AXALP 2010 (Szwajcaria, LSMM)



Pokazy lotnicze w Alpach w pobliżu miejscowości Axalp w Szwajcarii to zapewne jedno z najbardziej wyjątkowych wydarzeń w europejskim kalendarzu imprez lotniczych. Aby wziąć w nich udział, trzeba wspiąć się na wysokość ok. 2400 metrów i być tam już wcześnie rano z racji niebezpieczeństwa, jakim dla wspinających się turystów byłyby latające od godz. 9.00 myśliwce strzelające z ostrej amunicji do tarcz, rozmieszczonych tuż obok turystycznych szlaków. Wspinaczka od wczesnego świtu daje niesamowitą możliwość oglądania wschodu słońca w jakże pięknej scenerii szwajcarskich Alp. Podczas treningów strzeleckich i samych pokazów wyjątkowość Axalp nabiera na sile! Wszystko dzieje się jakby w przyspieszonym i totalnie zwariowanym tempie! Jakby w zupełnie innym świecie! Mieszanka odgłosu strzelających tuż nad głowami działek! Huk dopalaczy maszyn, które po oddanej serii wspinają się tuż ponad ostrymi jak brzytwa zboczami gór! Niesamowite wręcz oderwania strug na płatowcach w tych karkołomnych manewrach! Efektowne akrobacje okraszone odpalaniem dziesiątek flar! Wszystko to sprawia, że rokrocznie Axalp przyciąga na zbocza cudownych Alp setki fanów lotnictwa z całego świata.

To już moje czwarte Axalp i za każdym razem od strony lotniczej dzieje się prawie to samo. Zawsze pokazy rozpoczyna grupa samolotów F/A-18, które wlatując z dużą prędkością w dolinkę odpalają serię flar, a następnie prowadzą pokazowy trening, strzelając do rozmieszczonych w pobliżu publiczności tarcz. Po F/A-18 przychodzi czas na F-5, które również strzelają do tych samych tarcz wykonując najścia z tych samych kilku kierunków. Po treningu następują przeloty całych formacji, zarówno Hornetów jak i F-5. Następnie przychodzi pora na desant spadochroniarzy oraz akrobację Pilatusa PC-21. Gdy Pilatus kończy latać nad szczytami Alp, rozpoczyna swój pokaz solista na F/A-18 Hornet. Po myśliwcu na scenę wkraczają śmigłowce. Zdarza się pokaz lotniczego ratownictwa górskiego, z reguły odbywa się też zrzut wody z dwóch śmigłowców Super Puma, ale murowanym elementem pokazów śmigłowcowych w Axalp jest Eurocopter TH89 Cougar, który rozpoczyna swój show od górki, podczas wykonywania której odpala 128 flar. Rokrocznie w tym samym momencie pokazów i rokrocznie w prawie dokładnie tym samym miejscu. Po Cougarze nad axalpową dolinkę przylatują Patrouille Suisse na samolotach Northrop F-5E Tiger II i po ich pokazie, który jak zawsze w Axalp wygląda wyjątkowo pięknie, następuje koniec pokazów. Biorąc pod uwagę powyższe, można dojść do przekonania, że pojmując Axalp tylko pod kątem lotniczym i nie biorąc pod uwagę zdziwienia, jakie za każdym razem wywołują strzelające z ostrej amunicji, tuż nad publicznością samoloty, to są to jedne z najnudniejszych pokazów lotniczych. Gdyby pokazy te odbywały się na jakimś zwykłym, płaskim lotnisku, to poza lokalnymi miłośnikami lotnictwa i pewną grupą spotterów, którzy z zasady jeżdżą na wszelkie możliwe imprezy lotnicze, nie wywołałyby zapewne takiego zainteresowania.

A jednak co roku Axalp elektryzuje tysiące fanów lotnictwa nie tylko w Europie. Wszystko za sprawą niesamowitej lokalizacji tych pokazów. Wysokogórskie ukształtowanie terenu i wyjątkowo zmienna pogoda sprawiają, że każdego roku, a nawet każdego dnia pokazów w danym roku, mimo powtarzalności samych działań lotnictwa, jesteśmy w stanie przeżyć coś innego, coś niepowtarzalnego, zrobić zupełnie różne i za każdym razem wyjątkowe zdjęcia! Na strzelnicy w Axalp-Ebenfluh, na terenie której odbywają się treningi i same pokazy, znajdują się trzy miejsca, na których może oficjalnie przebywać publiczność. Są to szczyty nazwane KP, Tschingel i Brau. Zostały one już niejednokrotnie opisane w relacjach z lat poprzednich.

Jest jednak w Axalp jeszcze jedna góra. Góra potężna i groźnie wyglądająca. Góra, przy której wymienione przed chwilą wyglądają jak zwykłe pagórki. Góra, na którą wykonywana jest większość nalotów. Góra, po której zboczach „wspinają” się myśliwce po oddaniu serii do tarcz, by następnie przelecieć nad jej szczytem w locie plecowym niczym skoczkowie wzwyż nad poprzeczką. Góra, o której każdy, kto choć raz był w Axalp, myśli, marzy i zastanawia się, jak by to było wspaniale się na niej znaleźć. Góra, która jest prawie na wszystkich zdjęciach z Axalp! Ta góra to Wildgarst!

Wildgarst został zdobyty rok temu przez naszych najlepiej kondycyjnie przygotowanych przyjaciół, którzy jednak nie mieli niestety dobrej pogody, a po powrocie z tej wspinaczki, która zaczęła się głębokim świtem a zakończyła już po zachodzie słońca, byli totalnie skatowani. Ich wygląd po powrocie nieźle przestraszył resztę grupy, bo skoro oni byli na granicy swoich możliwości, to co dopiero reszta? Nic to. Plan zdobycia Wildgarst większą grupą zakreśliłem sobie w głowie na 2010 rok. W związku z tym pilnie śledziłem wszelkie informacje pogodowe. Ku mojemu zadowoleniu na czas pokazów w 2010 roku prognozowano bardzo stabilną, prawie bezchmurną pogodę z temperaturami minimalnie powyżej zera. Była to bardzo dobra wiadomość i Projekt Wildgarst nabrał realnych szans na realizację. Niestety nie poszły za tym żadne moje przygotowania kondycyjne, gdyż przegrały z natłokiem innych spraw i najzwyczajniejszym na świecie lenistwem :)

Prognoza pogody sprawdziła się na miejscu, choć nie do końca. Bo o ile w Axalp i powyżej było zgodnie z prognozami piękne niebo i cudnie świeciło słońce, tak wszystko poniżej spowite było gęstymi chmurami. Efekt niesamowity, nieznany nam z lat poprzednich. W zasadzie przez cały nasz pobyt znajdowaliśmy się powyżej linii chmur i odnosiło się wrażenie, że będąc na górze, jesteśmy na jednej z wysp na rozciągającym się po horyzont oceanie chmur. Gdy w czwartek chmury podniosły się na tyle, by spowić całą wioskę Axalp, a my jechaliśmy na pokazy wyciągiem krzesełkowym, to w pewnym momencie wychodząc z chmur prosto w jaskrawe słońce, za nami wokół naszych cieni zaobserwowaliśmy cudowne widmo Brockenu! Niesamowity moment i wyjątkowe zjawisko! Szkoda że trwało tylko chwilę i nie zdążyłem przezbroić aparatu.
Mając na względzie chęć wdrapania się na Wildgarst, pierwszego dnia postanowiliśmy aklimatyzacyjnie spróbować swoich sił na KP. O dziwo, weszliśmy wszyscy bez problemów, skupiając się głównie na kompanach, którzy byli z nami w Axalp po raz pierwszy. Miło było patrzeć jak przeżywali to, co ja 4 lata temu. Wejście, pobyt na KP i później zejście ociera się o jakąś magię. To naprawdę wyjątkowe miejsce, taka niby świątynia dla wszystkich lotniczych świrów! Dla nas na pewno! Krajobrazy, latające i strzelające nad głowami samoloty, panująca tam atmosfera są nie do podrobienia! Do tego poplotkowaliśmy z tak wielonarodową ekipą, że nawet nie podejmę się wymieniania narodowości naszych kompanów.

Drugi dzień, dla odpoczynku po KP i w ramach podtrzymania formy przed atakiem na Wildgarst, spędziliśmy na „małej górce” czyli Brau. Brau jest najniższym z axalpowych górek, ale podejście na nią od strony kolejki niejednemu dało bardziej w kość niż wejście na KP. Fotografowanie z tej perspektywy to znowu coś nowego. Niby te same pokazy, ale kilkaset metrów dalej i niżej dało zupełnie inne efekty. Byłem ciekaw przynajmniej dwóch momentów, które zawsze obserwowałem czy to z KP, czy z Tschingel’a. Mianowicie lądowania śmigłowca przed pokazem Patrouille Suisse i nalotu solisty zespołu, który tę górkę upatrzył sobie wyjątkowo. Eurocopter lądował tuż przy nas, a my w zamian za usunięcie z jego lądowiska swoich plecaków, nie omieszkaliśmy sobie przy nim zrobić zdjęcia grupowego. Z kolei solista Patrolu wyskoczył na nas z takim impetem, że udało się go zarejestrować może na dwóch klatkach z serii:) Wracając do Eurocoptera należy dodać, że w tym roku byliśmy świadkami przejścia szwajcarskiego lotnictwa ze śmigłowców Alouette III na Eurocoptery TH05. Na koniec pokazów każdego dnia odbywała się pożegnalna parada Alouette III, które zakończyły służbę w szwajcarskich siłach powietrznych.

Nasz atak na Wildgarst tak naprawdę rozpoczął się we wtorek wieczorkiem, kiedy to zrobiliśmy sobie coś w rodzaju odprawy przed środową wspinaczką. MarS, który jako jedyny z nas już na Wildgarst był, opowiedział nam o swoich doświadczeniach z 2009 roku. Dopiero wtedy wielu z nas uświadomiło sobie, że to nie będzie spacer po dolince ani zwykła wspinaczka jak na KP. Kilka godzin później jedenastu śmiałków pokonywało w ciemnościach nocy kolejne metry podejścia pod tę potężną górę. Jak zwykle najlepiej się szło w ciemnościach. Nie widzi się wtedy ile jeszcze pozostaje do przejścia, nie widzi się głębokości przepaści rozpoczynających się kilka metrów od szlaku a jedynie walczy się z kolejno nachodzącymi kryzysami. W połowie drogi zaczęło się przejaśniać i Wildgarst pokazał nam swoje zęby. Stromizna podejścia była tak duża, że z góry co chwilę spadały kamienie luzowane przez kolegów, którzy tamtędy przechodzili. Było dość niebezpiecznie, ale daliśmy radę. Wraz z pojawieniem się słoneczka i zdobywaniem kolejnych metrów wysokości, zaczęły się nam ukazywać kapitalne wysokogórskie widoki, które dosłownie zapierały dech w piersiach. Końcówka drogi to już tylko pokryte śniegiem skały i niezliczona ilość kamieni. W końcu doszliśmy na sam szczyt! Niesamowite wrażenie! Wleźliśmy na 2892 metry! Na szczycie międzynarodowe towarzystwo wygrzewało się w słoneczku. W dole, hen gdzieś daleko widać było znane nam z zupełnie innej perspektywy szczyty KP i Tschingel. Wpisaliśmy się do wildgarstowej „Księgi Gości”, posililiśmy i… czekaliśmy na loty.

KP oddalone było na tyle od szczytu Wildgarst, że wszystko co się działo w jego pobliżu, było od nas bardzo daleko. Nawet przy użyciu obiektywu o ogniskowej 500mm (na formacie DX – 750mm) ciężko było przyfocić coś ciekawego. Wszyscy czekaliśmy na te momenty, kiedy samoloty wykonywały strzelanie do tarcz umieszczonych na zboczu naszej góry. Wtedy wrażenia były niesamowite! Widziałem w życiu dużo, przeżyłem niejednego „kosiaka”, ale to co się działo na Wildgarst nie da się z niczym porównać. Daleko nad chmurami było widać samolot w postaci małego punkcika, który leciał w stronę KP. W pewnym momencie punkcik robił zadymę pozostawiając za sobą obłoczki szarego dymu, czym wyraźnie zaznaczał oddanie serii z broni pokładowej. Później kierował się w naszą stronę i niewyobrażalnie szybko rósł w oczach. Z punkcika przeistaczał się w sylwetkę pięknego F/A-18! W końcowej fazie lotu, gdy wydawało się już, że wbije się niechybnie prosto w nas, samolot przekręcał się na plecy i dosłownie nad nami z potężnym hukiem przewalał się przez grań! Nie było tam odważnych! W momencie przewrotki każdy z nas kulił się jak mógł i tylko kątem oka widział pilota w kabinie i rozpostarty nad sobą płatowiec maszyny niczym dach! Po sekundzie można się było podnieść i o ile nic nie leciało od strony KP – przyfocić Horneta manewrującego między skałami na tyłach Wildgarst. Podobna zabawa była z F-5, ale te latały już dużo wyżej i dużo bardziej zachowawczo. Po tych nalotach focenie na Wildgarst dla nas w zasadzie się skończyło. Oczywiście ładnie prezentowały się przeloty całych formacji F/A-18 i F-5 oraz bliskie spotkania z zawracającymi akurat nad nami samolotami z Patrouille Suisse. To już jednak nie było to samo. Mimo to wrażenia ze strzelań były tak potężne, że wszyscy jak jeden mąż zapisali się na akcję Wildgarst 2011 :) W momencie przygotowywania się do zejścia mieliśmy jeszcze jedną przygodę lotniczą. Jedna z dziewczyn będących na szczycie prawdopodobnie skręciła kostkę i przyleciał po nią śmigłowiec ratowniczy. Pięknie wyglądało lądowanie i start na szczycie. Oczywiście była to też wyjątkowa okazja do zrobienia zdjęć z bliska tej pięknej maszyny.

Schodząc z Wildgarst miałem masę czasu na przemyślenia, gdyż nawet przy szybkim tempie marszu zejście zajęło nam 4 godziny. Najważniejsze z przemyśleń dotyczyło tego, że dopiero teraz zobaczyłem jak potężna i piękna jest ta góra! Nie mogłem się nadziwić temu, że udało mi się tam na górę wdrapać. Myślałem też o tym, że mimo iż było to moje czwarte Axalp, to podobnie jak w latach poprzednich, również i teraz odkryłem coś nowego. Za każdym razem Axalp mnie czymś zaskakuje i za każdym razem wyjeżdżając mocno postanawiam, że wrócę tu za rok! I wrócę :)

Sławek “hesja” Krajniewski