50° ANNIVERSARIO FRECCE TRICOLORI (Włochy, LIPI)



Włoska Narodowa Grupa Akrobacyjna – Pattuglia Aerobatica Nationale – znana wszystkim miłośnikom lotnictwa i fotografii lotniczej jako Frecce Tricolori obchodzi w tym roku 50-lecie swojego istnienia. Choć zespół pod oficjalną nazwą funkcjonuje od 1961 roku, to za początek działalności przyjmuje się rok 1960. Z tej właśnie okazji Siły Powietrzne tego kraju postanowiły zorganizować w dniach 11 i 12 września w Rivolto (macierzystej bazie „Trzech Kolorów”) pokazy lotnicze. Pokazy dość wyjątkowe, albowiem do świętowania tej rocznicy zgłosiły się prawie wszystkie obecne na europejskiej pokazowej scenie lotniczej zespoły akrobacyjne: Polskie – „Biało-Czerwone Iskry”, Wielkiej Brytanii – „Red Arrows”, Hiszpanii – „Patrulla Aguila”, Francji – „Patrouille de France”, Szwajcarii – „Patrouille Suisse”, Chorwacji – „Krila Oluje” oraz z Jordanii – „Royal Jordanian Falcons”.

Choć wyjazd do Rivolto planowaliśmy już na początku sezonu, to wraz z jego upływem i wizytami na kolejnych pokazach pojawiały się coraz większe wątpliwości pt. czy warto. Czy program składający się w zasadzie z samych pokazów zespołów akrobacyjnych, tym bardziej takich, które mieliśmy już okazję fotografować na innych imprezach, wykruszający się stopniowo skład jadącej ekipy, zamieszanie z przyznawaniem akredytacji oraz krążące powszechnie opinie, że we Włoszech zorganizowana dobrze jest tylko przestępczość, warte są przejechania połowę Europy. Z drugiej strony bez ryzyka nie ma zabawy, a doświadczenia niedocenianych powszechnie imprez pokazują, że drzemie w nich spory potencjał fotograficzny. Napakowani tymi wszystkimi myślami wsiedliśmy w czwartek 9 września do samochodu. Przed nami deszczowa Polska, następnie niemieckie autostrady, gdzie psuje się większość samochodów (wskazówka prędkościomierza zacina się w okolicach 200 km/h), jednak dopiero, gdy przekroczyliśmy granicę Austrii wszystko się zmieniło… zza horyzontu wyłoniło się słońce i piękny górski krajobraz. Sycąc oczy i karty naszych aparatów tymi widokami (kondolencje dla kierowcy) dojechaliśmy na miejsce, gdzie po tradycyjnej włoskiej kolacji ;) poszliśmy spać.

Pierwszy dzień pokazów powitał nas niebieskim niebem, pełnym słońcem i temperaturą rzędu 20 kilku stopni o godzinie 8 rano. Już tradycyjnie postanowiliśmy wyjechać wcześniej aby uniknąć potencjalnych korków i opóźnień związanych z przebijaniem się do lotniska. Gdy po kilku kilometrach zobaczyliśmy zablokowaną drogę i informacje o planowanym objeździe miny nam zrzedły… teraz się zacznie… skrzętnie przypomnieliśmy sobie jednak o przyznanej nam przez organizatorów przepustce na wjazd samochodem… i po jej okazaniu oraz użyciu magicznego słowa, tj. stampa (czyli media) – wszystkie blokady dróg stały przed nami otworem.

Do sektora dla prasy zameldowaliśmy się chwilę po rozpoczęciu oficjalnego programu… latał jeden z niewielu solistów (treningowy MB-339CD). W pierwszej części programu zaprezentowały się Biało-Czerwony „Iskry” Tornado, chorwackie „Krila Oluje” oraz AMX. Choć pogoda do zdjęć w tym czasie nie należała do wymarzonych… ostre jak brzytwa słońce, ani jednej chmurki oraz termika skutecznie niweczyła zasięg długich obiektywów, to już sam początek imprezy dał nam sporo do myślenia… że coś tu jest nie tak… że zarówno soliści jak i zespoły lataja jakoś… dziwnie… to znaczy, aż za dobrze. O ile na różnych innych imprezach obserwując pokazy grup tu i ówdzie widać było różne niedociągnięcia o tyle w Rivolto już na samym początku nie można było pozbyć się wrażenie, że każda z grup robi wszystko by wypaść jak najlepiej. Wrażenie to, jak się później okazało, nie opuszczało nas do samego końca. Tylko w Rivolto widzowie mieli jedną z niewielu okazji do bezpośredniego porównania programów tak wielu zespołów.

Pokazy skończyły się szybciej niż się na dobre zaczęły, bowiem już około południa organizatorzy ogłosili dwugodzinną przerwę, w czasie której w sektorze dla mediów pojawił się catering. Typowo włoski na dodatek, bowiem nawet w czasie posiłku serwowanego – de facto – w stołówce zorganizowanej pod namiotem nie mogło zabraknąć idealnie przyrządzonego espresso. Jak się później okazało pomysł z przerwą nie był taki zły, pozwolił w przyjemnych warunkach przeczekać operujące wysoko słońce… z czasem pojawił się lekki wiatr oraz pojedyncze chmurki, które mieliśmy nadzieję zdołają choć trochę przegonić wszechobecną termikę. W niedzielę, drugiego dnia pokazów, posiłek przerwało większości zgromadzonym przybycie grupy Red Arrows, która jako jedyny zespół uczestniczący w imprezie zaprezentowała się zgromadzonym tylko raz.

Druga część pokazów to już samo „mięso”… zespołów latających na odrzutowcach. Zaczęli Hiszpanie z Patrulla Aguila, których miałem okazje obserwować po raz pierwszy. Mimo rzadszej obecności na pokazach, niż inne zespoły, poziomem wcale nie odstawali, a dosłownie szczęka wszystkim opadła, gdy cała siedmioosobowa formacja jednocześnie wylądowała – ten manewr to ich znak firmowy. W Rivolto nie mogło zabraknąć także Spartana, który umiejętnościom akrobacyjnym dorównuje nierzadko swoim mniejszym braciom. Tu ciekawostka… jeszcze na RIAT wszyscy po obejrzeniu pokazu stwierdzili, że czas najwyższy aby Spartan zaczął robić w trakcie pokazu pętlę. Jak się okazało na Wegrzech i potwierdziło we Włoszech… już robi. Pokaz na tradycyjnym wysokim poziomie zaprezentowali zarówno Szwajcarzy ze swoim Grande Finale (rozejście samolotów połączone z wyzwoleniem sporej ilości flar) jak i Patrouille de France. W niedziele zaprezentowali się także Brytyjczycy z Red Arrows, których pokaz, choć jak zawsze perfekcyjny trochę mnie rozczarował – był bowiem zbyt krótki. O ile część „statyczna” (formacje) wyglądała jak zawsze, o tyle część dynamiczna została, w porównaniu do tego, co oglądaliśmy np. na RIAT dość mocno okrojona. W tak miłej sielankowej atmosferze upływała nam większość dnia.

Wszystko jednak zmieniło się po godzinie 16, gdy do rozstawionych kilkadziesiąt metrów przed nami samolotów Tricolori zaczęli podchodzić technicy oraz chwilę pozniej, gdy pojawili się piloci. W powietrzu kończyli właśnie pokaz Arrowsi robiąc rozejście do lądowania,  nikogo jednak, lub też prawie nikogo ze zgromadzonych osób już to nie interesowało. Entuzjazm jaki wzbudziło pojawienie się Trojkolorowych przy maszynach przyćmił wszystko. To już nie były pokazy lotnicze zorganizowane z okazji, to wszystko było gdzieś z boku. Teraz liczyli się tylko oni, to była ich godzina, ich dzień i ich święto. Przed nami rozgrywał się wspaniały spektakl: obchód maszyn, zajmowanie miejsc w kabinach przez pilotów, przygotowania do uruchomienia silników, czy też wreszcie kołowanie bezpośrednio spod sektora VIP/PRESS na pas startowy. To wszystko połączone z piłującym uszy  dźwiękiem 10 pracujących silników, reakcją publiczności sprawiało piorunującej wrażenie.

Kompletnie wówczas zapomnieliśmy o jednym z punktów programu przewidzianego przez organizatorów,  pokazu – jak go Włosi nazywają – Tifone (EF-2000 Typhoon). Jeszcze gdy startował nie spodziewaliśmy się rewelacji, pokaz w tym świetle, przy tej odległości od pasa fotograficznie szału nie robi. Wszystko zmieniło się, gdy myśliwiec chwile po oderwaniu się od pasa włączył „Smokewindery”. Wtedy już wiedzieliśmy, że tak, to jest nasze bingo.

Zanim jednak wystartowali Trójkolorowi odegrano włoski hymn, a rundę honorową z podwieszoną włoską flagą (i nie tylko) zrobiła włoska kopia Huey’a czyli AB 212. O samym pokazie wiele pisał nie będę… zaproszę do obejrzenia zdjęć i przypomnę tylko słowa Hesji z relacji w Kecskemet, który stwierdził, że to co Włosi pokazują… figury, ich rozmach, stopień trudności i precyzja powodują, że ręce same składają się do oklasków. Nic jednak nie zastąpi emocji, które można było obserwować u pilotów, gdy już wylądowali, wyłączyli silniki, wyszli z samolotów… zmęczenie połączone z radością, owacje publiczności, gratulacje od kolegów z zespołu, przełożonych, a także pilotów innych grup akrobacyjnych. Widać wtedy było, że Pattuglia Aerobatica Nationale – Frecce Tricolori – to nie tylko maszyny, figury czy układy, ale przede wszystkim ludzie.

Dwa dni wyjątkowych pokazów… zupełnie innych niż kolejna edycja imprezy X lub Y… miejsce, klimat, język, ludzie i jak zwykle doborowe towarzystwo. Czy było warto? Objerzyjcie zdjęcia i odpowiedzcie sobie sami :P

Krzysztof „kichu” Baranowski