że poszczególni piloci salutowali w odpowiedni dla swojej narodowości sposób (!). Najbardziej efektowne, były bogate w efekty pirotechniczne pokazy zatytułowane… Tora, Tora, Tora oraz Apocalipse Now . Pierwsza oczywiście nawiązywała do japońskiego ataku na Pearl Harbor. Nie był to oczywiście taki „wypas” jaki można zobaczyć na pokazach za oceanem, ale trzeba przyznać, że i tak było na co popatrzeć. Widok dziesięciu Harwardów (pozorujących maszyny japońskie) „przewalających” się jeden za drugim na skrzydło i przechodzących do ataku w nurkowaniu, to jest coś, co naprawdę watro było zobaczyć na żywo. Finalnym elementem pokazu był zwycięski pojedynek pomiędzy P-40 i „Zero” (mocno zmodyfikowany T-6). Drugim tak bogatym w efekty pokazem była prezentacja nawiązująca do wojny w Wietnamie. Tutaj główną rolę zagrały gwiazdy całego airshow (z naszego subiektywnego punktu widzenia) – trio A-1 Skyrider (!). Zanim jednak te potężne maszyny przyniosły (symulowane) spustoszenie na pozycje przeciwnika, w powietrzu zaprezentował się rozpoznawczo szturmowy OV-10 Bronco. Muszę przyznać, że nie spodziewałem się, że na tej maszynie można robić takie rzeczy ;). Dla nas jednak “gwoździem programu” były Skyridery i to, co wyprawiały w powietrzu. Co warte podkreślenia, całe pokazy charakteryzowały się świetnie dobraną muzyką, która była nie tylko przyjemnym tłem, ale wręcz dopełniała poszczególne prezentacje. Pierwsze takty „Riders on the Storm” The Doors zawsze już będą kojarzyły mi się z widokiem kołujących Skyriderów. Generalnie świetna muza jest jednym z wielu mocnych atutów tej imprezy… A co mi się nie podobało….? Największą (i chyba jedyną) wadą imprezy było rozstawienie systemu nagłośnienia. Otóż, podobnie jak w Volkel, zostały one umiejscowione w niewielkich odległościach od siebie… kilka metrów przed linią publiczności. Konia z rzędem temu, kto nie ma ich w którymś ze swoich potencjalnie najlepszych kadrów. Podsumowując. Nasz mały eksperyment z francuskimi pokazami udał się wyśmienicie. Pokazy La Frete Alais 2015 okazały się być świetną imprezą, przypominającą trochę połączenie Flying Legends i naszej nieodżałowanej Góraszki. Jest to impreza, o której z pewnością możemy powiedzieć, że ma „wspaniały klimat”. Blisko sto samolotów w powietrzu. Świetnie skomponowany program i takaż organizacja. Nic dodać, nic ująć. Z pewnością tam jeszcze wrócimy.

Przemek „Youzi” Szynkora