FLYGFESTEN DALA-JARNA 2015 (Szwecja, ESKD)



Lecimy. Samolot De Havilland DH.114 Heron. Jedyny na świecie latający egzemplarz tego typu. Wysokość około 1000 metrów. W dole piękny szwedzki krajobraz z tysiącami jezior, wysepek i lasów. Za sterami Jan Andersson. Obok niego – otumaniony od ilości wrażeń – ja :) Otumaniony bo dzieje się tyle, że nie nadążam! Jestem po kilku dniach mega fotografowania na lotnisku muzeum Västerås oraz po dwóch sesjach air2air z formacją Texanów i A-26. Dzisiejszy dzień od rana przebiegał w klimacie wyjazdu do oddalonego o około 200 km od Västerås lotniska Dala-Järna gdzie mają odbyć się pokazy lotnicze, do których wszyscy ostatnio trenowali. Przedsięwzięcie dość skomplikowane logistycznie bo część osób będzie rezydować w jednym miejscu, część w innym, jedne samoloty będą operować z Dala-Järna inne z Borlänge. Całe towarzystwo i pilotów i techników od rana biegało i komunikowało się oczywiście po szwedzku, z czego rozumiałem dokładnie nic. W końcu zapytałem się Janne jak to będzie ze mną, czym pojadę i z kim i dokąd dokładnie? Powiedział, że nie mam się o nic martwić, i że on się wszystkim zajmie. No i jak powiedział tak zniknął. To znaczy po kilku chwilach Daniel (prawa ręka Janne) przyszedł do mnie i zabrał moją walizkę do samochodu mówiąc, ze ja polecę na końcu z Janne. Polecę? No ok. I tak oto zostałem tylko i aż z moim plecakiem foto obserwując jak wszyscy po kolei wyjeżdżają i wylatują. W końcu ktoś zamknął wrota od tego potężnego, historycznego hangaru i nastała rzadko tu spotykana cisza. Zostałem sam. Musiało to super wyglądać z odległości. Potężny zamknięty hangar a pod jego drzwiami siedząca na betonie jakaś sierotka z plecakiem. Pozostało mi tylko czekać na bieg wydarzeń tu, samemu, na końcu świata i wierzyć, że Janne o mnie nie zapomni. Po dwóch godzinach czekania zaczynałem trochę wątpić. Bo w końcu kim ja tu jestem by o mnie pamiętano w tym całym galimatiasie? A jeżeli nawet to niby czym miałby po mnie przylecieć? Janne odstawiał Huntera do Borlänge a Texany już w Dala-Järna. Pozostało mi tylko jedno rozwiązanie, że Andreas, który wiózł Heronem ekipę do Borlänge, odda miejsce Janne za sterem a ten przyleci po mnie Heronem właśnie. No jaja jakieś. Taką niemałą czterosilnikową maszyną tylko po mnie? Tak czy siak byłoby dobrze, gdyż zostałem tu nawet bez walizki, która pojechała zwiedzać Szwecję niezależnie ode mnie. Choć tak naprawdę to cholera wie gdzie pojechała. Podczas gdy układałem sobie w głowie tę całą układankę, z oddali usłyszałem delikatny i powoli narastający pomruk silników. To Heron! Po chwili wylądował i podkołował pod hangar. Wskoczyłem do środka i z nieukrywaną radochą przywitałem się z Janne. Ten zamknął drzwi i zapytał, czy potrafię coś w temacie pilotażu. Powiedziałem, że tyle o ile i to wystarczyło by mianował mnie swoim co-pilotem :D Niestety, choć jak się później okazało stety, nie zmieściłem się z moimi nogami w kabinie na fotelu drugiego pilota. Zająłem zatem miejsce tuż za Janne i wystartowaliśmy. Była piękna pogoda. Zajęcie miejsca poza kabiną było genialnym posunięciem. Dzięki niemu mogłem biegać wszędzie i focić w każdą stronę. A było co fotografować gdyż Szwecja z lotu ptaka wygląda obłędnie. Do tego ta perspektywa świata widzianego z kabiny Herona podczas lotu w kierunku zachodzącego słońca. Masakra! Cieszyłem się jak głupi. Gdzie tam ja, jakiś nikt, z jakiegoś dalekiego kraju i to z głębokiej wioski, lecę sobie teraz sam z Janne Anderssonem – legendą nie tylko szwedzkiego lotnictwa, hen gdzieś wysoko nad północną Europą, unikatową na skalę światową maszyną, na jakieś lotnisko, na którym nie wiadomo co i kto mnie czeka :) Totalne szaleństwo! Lubię to! :)

Lądowanie w Dala-Järna
Hesja! Zobacz tam w dole jest Dala-Järna! Krzyczy do mnie Janne wyrywając mnie z moich przemyśleń. Ok! Zapinam pas przy okazji układając oba aparaty w pobliżu by były w gotowości do działania. Pierwszy raz w życiu lecę na pokazy lotnicze maszyną pokazową. Z reguły o tej porze siedzę na lotnisku i wypatruję przylatujących samolotów licząc na to, że pokażą coś więcej niż tylko lądowanie z prostej i będzie okazja do zrobienia fajnych fotek. Nie spodziewam się zbyt wiele po naszym przylocie. Raz, że Heron to dość duży, czterosilnikowy, pasażerski samolot dwa, że dość stary bo podejrzewam, że był wyprodukowany gdzieś w latach 60-tych, trzy, że stał dość długo nieużywany w Västerås. Lotnisko coraz bliżej. Mimo, że jesteśmy już dość nisko to nie wygląda mi to jednak na podejście do lądowania, gdyż mamy sporą prędkość. Jesteśmy już tuż nad lotniskiem i zaczyna się szaleństwo. Janne przechyla samolot na lewe skrzydło tak, że trawa nieomal muska jego końcówki a w oknach z prawej strony widzę poziom drzew sąsiadującego z lotniskiem lasu. Wooow! Nisko i ostro dość, jak na tak leciwą konstrukcję. W tej chwili jednak nie myślę o jakimś niebezpieczeństwie, ale rozkoszuję się tym co się dzieje i nagrywam komórką filmik, próbując utrzymać ją na odpowiedniej wysokości, co nie jest łatwe z powodu przeciążeń! Już wyrywamy w górę by zrobić ciasny zakręt nad miasteczkiem i wejść nad lotnisko od drugiej strony! Tym razem kosimy nad samolotami ustawionymi w jednej linii na obrzeżu lotniska. Wrażenie niesamowite! Wyprowadzenie, zakręt i ponowny nalot! Jeszcze niżej niż poprzednio?? Masakra! Tylko przez chwilę żałuję, że nie jestem teraz na lotnisku i nie fotografuję tych manewrów! Po kolejnych dwóch nalotach Janne ewidentnie przygotowuje się do lądowania. Manewr niby prosty ale nie tu. Pas startowy lotniska Dala-Järna mierzy sobie 800 metrów. To znaczy mało. Trzeba więc wylądować tuż na początku pasa. Już jesteśmy na podejściu. Już lecimy totalnie nisko nad samym lotniskiem. Już drą się ostrzeżenia o przeciągnięciu. Jeszcze chwila i… jeb! Przyziemiamy jakieś 5 metrów przed początkiem pasa :) O dziwo samolot znosi to zupełnie spokojnie. Kołujemy na nasze miejsce postoju. Wysiadamy. Jest piękny, ciepły wieczór. Zachodzi właśnie słoneczko. Na lotnisku wita nas komitet powitalny. Ktoś z obsługi lotniska dogaduje z Janne szczegóły. Słyszę, że Janne przedstawia mnie jako jego „crew”, co sprawia, że otrzymuję właśnie taki identyfikator hi hi :) Ku mojej uciesze podchodzą do mnie moi znajomi szwedzcy fotografowie, witają się i dają mi identyfikator „Photo”! Podobno dowiedzieli się, ze będę i sami z siebie mi załatwili akredytację. Strasznie to miłe. Wszyscy opowiadają o naszym przylocie, że podobno wyglądało to kosmicznie, że są mega w szoku, że Janne zaskoczył wszystkich przylatując Heronem niczym rasowym myśliwcem. Nagle czuję klepnięcie w plecy i znajomy głos, który mógł wydobyć się tylko z jednych ust. To Jurgis Kairys wita się i mówi, „hesja, to było dopiero niebezpieczne!” He He :) Zawsze Jurgisa proszę przed jego lotami, żeby nie latał zbyt niebezpiecznie i on zawsze mnie uspokaja mówiąc, że wie co robi. To jego stwierdzenie jest jednak najlepszym dowodem, że Janne nieźle zaszalał. Ja jestem w szoku. Znajduję się na można powiedzieć, końcu świata a czuję się jak wśród najlepszych przyjaciół! Już mam w ręku piwo, już stoimy i plotkujemy. Podchodzi do nas Rick van Der Graf (holenderski pilot Jak-3U), z którym znamy się od dość dawna oraz Mikael Carlson – kolejna legenda szwedzkiego lotnictwa. Plotkujemy, śmiejemy się, spijamy kolejne pifka, robię im zdjęcia ale… w głowie zaczyna rodzić się pytanie – co dalej? Janne – a gdzie ja będę spać? No i gdzie jest moja walizka? Ups… okazuje się, że nie wiadomo gdzie będę spać a walizka… no ta jest z Danielem czyli jakieś 80 km stąd i nie ma opcji by była dziś ze mną. Zapada noc. Towarzystwo powoli opuszcza lotnisko. Jadę z pilotami i technikami. Nie wiem gdzie. Lasy jakieś. Na szczęście niedaleko. W ciemnościach nocy wygląda mi to na jakiś ośrodek z kilkoma budynkami porozrzucanymi po okolicy. Wszyscy ładujemy się do tego największego budynku. Pada hasło, że o 7.00 wyjeżdżamy. A gdzie ja mam spać? Ok. – jest i miejsce dla mnie. Sala. Pięciu Szwedów już w środku siedzi przy stole. Dookoła trzy zestawy łóżek piętrowych w tym moje oczywiście na piętrze. Wszystko co mam to sprzęt foto. No jakoś przebieduję. Dobrze, że są jakieś ręczniki. Atmosfera taka sobie. Oni coś tam sobie opowiadają, śmieją się, dyskutują. Wszystko oczywiście po szwedzku. Mają totalnie inne od polskiego podejście do takich akcji. U nas na bank byśmy próbowali zagadać z obcakiem, zaprosić do stołu by mu było fajniej. Coś razem, na wesoło. No i na bank przynajmniej jedna flaszeczka by już była rozlewana :) Oni nic. Przywitali się, dowiedzieli skąd jestem i… już. Spoko. Leżę sobie zatem na gałęzi i słucham ich gadania próbując wyłowić choć pojedyncze słowa. Hehe – zawsze jak słyszę szwedzki język – na myśl przychodzą mi różne sceny ze Szwedami z „Potopu”. W ogóle taki dość śmiechowy jest :)
CDN. :)

Sławek “hesja” Krajniewski