FLYING LEGENDS 2017 (Wielka Brytania, EGSU)


W tym roku miałem nie jechać…
Byłem już 5 razy, zawsze mi się podobało, ale mój plan pokazowy na ten rok przewidywał tylko jeden lipcowy weekend w Anglii. Termin RIATu, który u mnie konkurował z Flying Legends przypadał na następny weekend a tam zapowiedzieli się Thunderbirds. Wybór padł więc na RIAT. Początkowo wszystko potwierdzało słuszność wyboru. Lista uczestników Flying Legends – prawie to samo, co w poprzednich latach. Pewien niepokój wprowadziła informacja o udziale w pokazach amerykańskiej grupy The Horsemen Flight Team – trzech pilotów wykonujących akrobację zespołową na warbirdach. W 2013 roku latali w Duxford na Spitfire’ach, w tym roku mieli to robić na Mustangach. Na pokazach w Stanach można też było podziwiać ich m. in. na Bearcat’ach, Corsair’ach, Lightning’ach i odrzutowych Sabre’ach.
Wytrzymałem. Za rok na pewno też będzie coś ciekawego…
Jednak im bliżej było imprezy, tym chęć ponownego oglądania stada Spitów, Mustangów, Hurricanów i innych takich przybierała na sile. Nie wytrzymałem, kiedy pojawiła się informacja o udziale w pokazach Mustanga „Berlin Express”. Jest to jeden z nielicznych latających tego typu samolotów w wersji P-51B z osłoną kabiny typu „Malcolm Hood”. Dokładnie na takich samolotach latali w czasie II wojny światowej piloci w 4 polskich dywizjonach. Kiedy jeszcze okazało się, że samolot ten przeleci z Texasu do Duxford na własnych skrzydłach, to wątpliwości już nie miałem. Trzeba lecieć. Mój zapał mogła ostudzić tylko wysoka cena biletów lotniczych, ale na szczęście okazało się, że koszt przelotu jest „do pokonania”.
Plan zakładał jednodniową wyprawę, 8 lipca – wylot z Katowic o 6:15 i powrót z Luton tego samego dnia o 20:35 (ichniejszego czasu, czyli o 21:35 patrząc na nasze zegarki). Z Luton do Duxford jest ok 55 km, więc „rzut beretem”. Misterny plan mogła oczywiście popsuć pogoda albo opóźniony samolot,  ale „jest ryzyko, jest zabawa”.
Nadszedł 8 lipca. Około 10 lokalnego czasu jesteśmy z żoną w Duxford. Oczywiście wszystkie co lepsze miejscówki dawno już są zajęte. Generalnie należało się z tym liczyć, więc nawet nie próbujemy rezerwować jakichś drugorzędnych miejsc, tylko idziemy odwiedzić „starych znajomych”. Wstępujemy oczywiście do American Air Museum. W tym roku mam „do pogadania” z Liberatorem, ale Blackbirda też tradycyjnie trzeba pozdrowić. Potem szybki rekonesans wśród pokazowych straganów. W jednym z nich promują „Squadron 303 vodka”. Pan w mundurze lotnika z 1940 roku, nie mówiący (chyba) po polsku pyta czy znamy historię „tych chłopców”. Pokazuje przy tym reprodukcję słynnego zdjęcia pilotów 303 dywizjonu na tle Hurricane’a. Odpowiadam: „We are from Poland”. Pan pokiwał ze zrozumieniem głową i zaprosił na degustację. Inny pan w mundurze lotnika z 1940 roku o wyraźnie ciemniejszym kolorze skóry częstuje trunkiem. Trudno ocenić wyrób po wypiciu śladowej ilości, ale wydaje się, że nie jest to złe.
A teraz szybko na Flight Line Walk. Około 40 maszyn stoi w szeregu, który ciągnie się przez większą długość lotniska – 5 Hurricane’ów, 12 Spitfire’ów, 5 Mustangów (no dobra, 3 ale o jeszcze o dwóch będzie dalej), 4 Hawki (P-36 i P-40), Blenheim, Buchon, Wildcat, Bearcat, Corsair, Sea Fury, Jungmann, 2 Dakoty, 2 C-45, Catalina i B-17 „Sally B”. Samoloty jak zwykle oddziela od zwiedzających jedynie granica miedzy betonem drogi kołowania a nawierzchnią trawiastą lotniska. No może nie do końca. Przed samolotami stoi kilka osób w strojach z lat czterdziestych XX wieku. Są amerykańscy i brytyjscy piloci, mechanicy, panie ze służb pomocniczych. Generalnie pozują do zdjęć na tle samolotów, ale gdy tylko jakiś zauroczony pięknem maszyn spacerowicz za długo przebywa na trawie, proszą grzecznie o nie przekraczanie granicy. Oczywiście, jeżeli chcemy sobie z nimi robić zdjęcie na tle samolotów nie ma najmniejszego problemu. Większość zwiedzających jednak jest zdyscyplinowana i ogólnie jest wesoło i przyjaźnie. Dwa Mustangi stoją po przeciwnej stronie. Są to wspomniany „Berlin Express” i „Frenesi”. Ten drugi również jest gościem zza wielkiej wody, ale ocean pokonał w kontenerze. Kilka dni wcześniej został w Duxford zmontowany i oblatany. Frenesi to Mustang w najbardziej popularnej wersji P-51D. Obydwa samoloty noszą malowanie 357 Fighter Group. Razem z dobrze znanym z europejskich pokazów Mustangiem „The Shark” mają dzisiaj być pilotowane przez panów z Horsemen Flight. Również po drugiej stronie drogi kołowania ustawiono wyścigówki z lat 30 XX wieku. Słynny de Havilland Comet stoi razem z samolotami Percival Mew Gull i Travel Air Type R “Mystery Ship”. Towarzyszy im również nieco młodsza konstrukcja – niewielki LeVier Cosmic Wind z 1947 roku.
Czas wśród latających legend szybko mija. O 12:30 zamykają Flight Line Walk, bo samoloty trzeba przygotować do pokazów. Idziemy poszukać jakiegoś miejsca do założenia „bazy”. Niestety od dwóch lat najbardziej atrakcyjna miejscówka na terenie Imperial War Museum, tzw. „Tank Bank” w zachodniej części lotniska nie jest dostępna dla publiczności w czasie pokazów. Jest za blisko pasa i osi pokazów. Wielka szkoda.
W miejscach, gdzie do osi pokazów jest najbliżej jest już dosyć tłoczno. Jakoś nie chce nam się tam kisić, więc wybieramy trawnik niedaleko muzeum „Land Warfare”. Trochę dalej, nie bardzo widać startujące samoloty, ale nie nastawiamy się już na „zdjęcia roku” (jak się później okazało nie była to miejscówka nawet  na „zdjęcia miesiąca”).
Pokazy o 14 tradycyjnie rozpoczyna parada 9 Spitfire’ów, która wkrótce przeradza się w powietrzną gonitwę. Potem latają kolejno pozostałe samoloty, w grupach kilkusamolotowych lub solo. I tak nieprzerwanie do godziny 18. Pokazy kończy Balbo – grupowy przelot maszyn biorących wcześniej udział w pokazach. W tym roku było ich 19. Szczegółowo nie będę opisywał przebiegu pokazów, ale o jednym trzeba napisać. Jako jeden z pierwszych w powietrze wzbił się Mustang „Berlin Express”. Myślę sobie „O! Super!”. Nie tylko będzie go można zobaczyć w trójce Horsemen Flight ale również solo. Za jakiś czas widzimy, jak od wschodniej strony lotniska (my jesteśmy po zachodniej), w płytkim nurkowaniu zbliża się nasz gwiazda. Przemyka nad lotniskiem na takiej wysokości, że znika nam z oczu za stojącymi w pewnej odległości kamperami, nabiera wysokości, na pozycji „z wiatrem” wypuszcza podwozie i podchodzi do lądowania. Nawet jednego zdjęcia nie zrobiłem. Pomyślałem „pewnie to tylko oblot techniczny przed grupowym pokazem” i nie za bardzo słuchałem, co mówił komentator. Przez całe pokazy czekałem na występ „horsmenów” i dopiero kiedy samoloty zaczęły kołować do Balbo dotarło do mnie, że nic z tego nie będzie. Trudno. W trakcie Balbo, po pierwszym grupowym przelocie wychodzimy z terenu pokazów i jeszcze z drogi strzelamy klika zdjęć podczas kolejnego przelotu. Spieszymy się na samolot. Na lotnisku okazuje się, że samolot ma oczywiście 1,5 godziny opóźnienia.
Następnego dnia przeglądając w domu forum UKAR dowiaduję się, że w czasie pokazu Mustanga „Berlin Express” o mało nie doszło do tragedii. W czasie owego szybkiego przelotu nad lotniskiem zerwana została osłona kabiny. Odłamki pleksi oraz rama osłony uderzyły w usterzenie samolotu. Szczęśliwie uszkodzenia nie miały wpływu na sterowanie i pilot bezpiecznie wylądował.
Gdy niedzielny dzień zbliżał się ku końcowi gruchnęła kolejna smutna wiadomość. W czasie Balbo, podczas podchodzenia do lądowania, na pola przed lotniskiem spadł Mustang „Miss Velma”. Na szczęście pilot wyszedł z wypadku bez szwanku, a uszkodzenia samolotu wydają się możliwe do naprawienia. Ta, to przynajmniej wygląda na zdjęciach w internecie.
Jeżeli chodzi o zdjęcia, które przywieźliśmy to w zasadzie nie ma się czym chwalić. Odległość i gorące powietrze zrobiły swoje. Jest za to, jak dla mnie, fajna pamiątka miło spędzonego dnia. Może komuś też się spodoba?
Aha, za rok też jadę. Taki mam plan.

Lucjan „Acroluc” Fizia