Mińsk Mazowiecki EPMM



Lotnisko w Mińsku Mazowieckim, jako położone najbliżej Warszawy traktujemy jak, ot, nasze – domowe. Tak właśnie się tam czujemy – jak w domu. Co więcej – tak jak w domu jesteśmy traktowani. Wszystko za sprawą kapitalnej atmosfery panującej w 23 Bazie Lotniczej. Budują ją zarówno kolejni dowódcy Bazy, jak i wszyscy piloci 1elt. Na lotnisku stacjonują MiGi-29 – samoloty uznane na całym świecie, jako jedne z najbardziej rasowych i najpiękniejszych myśliwców. Odwiedzamy bazę dość często. Jeszcze jako NKP udało nam się na terenie bazy zorganizować plener lotniczy; obecnie nie zamierzamy spowalniać naszych działań, a wręcz przeciwnie. Należy w tym miejscu wspomnieć o osobie Oficera Prasowego 23blot – Pana Majora Wojciecha Maja, który jest w Bazie naszym dobrym duchem i za jego (i jego ludzi) pośrednictwem udaje się nam realizować wszystkie, nawet najbardziej zwariowane pomysły :) Dziękujemy!

Air Show Radom

Air Show w Radomiu to największe polskie pokazy lotnicze. Odbywają się co dwa lata i przyciągają rzesze sympatyków lotnictwa, nie tylko z Polski. Ambicją radomskiej imprezy jest zapraszanie jak najciekawszych maszyn oraz najlepszych zespołów akrobacyjnych. Niestety, imprezy w latach 2007 oraz 2009 zostały przerwane w wyniku katastrof lotniczych.

Łask Buczek EPLK

Lotnisko Łask – Buczek dla fotografów z Air-Action otworzyło swoje bramy latem 2009 roku. Najpierw przyszło nam poznać Dowódcę Bazy – pułkownika Leśnikowskiego, z którym od pierwszych minut połączyła nas wspólna lotnicza pasja. Prawdziwe fotografowanie rozpoczęło się jednak od kontaktów z przyjaciółmi ze Stowarzyszenia Miłośników Lotnictwa Ziemi Łaskiej, na czele z Prezesem – Adrianem Winkowskim. To dzięki nim poznaliśmy wyjątkowych pilotów stacjonującej właśnie w Łasku 32 Bazy Lotniczej. Podejście pilotów i nowego dowódcy Bazy – pułkownika Malinowskiego – do fotografii lotniczej jest wręcz idealne! Doskonale zdają oni sobie sprawę z potrzeby promocji Polskich Sił Powietrznych oraz samolotu F-16. Przestrzeganiem wszelkich zasad związanych z poruszaniem się po lotnisku oraz poziomem wykonywanej fotografii udało nam się zyskać zaufanie, dzięki któremu wraz z przyjaciółmi z SMLZŁ obsługujemy Bazę fotograficznie. Robienie zdjęć tym fantastycznym maszynom to niesamowita radość!

Międzynarodowy Piknik Lotniczy Góraszka

Ten podwarszawski piknik lotniczy z roku na rok stał się potężną imprezą z masą atrakcji – charakterystycznych dla dużych pokazów lotniczych. Wszystko to za sprawą niesamowitych osób z Fundacji Polskie Orły :) Góraszka jest wręcz oblegana przez ludzi spragnionych lotniczych i piknikowych doznań. Dla fotografów lotniczych jest niejako otwarciem sezonu.

Mirosławiec EPMI

Na lotnisku w Mirosławcu znajduje się obecnie 12 Baza Lotnicza. Stacjonuje tu 8 Eskadra Lotnictwa Taktycznego (8elt), która przejęła tradycje 8 plmb. Od listopada 1988 nad EPMI operują samoloty myśliwsko-bombowe Su-22 (“Fitter”).
Warunki fotograficzne pod względem ukształtowania terenu, jak również zorientowania na strony świata są wręcz idealne. Fotografujemy prawie zawsze ze słońcem w plecy. W Bazie panuje przyjazne nastawienie do nas – fotografów, zarówno ze strony dowództwa, jak również pilotów oraz obsługi naziemnej.

Axalp (Szwajcaria)

Pokazy lotnicze w Alpach, w pobliżu miejscowości Axalp w Szwajcarii, to zapewne najbardziej wyjątkowe wydarzenie w europejskim kalendarzu imprez lotniczych. Aby wziąć w nich udział, trzeba się wspiąć na wysokość ok. 2400 metrów i być tam już o godzinie 8.00 rano z racji niebezpieczeństwa, jakim dla wspinających się osób byłyby latające od godz. 9.00 myśliwce strzelające z ostrej amunicji do tarcz, rozmieszczonych tuż obok turystycznych szlaków. Wspinaczka od godz. 4.00 daje niesamowitą możliwość oglądania wschodu słońca w jakże pięknej scenerii szwajcarskich Alp. Podczas treningów strzeleckich i samych pokazów wyjątkowość Axalp przybiera na sile! Wszystko dzieje się jakby w przyspieszonym i totalnie zwariowanym tempie! Jakby w zupełnie innym świecie! Mieszanka odgłosu strzelających tuż nad głowami działek! Huku dopalaczy maszyn, które po oddanej serii wspinają się tuż ponad ostrymi jak brzytwa zboczami gór! Niesamowite wręcz oderwania strug na płatowcach w tych karkołomnych manewrach! Efektowne akrobacje okraszone odpalaniem dziesiątek flar! Wszystko to sprawia, że rokrocznie Axalp przyciąga na zbocza swych cudownych gór setki fanatyków lotnictwa z całego świata. Byliśmy tam już wielokrotnie. Nie wyobrażamy sobie nie spędzić w Axalp tych październikowych dni i w latach kolejnych :)

Świdwin EPSN

Na lotnisku w Świdwinie rezyduje 21 Baza Lotnicza, a stacjonuje na nim 40elt wyposażona w samoloty Su-22M4. Duża odległość z Warszawy oraz dość płodna współpraca z Mirosławcem sprawiły, że na lotnisko w Świdwinie nie jeździmy zbyt często. W zasadzie jedyną wizytę, ale za to bardzo ciekawą, złożyliśmy tam w maju 2009. Zostaliśmy wspaniale przyjęci przez Rzecznika 1 Skrzydła Lotnictwa Taktycznego - majora Wiesława Gaska, odwiedziliśmy nawet salę tradycji dokonując wpisu do Księgi Pamiątkowej :) W tym czasie lało niemiłosiernie i nic poza prognozami na ICM nie zapowiadało, że pogoda się zmieni. Czas wypełniliśmy latając na symulatorze Su-22, jednak to ICM miało rację. Po ulewie zrobiła się piękna pogoda, a starty z zalanego wodą pasa startowego zostaną nam na długo w pamięci. To był wspaniały dzień pełen wrażeń. Odwiedzimy Pana Majora już niebawem :)

RIAT Royal International Air Tattoo (UK)

Royal International AIR TATTOO to podobno największe pokazy lotnicze w Europie, a są tacy, którzy twierdzą, że i na świecie. RIAT ma już swoją renomę. Zawsze w Fairford latają maszyny wyjątkowe, które przyciągają fanatyków lotnictwa z całego świata. Tyle lat tradycji zaowocowało genialną wręcz organizacją pokazów. Pokazy odbywają się w sobotę i niedzielę, ale już od środy można rozkoszować się masą przylotów i treningów. Nie zapominajmy o poniedziałku i odlotach, które mają charakter wręcz taśmowy. Niestety biorąc pod uwagę cenę biletów, koszty dojazdu i zakwaterowania, są to jedne z najdroższych pokazów w sezonie.

2012 – INAUGURACJA SEZONU (Polska, EPMM)

W dniu 8 lutego 2012 roku postanowiliśmy zainaugurować nowy sezon lotniczy, a miejscem tego wydarzenia była …. 23. Baza Lotnictwa Taktycznego w Mińsku Mazowieckim. Tym razem jednak głównym tematem wizyty nie było fotografowanie, a spotkanie z nowym Dowódcą Bazy, płk pil. dypl. Maciejem Trelką, u którego spędziliśmy dosyć sporo czasu na rozmowach, w których przedstawiliśmy nasze stowarzyszenie, a przy współudziale naszego dobrego ducha mjr Wojciecha Maja opowiedzieliśmy co nie co o dotychczasowej współpracy, wyrażając nadzieję, że będzie ona co najmniej tak samo dobra jak dotychczas.

Po części oficjalnej i zapoznaniu się z planem lotów w tym dniu, przemieściliśmy się na „drugą stronę ulicy”, aby wykorzystać końcówkę dnia na sfotografowanie przynajmniej jednego wylotu i lądowania mińskich smokerów, które w tym dniu miały zaplanowane loty popołudniowo – nocne. Dodatkowo nad lotnisko zbliżał się front z chmurami, co nie wróżyło nam dobrze. W związku z powyższym po zameldowaniu się w domku pilota i uzyskaniu zgody u KL’a, niezwłocznie udaliśmy się na CPPS, aby przyjrzeć się bliżej przygotowaniu maszyn.

Podczas krzątania się pomiędzy samolotami, nad lotnisko zawitały śmigłowiec Mi-8 oraz CASA C-295M, które naprzemiennie ćwiczyły podejścia do lądowania. Dostaliśmy również informację, że w powietrzu znajduje się … para dyżurna dwóch MiG-29, a jednym z pilotów jest kpt. Grzesiu “Iceman” Czubski, co ni mniej, ni więcej zawsze kończy się czymś pozytywnie nieoczekiwanym.

Po około 30 minutach znad lotniska zniknęły i Mi-8 i Casa, a na horyzoncie pojawiło się charakterystyczne dymienie -> para dyżurna wraca, ale o dziwo pomimo zapowiadanego przelotu, maszyny kierują się nad …. CPPS, na którym stoimy i widzimy w obiektywach jak oprócz maszyn i nieba zaczyna pojawiać się również ziemia. To oznacza tylko jedno – niski przelot nad naszymi głowami i piękne rozejście na końcu lotniska.

Po wylądowaniu trafia się kolejna gratka – możliwość fotografowania face-to-face z maszyną na drodze jej kołowania, po czym aby nie stwarzać niebezpieczeństwa wycofujemy się na pas śniegu, a pierwsza maszyna kołuje do swojego hangaru. To prowadzący parę dyżurną, a za nim prowadzony, czyli Iceman, który świetnie rozumie nasze zapotrzebowanie fotograficzne na kadry i zawsze stara się nam pomóc. Nie inaczej było tym razem – 10 metrów przed nami Grześ zaczyna swój balet – powoli obraca maszynę, abyśmy mieli możliwość fotografowania od „buźki”, mruga światłami, dodaje gazu czym zadymia cały teren za sobą, a na końcu pięknie pochyla smokera, jakby kłaniając się nam, po czym wolno przekołowuje do hangaru. Odwdzięczamy mu się za pokaz, a jakże – jego gestem, machając specyficznie ręką, czym powodujemy u niego uśmiech.

Po tej „części” dnia, widząc pilotów zmierzających do swoich maszyn, postanawiamy przemieścić się w okolice pasa startowego, aby przed wylotem znaleźć dogodną miejscówkę. Nad lotniskiem ponownie pojawiają się Mi-8 oraz CASA C-295M, kontynuując swoje podejścia, aż do momentu, w którym KL nie „wyprosi” ich ze strefy startów. Nie mija kilkanaście minut, a pierwszy „szybki” czeka na pozwolenie na start. Czarne kłęby dymu, a po chwili rozgrzane powietrze i pomarańczowe jęzory oznaczają, że start odbędzie się na dopalaniu – maszyna nabierając prędkości, przemyka obok nas, zostawiając za sobą podmuch rozgrzanego powietrza. Za chwilę drugi MiG-29 powtarza sekwencję startu, tym razem przeciągając przelot na dopalaniu nad pasem. To kolejny dowód, jak piloci z 23. BLT rozumieją nasze potrzeby fotograficzne i starają się nam dopomóc w zdobyciu tych najlepszych kadrów.

Po wylocie maszyn przemieszczamy się w kolejne miejsce, oczekując na główną atrakcję tego dnia – low pass, który zapowiadany było jako baaardzo niski przelot. I był !!! Nikt z nas w tym momencie nie oszczędzał migawki i serie szły tak szybko, jak przelatywała maszyna nad pasem. Po szybkim wznoszeniu, zajście nad lotnisko i powtórka z rozrywki – kolejny low pass. Po wylądowaniu obu maszyn i przekołowaniu na CPPS, przeprowadziliśmy w domku pilota szybką narado-konsultację na temat ostatniej już możliwości fotografowania w tym dniu, ponieważ niebieskie na początku niebo pokryło się chmurami, a warunki fotograficzne stawały się coraz trudniejsze. Po otrzymaniu zgody na przejście na drugą stronę pasa, w śniegu po pas dotarliśmy tam na 15 minut przed planowanym wylotem 3 x MiG-29 i rozstawiliśmy się w bezpiecznej odległości miejsca, gdzie maszyny ustawiają się do startu. Niestety było już tak ciemno, że uratowałyby nas tylko starty na dopalaniu, które rozświetliłyby co nie co zdjęcia. Po raz kolejny nie zawiedliśmy się na pilotach – wszystkie trzy maszyny dostarczyły nam wyczekiwanego światełka, dzięki którym mogliśmy spróbować swoich sił w nocnym fotografowaniu.

Po wylocie, wróciliśmy do domku pilota, żeby podziękować za wspaniały dzień i pożegnać się z pozostałymi pilotami, którzy akurat mieli przerwę w lotach. Po zapakowaniu się do samochodów, jak tradycja nakazuje, udaliśmy się na wspólny posiłek do MaCa, a później rozjechaliśmy się każdy w swoim kierunku, czekając z niecierpliwością na możliwość kolejnego, wspólnego fotografowania.

Konrad „kifcio” Kifert

ZIMOWY ZLOT SPFL – TAŃCZĄCY Z ŻUBRAMI

W dniach 26-29 stycznia 2012 r. miał miejsce Zimowy Zlot Stowarzyszenia Polskich Fotografów Lotniczych Air-Action – Białowieża 2012. Jak przystało na zimowy zlot, Białowieża przywitała nas bajecznym zimowym krajobrazem. Śnieg, śnieg i jeszcze raz śnieg! Po prawie bezśnieżnej Warszawie – nie lada odmiana. Niestety w zestawie ze śniegiem otrzymaliśmy syberyjską aurę, chwilami mocno poniżej -18⁰C. Na szczęście nie odebrało nam to chęci do polowań na dziko żyjące Żubry.
Żubr, zwany tudzież królem puszczy, jaki jest każdy widzi. Choć nie posiada naturalnych wrogów, jest niezwykle wstydliwy. Główną trudność w fotografowaniu sprawia ich umiłowanie do schodzenia człowiekowi z drogi. Bez odpowiedniego kamuflażu (tu zdania pozostały podzielone, aż do końca zjazdu!), znajomości zachowań, miejsc gdzie się pojawiają – praktycznie nie sposób je spotkać. Główny specjalistą od polowań na żubry został Mars. Mars tropienia rozpoczął kilka dni przed oficjalnym rozpoczęciem zjazdu i jak widać na zdjęciach – owocnie!
Wieczór przyjazdu upłynął na integracji przy lemoniadzie. Od zakończenia sezonu lotniczego 2011 minęło kilka miesięcy, więc tematów nie brakło. Niechętnie, a w niektórych przypadkach wręcz z przymusu, integrację zakończyliśmy grubo po północy.
Oficjalne audiencje u króla puszczy rozpoczęliśmy od piątkowego poranka. Wieczorne obrady zmęczyły nas, więc pobudka o 6.00 okazała się nie lada wyzwaniem. Żądni wrażeń w kilkanaście osób ruszyliśmy na polowanie. Pod kierownictwem Marsa i osób nam przychylnych po przejechaniu 30 km znaleźliśmy dwa stada liczące około 40 osobników. Żubry ku naszemu zaskoczeniu okazały się w miarę chętne do współpracy i pozwoliły podejść na kilkadziesiąt metrów. Z ciekawostek należy odnotować, iż grupa pozostająca na drodze została zaskoczona przez samotnego samca. Żubr najspokojniej w świecie, jak przystało na króla, wyszedł powoli i majestatycznie wprost z przydomowego sadu. Ku uciesze gawiedzi, poświęcił chwilę na pozowanie.
Jeszcze przed południem obowiązkowa wycieczka do Rezerwatu Pokazowego Białowieskiego Parku Narodowego i możliwość zdobycia zdjęć żubrów dla tych wszystkich, którym nadmiar obowiązków towarzyskich nie pozwolił na uczestnictwo w polowaniach.
Popołudnie spędziliśmy na wycieczce do Muzeum Białowieskiego. Dzięki uprzejmości Mateusza (samuraja) – nie była to kolejna wiejąca nudą szkolna wycieczka do muzeum. Mateusz z ogromną pasją, znawstwem i zwadą wprowadzał nas w tajniki życia puszczy i historii regionu. Nikt, kto odwiedził muzeum nie mógł narzekać. Wręcz przeciwnie, wycieczka wydała się nam za krótka. Na szczęście Mateusz dał się namówić, by spotkać się z nami na kwaterze i kontynuować opowieść o białowieskiej przyrodzie.
Wieczorem odbył się kulig. Zimowa aura, trzaskający mróz, wielkie ognisko, pyszne kiełbaski, a nade wszystko towarzystwo – na długo zapadną nam w pamięć. Na szczęście mróz, choć dojmujący, nie wyrządził większych szkód w szeregach SPFL.
Po powrocie z kuligu, wieczorny panel dyskusyjny. Zgodnie ze świecką tradycją przeciągnięty do godzin późno nocnych.
Sobota. Pobudka o 6.00 i wyjazd w puszczę. Polowanie było owocne, a zdjęcia nawet ciekawsze niż z dnia poprzedniego.
Po śniadaniu wycieczka z Mateuszem i Arkiem do Rezerwatu Ścisłego Puszczy Białowieskiej. I tu ponownie mogliśmy przekonać się z jaką pasją można opowiadać o puszczy. Przez tych klika godzin mogliśmy poczuć się jak ludzie tysiące lat temu przemierzający puszczę pierwotną. Uwagi Mateusza i Arka o tropach, drzewach, odgłosach lasu, uświadomiły nam jak wiele straciliśmy osiadając w miejskiej dżungli. Szczególne podziękowania należą się upadkowi za namierzenie dzięcioła białogrzbietego (upadek, dziękujemy!!!). (Kupa wilka zasługuje na oddzielny wątek)
Wieczór upłynął pod znakiem Nadzwyczajnego Zjazdu SPFL Air-Action i omówieniu bieżących tematów. Po obradach udaliśmy się na dalszą intensywną integrację. Na ten wieczór dotarł do nas kifcio i sqpien. Ku naszemu ogólnemu smutkowi zaraz po spotkaniu musieli wracać do domu.
Niedziela. Od 7.00 toczyliśmy nierówny bój z zimnem które załatwiło część naszych pojazdów. Dzięki ofiarności Mariorza udało się reanimować co bardziej oporne pojazdy. Szacun dla Marsa, który jako jedyny był gotowy do wyprawy na focenie żubrów.
Podsumowując Zlot Zimowy okazał się wspaniałą okazją do posezonowej integracji na łonie pięknej białowieskiej przyrody. Pozwolił na podsumowania 2011 i snucie planów na 2012. Po raz kolejny udowodnił, że siłą SPFL są ludzie, różnorodność ich charakterów i pasja fotografii.
Na koniec (kolejny raz!) ogromne podziękowania dla Mateusza i Arka Szymurów za pokazanie białowieskiej przyrody z pasją i znawstwem, jakiego trudno szukać gdzie indziej. Chętnych do odbycia podobnej do naszej przygody, zapraszamy na stronę biura „Sóweczka” prowadzonego przez Pana Arka.
Do zobaczenia na pokazach!!!

Marcin „bronek” vel „bronisław” Bronowski

EPKK STRIKES BACK (Polska, EPKK)

Zimowa przerwa w imprezach lotniczych, a co za tym idzie głód fotografowania daje się we znaki. Tak więc bez większych oporów skorzystaliśmy z zaproszenia 8 Bazy Lotnictwa Transportowego. W miniony weekend odbywał się tam dwudniowy kurs szkoleniowo-metodyczny dla kadry kierowniczej odpowiedzialnej za organizację lotów w 3. Skrzydle Lotnictwa Transportowego. W ramach kursu zorganizowano ćwiczenia praktyczne realizowane w współpracy i współudziale służb cywilnych z MPL Kraków. Tematyka ich obejmowała zachowanie służb podczas „Awaryjnego wypuszczenia podwozia podczas podejścia do lądowania oraz złożenia goleni podwozia głównego na drodze kołowania” oraz „Pożaru samolotu na płaszczyźnie postojowej samolotów”. Pierwszy epizod przećwiczono na samolocie CASA C295M, natomiast symulowany pożar miał miejsce w samolocie PZL M-28 Bryza. Ćwiczenia, które zostały uchwycone przez nasze obiektywy, trwały około połtorej godziny i wypadły wzorowo. Ponieważ w Porcie Lotniczym Kraków-Balice odbywał się normalny ruch, dodatkową atrakcją były starty i lądowania cywilnych „autobusów”. Ta, co prawda krótka, wizyta w 8 Bazie Lotnictwa Transportowego nie całkiem nasyciła nasze apetyty na fotografowanie. Wszyscy mamy nadzieję iż niedługo znów zagościmy na płycie EPKK.

Krzysztof “PC” Łybko

WOŚP NA BALICACH (Polska, EPKK)

W niedzielę 8 stycznia 2011 roku SPFL miał okazję odwiedzić płytę krakowskiego lotniska im. Jana Pawła II z racji odbywającego się tego dnia XX Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Fotograficznym celem był tzw. OrkiestroLOT, czyli Embraer 170 (SP-LDI) PLL LOT „oklejony” serduszkami.

Przed godz. 11:00 na terminalu krajowym lotniska stawiło się czterech członków Stowarzyszenia (nurek, Spad, BNOVY oraz volt), na których czekała już Pani Rzecznik. Pogoda kompletnie nie sprzyjała fotograficznej chałturze, padający deszcz skutecznie utrudniał „robotę”, jednak nie daliśmy za wygraną. Po odebraniu ID, szybkiej standardowej kontroli bezpieczeństwa byliśmy gotowi podjąć rękawicę. Ekipa WOŚP z Jurkiem Owsiakiem na czele, jak się okazało, spóźniła się nieco, gdyż dojeżdżali do Krakowa samochodami, a nie jak było wcześniej zaplanowane śmigłowcem, dlatego też mieliśmy trochę czasu na obcykanie OrkiestroLOTa „na sucho”, rozmowę z pilotami oraz obsługą naziemną lotniska. W międzyczasie dzięki uprzejmości Pani Rzecznik zmieniliśmy miejscówkę znajdującą się przy pasie, skąd mieliśmy ładny widok na lądujące oraz kołujące na pas samoloty.

Po otrzymaniu informacji o przybyciu na lotnisko sztabu WOŚP powróciliśmy na pierwotne „stanowiska” i zajęliśmy się atrakcją dnia, czyli fotografowaniem OrkiestroLOTa w asyście głównych postaci imprezy. Całość przebiegła dosyć sprawnie, w miłej i przyjaznej atmosferze. Po zamknięciu się drzwi samolotu i push-backu przenieśliśmy się z powrotem bliżej pasa, tak aby uchwycić kołowanie oraz start Embraera. Hasło „Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, macie zgodę na start z pasa 29” oraz tuman wodny na pasie wywołany przez silniki samolotu zakończyły nasz pobyt na płycie lotniska. Chwilę później pożegnaliśmy się z Panią Rzecznik oraz ludźmi, dzięki którym mieliśmy możliwość być tego dnia w tym miejscu. Rozeszliśmy się zmoczeni i zmarznięci, ale z uśmiechami na twarzach. Słowa wielkiego uznania dla pracowników krakowskiego lotniska, dziękujemy!

Maciek „volt” Aleksandrowicz

NOCNE EPKK (Polska, EPKK)

Dnia 15 grudnia 2011 roku, korzystając z gościnności Portu Lotniczego Kraków – Balice postanowiliśmy uwiecznić na naszych fotografiach życie lotniska. Tym razem nie musieliśmy martwić się o światło, grudniowe słońce, które bardzo wcześnie znika za horyzontem ustąpiło miejsca potężnym lampom oświetlającym płytę lotniska. Zgodnie z procedurami obowiązującymi na lotniskach cywilnych poprzez punkt kontrolny udaliśmy się na z góry upatrzone pozycje. Płyta lotniska tętniła życiem, a mrok i delikatna mgiełka tworzyły niesamowity klimat. Chwilę po naszym przybyciu do stanowiska nr 4 podkołował prowadzony przez marszałka Embraer w barwach Lufthansy. Obok trwały przygotowania do startu i związany z nimi spory ruch przy Boeingu należącym do Ryanair. Maszyny tego przewodnika królowały na płycie postojowej. Kolejne zdjęcia postanowiliśmy wykonać z okolicy terminala krajowego gdzie stały oświetlone jak modelki w studio dwie maszyny typu ATR. Z tego miejsca mieliśmy dobry widok na samoloty wykonujące push-back i kołujące w kierunku pasa 25. Mimo odczuwalnego chłodu dobry humor towarzyszył nam nieprzerwanie od początku wizyty na lotnisku. Niestety wszystko co dobre szybko się kończy, także po odlocie ATR-ów opuściliśmy teren lotniska zamykając tym samym lotniczy sezon AD 2011.

Tomasz „Qna” Chochół

MIKOŁAJOWY ŚWIDWIN (Polska, EPSN)

W dniu 8 grudnia 2011 roku z okazji Mikołajek odwiedziliśmy 21 Bazę Lotniczą w Świdwinie. Pogoda zaraz po przyjeździe przywitała nas lekką mżawką, ale po chwili wiatr rozwiał chmury deszczowe i momentami przebijało się słońce. Udaliśmy się w poszukiwaniu Mikołaja. Szkoda, że to tylko z nazwy był Mikołajkowy wyjazd, bo aura przypominała raczej jesienną a nie zimową. Za to Mikołaj był hojny i wynagrodził nam to, w postaci dwóch tur lotów po cztery maszyny przy każdym starcie. Dało nam to okazję do wykonania różnych ujęć z kilku „miejscówek”. Zanim zaczęły się loty postanowiliśmy wykorzystać ten czas i porobić zdjęcia stalowym rumakom przygotowującym się do lotu. Niektórzy spróbowali swoich sił i postanowili robić zdjęcia startującym maszynom od tyłu zaraz na początku pasa. Zależało nam na uchwyceniu tego momentu głównie ze względu na efekt, jaki dają dopalacze i opary gazów. Ich starania będzie można obejrzeć poniżej. Czas spędzony między lądowaniami wykorzystaliśmy na podsumowanie kończącego się roku i najważniejszych imprez lotniczych którymi nas obdarował. To był miły akcent w tym całym przedświątecznym szaleństwie. Nie zapomnieliśmy poprosić Mikołaja o prezent w postaci wielu udanych imprez i zdjęć w nadchodzącym Nowym Roku. Tym oto wypadem do 21 Bazy Lotniczej w Świdwinie Zachodniopomorska Chorągiew SPFL-u zakończyła fotolotniczy rok 2011.

Dariusz „darcze” Czerwiński

Prezentacja F-16 dla 2 SLT (347MB)

F-16 NA LUBLINKU (Polska, EPLL)

24 listopada 2011 roku, na łódzkim lotnisku im. Władysława Reymonta miało miejsce pierwsze lądowanie F-16 z 32 Bazy Lotnictwa Taktycznego w Łasku. Celem przylotu było sprawdzenie parametrów technicznych, operacyjnych lotniska oraz szkolenia Strażaków Lotniskowej Straży Pożarnej na wypadek, gdyby lądowanie tych samolotów na lotnisku w Łasku było utrudnione lub niemożliwe. Po wyłączeniu silników przeprowadzona była pełna obsługa naziemna a następnie samolot został przygotowany do startu. W obsłudze naziemnej wzięli udział specjaliści wojskowi oraz służby operacyjne Portu Lotniczego Łódź.

NIEFORMALNY ZLOT W ŚWIĘTO NIEPODLEGŁOŚCI

W tym roku ekipa SPFL postanowiła uczcić Święto Niepodległości na nieformalnym Zlocie. Sprzyjał temu termin, tzn. długi listopadowy weekend oraz bardzo ładna pogoda, która wyjątkowo długo w tym roku zachęcała do obcowania na łonie natury. Z racji tego, że członkowie SPFL pochodzą z całej polski wybraliśmy Ośrodek Szkoleniowy „Centrum Molo” w Smardzewicach nad Zalewem Sulejowskim, który przynajmniej w teorii położony jest w centrum Polski. Jak to w życiu często bywa teoria a praktyka to dwie różne sprawy, więc byli spflowicze, którzy mieli do przejechania ponad 600km i tacy, którym wystarczyło pokonanie 50km aby znaleźć się na miejscu.

Tym razem nasz Zlot miał ciepły, rodzinny charakter. Członkowie SPFL mieli okazje spędzić kilka wspólnych chwil w towarzystwie żon, dzieci i naszych domowych pupili. Pierwsi członkowie pojawili się już w czwartek wieczorem, natomiast główny nalot „Świrów Lotniczych” na Smardzewice miał miejsce w piątek. Z racji tychże przyjazdów piątek upłynął na powitaniach, nawiązywaniu nowych znajomości i wzajemnej integracji z naszymi rodzinami i… zwierzakami.

Wieczorem korzystając z gościnności hotelu, mieliśmy okazje spędzić wspaniały wieczór przy wspólnym stole, gdzie do późnych godzin wieczornych prowadziliśmy długie rozmowy, nie tylko o fotografii lotniczej. Był czas na nieformalne dyskusje o dalszej działalności naszego STO, pląsy, gry i zabawy oraz wspominki z minionych wspólnych wypadów, połączone z oglądaniem zdjęć i filmów. Hitem wieczoru niestety nie okazał się mecz Polska-Włochy (no wiadomo z jakiego powodu) ale nasza wewnętrzna rywalizacja w grze w „trambambule”, która wzbudzała olbrzymie emocje i zdecydowanie przyćmiła poziom wspomnianego wcześniej meczu Polska-Włochy.

Sobota okazała się jednym z najpiękniejszych dni tegorocznej jesieni, co wpłynęło na nasze dobre samopoczucie od samego rana. Po wspólnym śniadaniu, równie obfitym co piątkowa kolacja nie pozostało nam nic innego jak wyruszyć na eksploracje miejscowych atrakcji turystycznych. A trzeba przyznać że Ziemia Tomaszowska obfituje w ich duży urodzaj.

I tak: koniecznie należy udać się do Inowłodza, aby podziwiać przełomy Pilicy gdzie można odnieść wrażenie że znajdujemy się nad brzegiem górskiego rwącego strumienia. Koniecznie należy obejrzeć także zabytkowy Zamek położony na wzgórzu nad miastem. Kolejnym punktem wyprawy jest wizyta w doskonale zachowanym bunkrze kolejowym z czasów okupacji niemieckiej z okresu II Wojny Światowej. Wejście do tego bunkra przywodzi na myśl kultową już grę Wolfenstein, betonowe mury szare zaułki i wąskie korytarze niczym klimat z przygód kpt. Williama Blazkowicza. Dalsze punkty, które warto odwiedzić to: rezerwat pokazowy hodowli żubrów, Błękitne Źródła czy Skansen Rzeki Pilicy.

Jak już wyżej wspomniałem przepiękna słoneczna pogoda, ciepłe promienie słońca towarzyszyły nam przez cały dzień w wędrówce pomiędzy wskazanymi atrakcjami dając wiele okazji do uchwycenia piękna Ziemi Tomaszowskiej, co możecie obejrzeć w załączonej poniżej galerii. Należy jeszcze wspomnieć o wspaniałym zachodzie słońca nad Zalewem Sulejowskim, który mieliśmy okazje podziwiać z mola położonego tuż przy naszym hotelu. Jednymi słowy był to pięknie spędzony dzień w fantastycznym towarzystwie, pełen spacerów i wspaniałych krajobrazów.

Podsumowując: spalskie krajobrazy wyzwoliły nas od huku dopalaczy i zapachu nafty lotniczej. Pozwoliły one uchwycić spokój i piękno miejscowej fauny i flory w otoczeniu lokalnych zabytków. Oprócz wspaniałej pogody towarzyszył nam jak zwykle doskonały nastrój, wspaniała zabawa, moc śmiechu i niezapomniane chwile.

Wspólny wyjazd do Smardzewic należy udać za bardzo udany zarówno pod względem turystycznym jak i towarzyskim. Mam nadzieje, że już za kilka tygodni będziemy mieli okazje ponownie spotkać się na kolejnym Zlocie SPFL. Tym razem w przepięknych krajobrazach Puszczy Białowieskiej.

Maciej „szamal” Szamałek

WIECZÓR Z FOTOGRAFIĄ LOTNICZĄ (Polska, Kraków)

Dzień 22 października 2011 roku wyglądał nieco inaczej niż znaczna większość dni w życiu SPFL-owej rodziny. Tej pięknej soboty, w magicznym i szczególnym miejscu, jakim jest Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie odbył się „Wieczór z Fotografią Lotniczą SPFL”, okraszony wernisażem „Odlotów hesji” – naszego „króla” Sławka Krajniewskiego oraz jego prelekcją na temat właśnie fotografii lotniczej. Wieczór niezwykły, w zupełnie innym wydaniu.

Swoje przybycie zaanonsowało niespełna 30 członków Stowarzyszenia, niektórzy wraz z osobami towarzyszącymi. Większość była już na miejscu na kilka godzin przed godziną „0”, gotowa nieść pomoc organizacyjną. Mieliśmy do dyspozycji salkę konferencyjną na piętrze, w której miał odbyć się wernisaż oraz prelekcja hesji nt. fotografii lotniczej. Pomimo tego na głównej sali na parterze wystawione były zdjęcia Sławka, do których każdy mógł podejść, obejrzeć je, nawet ludzie, którzy przyszli do Muzeum nic nie wiedząc o „Odlotach hesji”. Bajeczności tej wystawie dodawał fakt, że zdjęcia były zaprezentowane między tymi wszystkimi pięknymi samolotami z przeszłości, kontrastującymi z nowoczesnym nowym budynkiem Muzeum. Całość robiła piorunujące wrażenie.

Jak to zwykle bywa w naszym przypadku – byliśmy świetnie przygotowani. Zaczynając od sprzętu fotograficznego wystawionego w celach testowych, poprzez bannery i stoisko z albumami „Odloty hesji”, na cateringu kończąc.

Obawialiśmy się nieco o frekwencję, gdyż informacja o tym wieczorze była rozpowszechniona na kilka dni przed, to swoje przybycie zapowiedziało ponad 60 osób, tymczasem na pół godziny przed rozpoczęciem wystawy…byliśmy tylko my! Zaczęliśmy nawet żartować, że musieliśmy się zjeżdżać wszyscy do Krakowa, żeby zobaczyć i posłuchać wszystkiego co znakomicie znamy.
Jednak te pół godziny przez 17:00 całkowicie zmieniło bieg wydarzeń. Ludzie zaczęli schodzić się „hurtowo”, tak że na 10 minut przed wernisażem nie nadążaliśmy z dostawianiem krzesełek! Co prawda nikt nie sprawdzał frekwencji, ale moim zdaniem gości było grubo ponad 200! Nikt z nas nie spodziewał się aż takiego zainteresowania, co nawet Sławek nadmienił na początku swojej prelekcji.
Wernisaż rozpoczął się podziękowaniami dla organizatorów i patronów wystawy, bez których na pewno nie mielibyśmy okazji spotkania się tego wieczoru w tym szczególnym miejscu jakim jest MLP w Krakowie. Po tym krótkim wstępie wieczór z fotografią lotniczą rozpoczął się na dobre. Sławek przedstawił znakomitą prezentację okraszoną ciekawymi historiami z poszczególnych wyjazdów z przeszłości. Każda teza podparta była nawet kilkunastoma zdjęciami, dzięki czemu goście mieli okazję porównać sobie niejako teorię z praktyką. Duża część prezentacji stanowiły informację nt. SPFL i jego członków. Oprócz zdjęć przedstawione były również filmy zmontowane na potrzebę eventów już przeprowadzonych, były również przygotowane specjalnie na ten wieczór, które nawet każdy z członków Stowarzyszenia widział po raz pierwszy.

Po niespełna 2 godzinach prelekcja dobiegła końca. Goście mieli możliwość obejrzenia i sprawdzenia wystawionego przez nas sprzętu fotograficznego, porozmawiania z autorem wystawy, zadania nurtujących ich pytań wszystkim członkom Stowarzyszenia wyróżniającym się klubowymi koszulami przygotowanymi specjalnie na takie wieczory jak ten. Część „poprelekcyjna” skończyła się po mniej więcej godzinie. Gdyby nie fakt, że w soboty Muzeum pracuje do 19:00 (i tak wydłużono specjalnie dla nas godziny otwarcia), to moglibyśmy siedzieć tam do białego rana, tak samo jak i obecni goście.
Po ogarnięciu wszystkich manatków udaliśmy się do swoich domów, hoteli – gdzie kto miał zapewniony nocleg. Szybki prysznic, przebranie się, gdyż mieliśmy wynajętą salę w klubie Baccarat w samym centrum Krakowa na Rynku. Tam też odbyło się tradycyjne „afterparty”, na którym to mieliśmy okazję porozmawiania, wymiany zdań odnośnie wystawy, pobawienia się w swoim gronie.
Podsumowując, wystawa „Odlotów hesji” wypadła rewelacyjnie. Zarówno pod względem organizacyjnym, jak i frekwencji gości, którą do tej pory jesteśmy pozytywnie zaskoczeni. Warto organizować takie wieczory, gdyż oprócz solidnej dawki wiedzy o fotografii lotniczej niosą one również mnóstwo frajdy i zabawy. Można mieć tylko nadzieję, że SPFL rozwinie się do takiego stopnia, że organizowane będą wystawy również i innych członków naszego Stowarzyszenia. Między innymi w tym wyjątkowym dla nas miejscu – Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie.

Maciej „volt” Aleksandrowicz

AXALP 2011 – ODWOŁANE (Szwajcaria, LSMM)

AXALP. To słowo wywołuje dreszcz emocji u każdego świra lotniczego. Magiczne miejsce, które jest obowiązkowym punktem sezonu dla członków Stowarzyszenia Polskich Fotografów Lotniczych. W tym roku nasza ekipa miała wyglądać bardzo imponująco. No właśnie. Miała. Na wyjazd zadeklarowało się aż 36 osób, co jest niekwestionowanym rekordem. Niestety przyczyny losowe i zawodowe sprawy niecierpiące zwłoki pozbawiły kilka osób, w tym hesję szans na wyjazd i w ostatniej chwili musieli zrezygnować. Straty były bolesne, ale zgrana paczka ludzi nie pozwoliła za bardzo się rozczulać nad poległymi.

VOODOO. Nieobecny hesja obmyślił chytry plan “Ja nie jadę, będziecie cierpieć katusze”. Zmajstrował laleczki voodoo każdego członka wyjazdu, wbijał nawet szpilki w resoraki. O dziwo, był mocno skuteczny w swoich działaniach. Psuły się samochody na niemieckich autostradach, opady śniegu i deszczu które nawiedziły górskie rejony Szwajcarii w weekend spowodowały wielką powódź, u niektórych pojawiły się tajemnicze stygmaty na żebrach, a jeszcze inni błądzili cały wyjazd jak otumanieni. Wniosek jest jeden: za rok mogą Cię kolego zwolnić z pracy. Trudno. Podamy tabletkę gwałtu, zwiążemy, załadujemy do “trumny” i zawieziemy na miejsce!

NIEDZIELA. W tym roku w czasie naszego pobytu w Szwajcarii odbyły się wybory do polskiego parlamentu. Członkowie SPFL jednogłośnie uznali, że muszą wypełnić swój obywatelski obowiązek i postanowiliwspólnie wybrać się do stolicy Szwajcarii, żeby oddać głos. Wcześniej należało zgłosić chęć głosowania (odbywało się to przez stronę internetową Ministerstwa Spraw Zagranicznych) lub pobrać z Urzędu Gminy odpowiednie zaświadczenie. Do Berna mieliśmy ok. 90km. Nasz konwój wyruszył w samo południe z wioski Axalp, w której mieszkaliśmy już od soboty. W czasie niedługiej (dzięki sieci autostrad) podróży mogliśmy się jeszcze raz dobrze zastanowić na kogo oddamy nasze głosy i mieć nadzieję, że to właśnie ci politycy, czy opcje polityczne będą miały możliwość przybliżyć nasz standard życia do standardu szwajcarskiego, który widać na każdym kroku (w każdej dziedzinie życia codziennego).

PONIEDZIAŁEK. Z racji fatalnej pogody postanowiliśmy odwiedzić bazę w Meiringen. I powiem, że żadne opowieści nie są w stanie oddać jej unikalności. Pastwiska dookoła pasa startowego, miejsca dla spotterów, knajpki… Coś niesamowitego. Niestety loty tego dnia były odwołane ze względu na wysoki stan pobliskiej rzeki, która przelała się miejscami przez tory i zaczynała podchodzić do granic pasa startowego. Jakby w nagrodę za cierpliwość, już w drodze do aut, przepiękny niski przelot ze smugaczami zaserwowali nam Patrouille Suisse. Bajeczne zwieńczenie dnia! I postanowienie: jutro idziemy w góry fotografować treningi!

WTOREK – TRENINGI. Pobudka wyjątkowo późna jak na standardy Axalp, bo z racji dnia treningowego wymarsz zaplanowaliśmy na 6 rano, czyli ponad godzinę później, niż się to normalnie odbywa. W tym roku droga po górę była wyjątkowo trudna. Nasiąknięta ziemia, błoto, śnieg i ogromna ilość wody spływającej ze szczytów sprawiły, że u niektórych zmęczenie sięgało zenitu. Nikt się nie poddał i w komplecie stanęliśmy na wieży około 8 rano. Widok z góry na prawdę zapiera dech w piersiach. Ośnieżone szczyty, chmury w dolinach i na przełęczach tworzą piękną scenę do pokazów lotniczych. Około godziny później nastąpiło pierwsze, wielkie zaskoczenie. Treningi zaczęły się od walki dwóch F-18! Wyglądało to efektownie, choć szkoda, że w dość sporej odległości od publiczności. Później było już tylko lepiej, a atmosfera i słońce rozgrzały nas do czerwoności. Pięknie latał czerwony Pilatus, F-18 Hornet strzelające do tarcz i rzucające flary, F-5 Tiger przeciskające się między szczytami i prujące powietrze pociskami z działek i pięknie latający solista na Hornecie. Strzelali nawet Patrouille Suisse! Wyjazd zapowiadał się bardzo efektownie, a to dopiero pierwszy, poranny blok treningowy. Drugi wyglądał bardzo podobnie, choć do wspomnianych maszyn doszły śmigłowce, w tym Puma rzucająca olbrzymią serię flar. Zdziwił nas tylko komentator na wieży. Stali bywalcy stwierdzili, że to coś nowego i tyle. Na zakończenie drugiego, ostatniego bloku, na niebie pojawiły się charakterystyczne, czerwono białe F-5 Patrouille Suisse. I tu muszę się zgodzić z powiedzeniem, że jeśli już robić im zdjęcia, to tylko w Alpach, w ich naturalnym środowisku! Po tym pokazie nastąpiła tragedia: spiker poinformował wszystkich, że główne pokazy zostały odwołane ze względu na dramatyczną sytuację powodziową w kraju, a wojsko zabezpieczające pokazy jest bardziej potrzebne w innych miejscach. Voodoo? Najbardziej żałują Ci, którzy odpuścili sobie wtorkową wspinaczkę aby zaoszczędzić siły na następne dni.

O dziwo w środę, na dole w bazie Meiringen, punktualnie o 8 rano zaczęły się loty. Jako że pokazy odwołano, tłumy ludzi zebrały się przy pasie startowym, aby przynajmniej w takich okolicznościach utrwalić maszyny. Organizatorzy chyba to przewidzieli, bo starty i lądowania odbywały się często. Czwartek był niestety dniem odlotów do macierzystych baz, a w piątek lotów w ogóle nie było, więc część z nas postanowiła zwiedzić malowniczą Szwajcarię i szlifować fotografię krajobrazową i architektury.

Tak minął tydzień w Alpach. Pełen niespodzianek i rozczarowań, ale jednocześnie niezliczonej ilości absurdalnych sytuacji. Największym plusem takich wyjazdów jest zacieśnienie przyjaźni, i tu mogę powiedzieć, że znowu się nam udało. Z fotolotniczego punktu widzenia można powiedzieć “Axalp do poprawki”. W 2012!

Bartosz „Jamal” Stelmach

ZLOT 2011 (Polska, EPKS)

Planując termin warsztatów Akademii Nikona z fotografii lotniczej na długo przed ich realizacją, nigdy nie wiadomo co i czy coś w ogóle się będzie działo na lotnisku w rzeczywistym czasie warsztatów. Poprzednie dwie edycje w Łasku i w Mińsku Mazowieckim, zupełnie nieoczekiwanie były przepełnione atrakcjami. Obawiałem się czy na Krzesinach będzie równie bogato. Jakież było moje zdziwienie, gdy się dowiedziałem, że właśnie w dniu, w którym zaplanowaliśmy praktyczne działania na lotnisku, na Krzesinach rozpocznie się ZLOT 2011!

Zlot to Kurs szkoleniowo-metodyczny kierowniczej kadry lotnictwa Sił Zbrojnych RP. W przełożeniu na język fotografii lotniczej oznacza to, że na Krzesiny przylecą w zasadzie wszystkie typy statków powietrznych eksploatowanych w naszym wojskowym lotnictwie! Miałem przyjemność już fotografować na Zlocie 2008 więc od razu dostrzegłem zalety i wady tego zbiegu działań na Krzesinach. Z jednej strony super, bo będzie potężna rozmaitość i studenci Akademii miast focić tylko F-16, sfotografują w zasadzie wszystkie typy maszyn ale… No właśnie – będą to w zasadzie tylko lądowania. Do tego nie będziemy na lotnisku sami a towarzyszyć nam będzie spora grupa fotografów z różnych mediów. Po konsultacji z rzeczniczką 31 Bazy Lotnictwa Taktycznego dowiedziałem się, że na ten dzień nie przewiduje się też żadnych startów F-16. Należało więc działać, by ludziska byli maksymalnie zadowoleni, a wg mnie prawdziwe zadowolenie występuje wtedy, gdy słyszy się odgłos dopalania z odległości kilkudziesięciu metrów :) Postanowiłem zatem zaciągnąć towarzystwo na lotnisko również na część poniedziałku, na który przewidziana była warsztatowa teoria. W poniedziałek bowiem, miały się odbywać loty, więc była opcja na fotografowanie również startów.

Poniedziałkową wizytę rozpoczęliśmy od błyskawicznego przemieszczenia się w okolicę pasa, bo tuż po naszym wejściu na lotnisko miały się rozpocząć loty a my jeszcze musieliśmy choć podstawy teorii przerobić przed tym dodatkowym fotografowaniem. Na Krzesinach jest jak w zegarku. Wybija odpowiednia godzina i Jastrzębie mkną w górę jeden za drugim. Niestety (no jak odchodzić od pasa gdy w jego stronę kieruje się grupa F-16?) musiałem na chwilę opuścić grupę, gdyż odchodzący z Krzesin Dowódca Bazy chciał, bym porobił jemu i jego kolegom z Bazy kilka pamiątkowych zdjęć. Nie mogłem odmówić naszemu gospodarzowi, który i nam nie odmówił dodatkowego fotografowania. Inna sprawa, że było to też nowe i ciekawe dla mnie doświadczenie. Udało mi się nawet przeforsować swój pomysł na zdjęcia. Nie było to łatwe, gdyż ustawiałem ludzi, którzy z reguły codziennie ustawiają innych :P Przy okazji spotkałem Jacka – kolegę z WAT-u, który obecnie pracuje na Krzesinach i korzystając z jego zaproszenia oraz oczywiście zgody Dowódcy, szybko zorganizowaliśmy dla studentów Akademii dodatkową sesję z F-16 w hangarze. Była to dla mnie również nowość, gdyż nigdy wcześniej nie byłem w tych połączonych krzesińskich hangarach. Ludziska się obfotografowali po kokardę. Mieliśmy też okazję poobserwować z bliska kołowania wracających z lotów pozostałych maszyn, które dostojnie jeden po drugim wjeżdżały do swoich hangarów niczym ptaki do gniazd.

We wtorek rano na parkingu przy bramie Bazy panował niezły ruch. Zgodnie z przewidywaniami na Zlot 2011 przyjechała spora ilość fotografów. Po zaliczeniu formalności wszyscy w krótkim czasie znaleźliśmy się w tradycyjnym „kojcu”, wytyczonym dla nas pomiędzy płaszczyzną kołowania a pasem startowym i oczekiwaliśmy na pierwsze lądowania. Wkrótce zaczęła się typowo „zlotowa” zabawa. Najpierw fotografowanie lądujących maszyn, a później bieg na drugą stronę kojca w celu przyfocenia ich kołowania. Ku naszemu zdziwieniu odbywały się też starty. Grupa F-16, niezwiązana ze Zlotem odbywała bowiem normalne loty szkoleniowe. W jednej z maszyn udało nam się nawet sfotografować Dowódcę 2 Skrzydła! Przyszedł czas, gdy wylądowały już wszystkie statki powietrzne uczestniczące w Zlocie a my przemieściliśmy się na płaszczyznę, gdzie można było pofotografować statykę. Statyka tego dnia była imponująca. Tyle maszyn w jednym miejscu i taka różnorodność, to wielka rzadkość ale i znak rozpoznawczy Zlotu. Fotografowanie było dość mocno utrudnione, gdyż nie było możliwości zapanowania nad ponad setką fotografów, którzy rozbiegli się po terenie i niestety sami sobie wzajemnie wchodzili w kadry. Była też niezła gratka z reporterskiego punktu widzenia – możliwość sfotografowania wszystkich dowódców Zlotu 2011 z gen. Koziejem na czele, ze specjalnej – podnoszonej platformy.

Po pamiątkowej focie dowódców padła komenda do zakończenia imprezy i podstawiono autokary, które miały nas przetransportować poza Bazę. W tym samym czasie rozpoczęły się przygotowania do… startów! To mogło być to! Kołowania i starty takiej ilości statków powietrznych? Po krótkiej rozmowie z kim trzeba dostaliśmy jako Akademia zgodę na pozostanie na lotnisku. W zasadzie zostaliśmy sami ale bynajmniej nie było nam z tego powodu smutno. Miło było widzieć zadowolone twarze kolegów :) Wymyśliłem trochę inną miejscówkę tak, by zrobić inne od tych porannych zdjęcia i… czekaliśmy na bieg wydarzeń. Dość długo trwały same przygotowania do startów. Pięknie brzmiały połączone odgłosy silników wszystkich obsługiwanych maszyn. Kapitalnie z naszej perspektywy przedstawiała się linia samolotów, za którą pędziło rozgrzane powietrze, co chwilę wzbogacane kłębami dymu wydobywającego się z dysz głównie Su-22 i MiGów-29. Zaczęły się kołowania. Raz po raz, kolejne samoloty wykołowywały na pas, przejeżdżając tuż koło naszej miejscówki. Robiło się w końcu ładne światełko bo niestety za dnia było dość płaskie. Podczas kołowania eFów z Łaska, słoneczko weszło za takie poszarpane chmury, tworząc piękne refleksy na osłonach kabin. Oczywiście na kogo trafiło to światełko? Na Roostera :) Trzeba mieć to fotograficzne szczęście – nie pierwszy przecież raz :) Czułem się jak przy wybiegu dla modelek, na którym kolejno maszerowały same piękności zacząwszy od F-16 a na C-130 Herkulesie skończywszy. Startowały też śmigłowce. Ciekawostkę w tej grupie stanowił Mi-2 pomysłowo pomalowany dla uczczenia 50 lat „Czajników” w Polsce.

To była już trzecia edycja warsztatów i po raz trzeci… udało się! Tak właśnie – udało się, bo tak jak mogę być (w miarę) pewny swojego udziału, tak ruch w bazie, decyzje dowódców i pogoda to elementy losowe, które ode mnie nie zależą wcale. Udało się nam wstrzelić z pogodą, udało się studentom zorganizować nawet więcej focenia niż by to wynikało z programu, udało mi się też osobiście zrobić kilka zdjęć, z których jestem bardzo zadowolony. Bogowie są mi jednak przychylni i po raz kolejny pomogli :) Wielkie, wielkie podziękowania dla Asi Krząstek za pomoc przy organizacji warsztatów, mimo tak wielkiego zamieszania związanego ze Zlotem 2011 :)

Sławek “hesja” Krajniewski

DNI NATO W OSTRAVIE (Czechy, LKMT)

W dniach 24-25 września 2011 roku odbyła się 11 edycja Dni NATO. Na lotnisko imienia Leoše Janáčka w Ostrava-Mošnov, pod wspólnym sztandarem sił NATO, zawitały jednostki z 17 państw. Tegoroczna edycja cieszyła się ogromnym zainteresowaniem, co potwierdza ilość osób odwiedzających, która przekroczyła dwieście tysięcy. Dni NATO to nie tylko pokazy lotnicze, ponieważ oprócz sprzętu lotniczego mogliśmy zobaczyć między innymi: pokazy umiejętności polskich i czeskich antyterrorystów, możliwości transporterów opancerzonych, czołgów i wielu innych jednostek i rodzajów uzbrojenia.

Impreza od kilku już lat przekształciła się w wyjątkowe wydarzenie fotograficzne, a to za sprawą ustawienia osi pokazu w poprzek pasa startowego. Taki a nie inny układ pokazów sprawia, że będąc kilkaset metrów od lotniska możemy zamienić pozycje widza pod słońce na pozycje w osi pokazu! Na takiej imprezie z magiczną miejscówką nie mogło zabraknąć grona członków SPFL, którzy przybyli w znacznej sile. Pogoda w tym roku nie do końca dopisała, pomimo tego że świeciło słońce i nie dało się doświadczyć kropli deszczu, to termika dawała się we znaki, a brak wiatru powodował utrzymywanie się dymów w powietrzu.

Pokazy rozpoczęły się ok 9:00 od zaprezentowania możliwości czeskiego Mi-171. Chwilę później nadszedł czas na Eurofightera z Austriackich Sił Powietrznych, jednak po pokazie został duży niedosyt, gdyż był bardzo krótki – pilot wykonał zaledwie kilka przelotów. Następnie swoje atuty przedstawiły jednostki z Royal Air Force prezentując możliwości Tucano T-1 i Beechcraft King Air. Kiedy Beechcraft wylądował w powietrze wzbił się Mi-24, którego pokaz był bardzo malowniczy za sprawą pomarańczowego dymu. Następny w kolejności pojawił się Boeing 737, którego obecność zapowiedziała również pojawienie się dwóch Jas-39 Gripen i rozpoczęcie pokazu przechwytywania. Po udanej symulacji nastąpiła defilada Czeskich Sił Powietrznych, w skład której wchodziły trzy Mi-17/171, trzy Mi-24/35, CASA C-295 i po trzy sztuki L-159 i JAS-39 Gripen. Po wspomnianej defiladzie, w niebo wzbiły się Baltic Bees Jet Team – łotewski zespół akrobacyjny. Łotysze, pomimo że ich pokaz nie jest tak spektakularny jak Frecce Tricolori czy Turkish Stars, potrafią się przypodobać za sprawą gęstych dymów, których receptura jest skrywaną tajemnicą. Po „Pszczółkach” mogliśmy podziwiać kolejne akcenty gospodarzy: Jas-39 Gripen i Mi-24, który symulował walkę z baterią rakiet przeciwlotniczych.

Jednak dla członków SPFL jednym z najbardziej oczekiwanym punktów w programie tegorocznych Dni NATO był prezentacja w wykonaniu zespołu – Turkish Stars. Ich występ zachwycał od samego początku, gdyż już pierwsze najście wykonali na niewiarygodnie niskiej wysokości, a dalsze manewry dalej potęgowały to uczucie. Mijanki były wykonywane z bardzo małym marginesem błędu i wprawiały w osłupienie każdego widza, którzy gromkimi brawami nagrodzili pilotów za ten pokaz.

Tuż po Turkach przyszła kolej na stałego gościa pokazów w Ostravie – słowackiego “smokera” w atrakcyjnym – pikselowatym malowaniu. Pilot jak zwykle w znakomitym stylu zaprezentował możliwości swojej maszyny, wykonując większość pokazu na dopalaniu. Gdy MiG-29 zakończył pokaz, nastąpiła demonstracja możliwości śmigłowca Black Hawk, a zaraz po nim w powietrze wzbiła się para Mi-171, która przeprowadziła symulację ostrzału lotniska. Gdy słońce powoli zaczynało schodzić z zenitu, do startu szykował się kolejny stały gość pokazów, atrakcyjnie pomalowana holenderska pomarańcza, czyli F-16 Demo Team z Holandii, za którego sterami siedział dobrze znany Hi-Tec. Pokaz pomarańczowej szesnastki wszyscy chyba znają na pamięć, ale Ostrava jest miejscem, gdzie wrażenia się potęgują za sprawą niskich przelotów na dopalaczu nad głowami i efektownym strzelaniem flar. Cały pokaz wzbudził euforię i był pięknym dopełnieniem całego dnia pokazów.

Należy również zaznaczyć, że niemniej interesująca jak pokazy dynamiczne była wystawa statyczna, na której mogliśmy zobaczyć obfitość maszyn zza oceanu, czyli amerykańskie B-52, KC-135, C-130, F-15 z Izraelskich sił powietrznych oraz wiele innych interesujących maszyn takich jak A-109 Agusta czy Mirage 2000.

Podsumowując – Dni NATO jest to bardzo dobra impreza z niewiarygodną możliwością wykonywania zdjęć w osi pasa pokazów i dająca dużą dawkę wrażeń. Każdy miłośnik lotnictwa powinien obowiązkowo choć raz się na niej stawić.

Piotr „kula” Dziendziel

HELLENIC AIR FORCE F-16 DEMO TEAM

Sprzęt: F-16 Block 52+ Fighting Falcon
Kraj: Grecja
Oficjalna strona:

opis wkrótce

RODZINA POD SKRZYDŁAMI (Polska, EPLL)

W dniu 18 września 2011 roku na łódzkim Lublinku odbyła się trzecia edycja pikniku lotniczego “Rodzina pod skrzydłami”, organizowanego przez fundację Happy Kids na terenie udostępnionym przez firmę Bartolini Air. Pogoda nie sprzyjała fotografowaniu, choć była idealna dla licznie przybyłych rodzin z dziećmi. Piknik uświetniły loty Grupy Akrobacyjnej “Żelazny” oraz 3AT3 Formation Flying Team. W tak zwanym międzyczasie, nad głowami przelatywały też szybowce z Łódzkiego Aeroklubu. Miło było obserwować żywe reakcje łódzkiej publiki podziwiającej podniebne akrobacje. Na ziemi, w części muzealnej, piknikowicze mogli zwiedzić wnętrza niektórych znajdujących się tam statków powietrznych (Mi-6, Tu-134 i MiG-21PFM), mimo, że trzeba było odstać cierpliwie w długich kolejkach chętnych nie brakowało. Dla zwiedzających udostępniono też możliwość wejścia na pokład Bryzy i Sokoła, które pod koniec imprezy odleciały z łódzkiego lotniska. Piknik ten można określić mianem imprezy charytatywnej o charakterze awiacyjnym, gdyż nie skupiała się ona wyłącznie na stronie lotniczej – uwagę przykuwały też pokazy pierwszej pomocy, sporo też było rozrywek przeznaczonych dla najmłodszych: nadmuchiwana zjeżdżalnia, trampolina, występy sceniczne i konkursy z nagrodami. Ciekawe jak to będzie wyglądać za rok… ponieważ część kolekcji muzealnej została wywieziona w następnych dniach po pikniku do Wojskowych Zakładów Lotniczych i pewnie już do Łodzi nie powróci. Dodać należy, że walka o pozostawienie kolekcji, dodajmy prywatnej, zgromadzonej przez nieżyjącego juz Jerzego Lewandowskiego, na miejscu w Łodzi – trwa. Dalsza wywózka została wstrzymana… a co przyniesie przyszłość… zobaczymy!

Marta “holka” Holka

LUCHTMACHTDAGEN (Holandia, EHLW)

W dniach 16-17 września 2011 w bazie lotniczej Leeuwarden miały miejsce największe pokazy powietrzne w Holandii, Luchtmachtagen 2011. Ekipa SPFL już po raz trzeci odwiedziła tą imprezę. Tym razem na pokazach stawiliśmy się dopiero drugiego dnia, gdyż pierwszy dzień pokrywał się z terminem Sunset Air Show w Belgii, gdzie nas również nie mogło zabraknąć. Niestety kryzys finansowy w widoczny sposób dotknął również Holendrów. Program Luchtmachtagen 2011 wyglądał skromniej niż w latach ubiegłych. Impreza ta słynęła z tego, iż udział w niej brało większość zespołów akrobacyjnych z Europy. W tej edycji prezentowali się tylko Patrouille de France [w pierwszy dzień pokazów] oraz Red Arrows [choć w okrojonym składzie]. Szczególny podziw wzbudziła w nas postawa tej ostatniej grupy, której występ po wypadku i śmierci jednego pilotów stał pod znakiem zapytania. Nie chcąc zawieść jednak swoich fanów i publiczności Anglicy wykonali część pokazu prezentując te figury, do których wykonania była wymagana mniejsza liczba samolotów. Niestety zabrakło Turkish Stars i Patrulla Aguila będących stałym punktem programu w latach ubiegłych. Braki w ilości grup akrobacyjnych, starali się nadrobić „soliści”. W indywidualnych programach prezentowały się Holenderski F-16, Belgijski F-16, Turecki F-16, Typhoon z Wielkiej Brytanii oraz rzadko widywany na pokazach Fiński F-18. Bardzo miłym akcentem był pokaz naszych „Polskich Orłów” z 23 BLT w Mińsku Mazowieckim zaprezentowany na Migu 29. Niezapomnianym przeżyciem i najbardziej spektakularnym punktem programu. był pokaz holenderskiego lotnictwa „Airpower Demo” podczas którego przedstawiono symulację ataku powietrznego, połączonego z desantem, na bazę lotniczą. Oczywiście podczas tej imprezy można było podziwiać wiele innych samolotów współczesnych jak i historycznych – C-130 Hercules, C-27J Spartan, Hawker Hunter, Tucano, Spitfire. Tradycyjnie zaprezentowały się również śmigłowce CH-47D Chinook, Lynx, Sea King, Helicopter Display Team Black Cats oraz w przepięknym pokazie dynamicznym Apache Solo Display Team. Na koniec pokazów bardzo zasmuciła nas wiadomość, iż zrezygnowano z formuły Luchtmachtdagen jako imprezy corocznej, i zdecydowano że Air Show będzie się odbywał w cyklu dwuletnim – tak więc do zobaczenia w 2013.

Mariusz „MarS” Suwalski

SANICOLE SUNSET AIRSHOW (Belgia, EBLE)

Sanicole  Sunset  Airshow, pod taką nazwą już po raz drugi belgijskie lotnisko w Sanicole organizuje pokaz lotniczy o zachodzie słońca. Te nietypowe godziny pokazów (od 18.00 do 20.00) gwarantują niecodzienne efekty wizualne jakie możemy – przy sprzyjającej aurze – podziwiać na rozgrzanym do czerwoności horyzoncie. Nasza skromna ekipa SPFL po 10-godzinnej podróży zameldowała się na lotnisku około godziny 16 przez co, jakby w nagrodę, bez większego problemu udało się  zająć stanowiska w sektorze dla prasy i VIP. W oczekiwaniu na efektowny zachód słońca rozgrzewaliśmy sprzęt na przelatujących śmiglakach i statyce. Można było zobaczyć efektowną inscenizację walki powietrznej pomiędzy japońskim Zero i amerykańskim P-40 Kitty Hawk – głównymi bohaterami odległej o 70 lat bitwy o Pearl Harbor.  Czas do pełnego zachodu umilały zespoły akrobacyjne: Breitling Wingwalkers Duo, angielski Blades na Extra 300 LP czy rumuński Iacarii Acrobati na Yak-52TW. Ta nostalgiczna atmosfera została trochę przewietrzona przez czeskiego reprezentanta, którym był JAS39 Gripen. Prawdziwe widowisko rozpoczęło się już po zachodzie słońca, kiedy to o zmroku pojawił się holenderski Apache  rozświetlając niebo pióropuszem flar, a po nim z zupełnej ciemności nadleciał belgijski F-16… i tyle go było widać, co przyświecił flarami lub dopalaczem. Efekty naszej pracy można zobaczyć poniżej, chociaż pokaz o tak późnej porze kompletnie nie sprzyjał fotografom.

Sławek „slapek” Pękalski

JERZY MAKULA

Sprzęt: MDM-1 Fox
Kraj: Polska
Oficjalna strona:

Na co dzień jest pilotem komunikacyjnym oraz instruktorem na samolotach Boeing 767. Swą przygodę z lataniem rozpoczynał jak wielu, od szybowców. Z czasem pasja została zawężona do niezwykle widowiskowej akrobacji. 11-krotny (2011) indywidualny oraz 11-krotny zespołowy mistrz i wicemistrz świata w akrobacji szybowcowej. Przyczynił się niewątpliwie do popularyzacji Polskich szybowców akrobacyjnych Swift i Fox na których lata większość akrobatów na świecie. Współautor szybowca akrobacyjnego MDM-1 Fox (Jedno “M” w oznaczeniu to właśnie Makula!) – pierwszej akrobacyjnej konstrukcji dwumiejscowej, będącej odpowiednikiem szybowców jednomiejscowych.

Za swoje osiągnięcia sportowe oraz za działalność na rzecz popularyzacji sportów lotniczych otrzymał Medal Stulecia FAI. Bohater dwóch filmów dokumentalnych: “Wniebowzięty” w reżyserii Ewy Świecińskiej (2000) oraz “W chmurach” w reż. Macieja Starczewskiego (2002).

TYLKO DLA ORŁÓW (Polska, EPZR)

W jeden z ostatnich słonecznych weekendów lata, w dniach 9-11 września 2011 odbył się jesienny zlot naszego stowarzyszenia. Tym razem członków stowarzyszenia gościła Górska Szkoła Szybowcowa oraz przepiękna sceneria Beskidu Małego. Oprócz ogólnej integracji rozrzuconych po całym kraju członków, organizatorzy postanowili umożliwić praktyczne zapoznanie się uwiecznianym na naszych fotografiach żywiołem. Dzięki posiadanym licencjom szybowcowych naszych niestrudzonych kolegów mogliśmy oderwać się od naszych ziemskich trosk i podziwiać piękno Podbeskidzia (Lucek, Irek dziękujemy!). Życie miało pokazać, że lubi zaskakiwać… Największym niespodzianką dla uczestników był przylot na Żar wielokrotnego mistrza Świata w akrobacji szybowcowej – Pana Jerzego Makuli wraz z szybowcami Fox i solo Fox, a także dwóch członków grupy akrobacyjnej Żelazny – Wojciecha Krupy i Piotra Haberlanda. Oczywiście nie był to przypadek. Lotnicy przybyli namówieni przez naszych kolegów na sesję zdjęciową. Dodatkową atrakcją przewidzianą w sobotę były zaplanowane loty na … szybowcu FOX z mistrzem Makulą za sterami!

Piątek zarezerwowaliśmy na dojazd, integracyjną kolację i “nocne Polaków rozmowy”. Nasi koledzy na gorąco podzielili się wrażeniami ze świeżo zakończonego pobytu na moskiewskim MAKSie. Miłym akcentem było przyjście zaproszonych pilotów i reprezentantów miejscowego środowiska lotniczego z Panem Tomaszem Kawą na czele. Goście mogli obejrzeć przygotowane multimedialne prezentacje naszych zdjęć. Spowodowały one niekłamany zachwyt i komentarze, z których mogliśmy być tylko dumni!
Sobotni poranek to pospieszne śniadanie i udanie się wraz ze sprzętem fotograficznym na lotnisko, gdzie zapoznaliśmy się z szybowcami, zasadami bezpieczeństwa, zasadami bezpiecznego poruszania się po lotnisku. Najwięcej radości i uwagi zarazem przysporzył nam spadochron ratowniczy i zasady jego użycia. Na szczęście przeszkolenie było czysto teoretyczne. W międzyczasie ekipa techniczna naszych gości, składająca się m in. z dwóch urodziwych pilotek, przygotowała sprzęt do lotów. Po krótkiej naradzie rozstawiliśmy się w różnych punktach lotniska, czasami blisko startujących samolotu  i rozpoczęły się podniebne karuzele Jerzego Makuli na Foxie z chętnymi członkami stowarzyszenia, których nie brakowało. Pan Jerzy niestrudzenie kręcił skoble, beczki i korkociągi starając się zaprezentować zalety sprzętu i pilota. Trzeba przyznać, że korzystaliśmy z tej gościny skwapliwie :-)) Zainstalowana na pokładzie kamera nagrywała filmy, które dla wielu z nas będą pamiątką na całe życie. Dodatkowymi atrakcjami były niskie przeloty z “delikwentami” które umożliwiły nam wykonywanie widowiskowych zdjęć.

W przerwie pomiędzy lotami zaprezentowali się silnikowcy, czyli Żelaźni. Nieczęsto się zdarza, aby pokaz był wykonywany pod dyktando fotografów, więc tym bardziej czapki z głów dla was Panowie! Po serii niskich przelotów w różnych fotogenicznych miejscach umożliwiających spektakularne ujęcia piloci  wznieśli się i rozpoczął się pokaz figur pionowych oraz lustrzanek.
Sobotni wieczór był zarezerwowany na integracyjny grill dla wszystkich – fotografów oraz pilotów. Podczas imprezy miały miejsce niesamowicie sympatyczne wydarzenia. Był tort i świeczki oraz gromkie sto lat fotograficzno -  lotniczej braci na cześć siódmych urodzin, oraz podziękowanie i wręczenie pamiątkowych upominków dla swoich mistrzów od młodych adeptów akrobacji z ośrodka szkolenia w akrobacji z Poznania.

Niedzielny poranek powitał nas pięknym niebem oraz obiecywał obudzenie termiki, która była nadzieją, na zaprezentowanie innego oblicza szybownictwa – przelotów, ale o tym za chwilę. Przedpołudnie było zarezerwowane dla naszych mistrzów. Tym razem zupełne zaskoczenie: pokaz w locie dwóch samolotów oraz szybowca we wspólnej formacji.

Po wylądowaniu, Pan Jerzy zmienia maszynę na swojego Solo Foxa ze smugaczami na końcach skrzydeł. Wiemy, że będzie pięknie… Po pozowaniu w przestworzach i wylądowaniu samolotu z fotografem rozpoczyna się podniebny balet mistrza, ku radości, naszej i licznie zgromadzonej na tarasach internatu i kolejki górskiej publiczności. Po Jurku do akcji przystępują Żelaźni. Ryk potężnych silników Extry i Zlina wypełnia całą dolinę Soły. Słońce lśni odbłyskami na wypolerowanej czerwieni samolotów. Jesteśmy w siódmym niebie… Gdzieś pomiędzy podniebnymi harcami pilotów nasz przyjaciel Phoenix serwuje dziewczynom z ekipy technicznej sesję fotograficzną w hangarze. Dobrze znamy jego produkcje i jesteśmy pewni, że będzie się podobać.
Po lotach mistrzów rozpoczyna się normalne latanie. Jesteśmy obcym elementem w tej precyzyjnej żarowskiej machinie. Staramy się pomagać jak możemy – rąk do ściągania szybowców nigdy dość. Budzi się termika i możemy rozpocząć loty pasażerskie na Puchaczu. Niestrudzonymi pilotami są nasi koledzy ze stowarzyszenia. Czujemy się pewnie mając za plecami Lucka – kiedyś kadrowicza w akrobacji szybowcowej oraz Irka – na co dzień pilota potężnego Boeinga. Piękne widoki, niebieskie niebo usiane cumulusami oraz udane próby fotografowania air to air nagradzają cierpliwości  i ryzyko tych, co nie latali dzień wcześniej na akrobację.

Wszystko co dobre niestety się kończy zbyt szybko. Pierwsi z nas mając w planie podróż przez całą Polskę muszą jechać… Żegnamy się także z naszymi gośćmi, którzy dostarczyli nam tyle radości. Odlatuje Zlin z Foxem. Wyjeżdża do Poznania ekipa techniczna z Solo Foxem. Jeszcze tylko Wojtek Krupa macha skrzydłami i puszcza pożegnalnego dyma. Jesienny zlot SPFL powoli, acz nieubłaganie dobiega końca.

Na koniec pragnę z tego miejsca podziękować tym wszystkim, którzy włożyli wysiłek, aby stało się tyle dobrego:

-         Jerzemu Makuli;

-         Pilotom z Grupy Akrobacyjnej Żelazny Wojtkowi Krupie i Piotrowi Haberlandowi;

-         oraz moim kolegom z SPFL, dzięki którym mogłem ponownie bujać w obłokach.

Do zobaczenia za rok!
Michał “nurek” Wajnchold

BIELSKO-BIAŁE AKROBACJE (Polska, EPBA)

To już ósma edycja pokazów lotniczych w stolicy Podbeskidzia, która jak co roku zgromadziła rzesze fanów lotnictwa i nie tylko … Tegoroczny piknik lotniczy już od samego początku stawał się wyjątkowy, a to między innymi za sprawą pogody, która przez ostatnie 3 lata pogoda nie rozpieszczała publiczności, zaś w tym roku przywitała nas wysoka temperatura i słoneczne niebo.

Pokazy jak na aeroklubowy piknik zapowiadały się całkiem obiecująco, a gwiazdami ósmej edycji byli: Uwe Zimmermann – po raz pierwszy w Bielsku, Jurgis Kairys stała gwiazda pikniku, Air Bandits czyli rumuński zespół akrobacyjny latający na samolotach Yak 52 wraz z Jurgisem Kairysem, Artur Kielak oraz Adam Labus. Oficjalne rozpoczęcie pikniku lotniczego zaplanowano na godzinę 16, ale już wcześniej można było zobaczyć prezentacje umiejętności w wykonaniu Uwe Zimmermanna na Extrze 200, Leszka Matuszka na replice samolotu Jungman, bielskich skoczków spadochronowych, a także tradycyjny zrzut wody przez Dromadery i oczywiście solowy pokaz Jurgisa Kairysa, niestety w nieco skróconej wersji. Tuż po godzinie 15 w niebo wzbili się Air Bandits pięknie malując bezchmurne niebo nad Beskidami, zapraszając tym samym mieszkańców Bielska na lotnisko. Zaraz po nich w powietrzu pojawiła się Extra 330 z Arturem Kielakiem za sterami, który po raz kolejny udowodnił, że należy do elity pilotów akrobacyjnych w Polsce. Pokaz bardzo dynamiczny, a duża ilość figur autorotacyjnych potrafiła nacieszyć oko każdego lotniczego świra.

Po godzinie 16 rozpoczęły się już oficjalne pokazy, a na pierwszy ogień poszli Air Bandits z Jurgisem Kairysem na czele, następnie Dromadery, RWD -5 i na koniec Adam Labus na Extrze 330. Gdy pokazy wydawały się być zakończone, niespodziewana informacja od organizatorów sprawiła, że pojawił się uśmiech na naszych twarzach. Otóż otrzymaliśmy informację, że Jurgis Kairys wraz z Air Bandits planują pokaz po zachodzie słońca z efektami pirotechnicznymi! Chyba nic lepszego na bielskim pikniku nie mogło nas spotkać, więc cierpliwie czekaliśmy na godzinę 19.20, bo o tej zaplanowano ich występ. Punktualnie o czasie, tuż po zachodzie niebo zrobiło się czerwone, a Yaki uruchamiały silniki, włączały reflektory, dym i kolejno startowały do pokazu w pięknej wieczornej scenerii.

„Bandyci” po nalocie na publiczność rozeszli się w różnych kierunkach i rozpoczęło się najciekawsze wydarzenie pikniku – samoloty zaczęły strzelać fajerwerkami! Jakie było nasze zdziwienie, gdy przelatujący Yak „pluł” fajerwerkami to w przód to w tył – niesamowite wrażenie. Szkoda, że częściej organizatorzy pikników nie wpadają na pomysł lotów wieczorową porą.

Niedzielny blok pokazów przebiegał w bardzo podobnym rozkładzie jak sobotni. Niestety nie było już pokazu po zachodzie słońca, ale w zamian Jurgis postanowił wykonać lot w rytm muzyki, tak tak muzyki! To połączenie stworzyło świetną atmosferę pozwalającą wczuć się w każdą figurę wykonywaną przez samolot i zostało nam tylko podziwiać ten piękny balet mistrza w powietrzu.

Kolejna edycja już za rok miejmy nadzieję, że będzie równie udana jak poprzednia… a może i jeszcze lepsza!

Piotr „Rzepka” Kostur

PO PROSTU CIAF (Czechy, LKHK)

Wrzesień w kalendarzu fotografów SPFL rozpoczął się imprezą zorganizowaną za naszą południową granicą. W Czechach, w miejscowości Hradec Kralove, odbyła się już 18 edycja Czech International Air Fest, znanego po prostu jako CIAF. W tym roku niestety impreza miała mniejszy rozmach, niż w latach poprzednich. Jednak mimo kryzysu organizatorzy dołożyli wszelkich starań, aby widzowie poczuli dreszcz emocji związanymi z pokazami w powietrzu. Publiczności zaprezentowały się MiG-29, JAS-39 Gripen czy też samolot szkoleniowy L-159. Po raz kolejny na niebie mogliśmy podziwiać podniebny balet w wykonaniu takich sław akrobacji lotniczej jak zespół The Flying Bulls z prowadzącą Radką Machovą, jak i świetnym solistą Jirim Sallerem, czy też niesamowitego Petera Besenyei na Extra 300SR. W tej edycji imprezy mogliśmy również podziwiać polski zespół akrobacyjny – Orlik Aerobatic Team, który tydzień wcześniej zaprezentował się w Radomiu. Nie zabrakło, tak charakterystycznych dla pokazów w Czechach, samolotów historycznych oraz szybowców. Jedną z głównych z atrakcji był pokaz walki powietrznej w wykonaniu Fokkera E III i Sopwith F1 Camel. Ukoronowaniem imprezy był wspaniały pokaz francuskiej grupy Breitling Jet Team, która zaprezentowała się na siedmiu maszynach L-39 Albatros, po raz kolejny udowadniając, że należą do czołówki tego typu grup na świecie. Należy również zaznaczyć, iż po raz kolejny Czesi zapewnili bardzo dobra wystawę statyczną z dużą różnorodnością maszyn, i co ważne z fotograficznego punktu widzenia, bezproblemowym dostępem do samolotów. Podsumowując, organizacja imprezy była, jak to zwykle za południową granicą, bardzo dobra. Świetna muzyka towarzysząca pokazom, komentatorzy objaśniający na bieżąco poszczególne figury i układy pojawiające się na niebie. Wszystko to spowodowało, że pomimo spędzenia kilkunastu godzin w palącym słońcu, nie żałowaliśmy ani jednej minuty spędzonej na tej imprezie.

Mirosław “mirroo” Rojczyk

EPMM AFTER PARTY (Polska, EPMM)

W poniedziałek, 29 sierpnia 2011 roku, gdy większość z nas wspominała jeszcze weekendowe AirShow w Radomiu, w 23. Bazie Lotnictwa Taktycznego Mińsku Mazowieckim od godziny 10.00 można było zaobserwować wzmożony ruch techników przy maszynach, które stacjonowały na czas treningów i pokazów w tej bazie lotniczej. Nie było wcale mało, ponieważ na wspomniany okres przebazowano MiG 29 z Malborka, Su-22 ze Świdwina oraz maszyny transportowe takie jak Hercules, Casa oraz Bryzy z Powidza oraz Krakowa. Na godzinę 10.30 zaplanowano briefing i postawienie zadań, a przy okazji rozplanowanie wylotów do baz macierzystych. W związku z powyższym po szybkiej kawie, piloci udali się do sali konferencyjnej, gdzie z byłym już dowódcą bazy – płk Robertem Cierniakiem zaplanowano wyloty na cały dzień. Pierwszy z nich miał odbyć się o godzinie 12.00.

Niestety lotnictwo w dużej mierze zależne jest od warunków pogodowych, a te niestety głównie dla Świdwina i Malborka nie były przyjazne, więc wylot przesunięto na 13.00 dla maszyn transportowych i na 14.00 dla maszyn bojowo-myśliwskich. Ponieważ do wylotu pierwszej maszyny pozostało jeszcze sporo czasu, spędziliśmy go więc na wspólnych piciu kawy i rozmowach od przysłowiowej DM. W międzyczasie lotnisko kilkukrotnie odwiedził Piper PA-34-200T Seneca II, który wykonywał manewr touch and go, a o godzinie 12.30 przyleciała niezapowiedziana niespodzianka tego dnia – dwa low pass’y wykonał SB Lim-2. Na widok tej pięknej maszyny wszyscy piloci, technicy i pozostałe osoby, bez wyjątku, wstały z miejsc i podziwiały jego majestatyczny przelot.

Przed godziną 13 na wieży kontrolnej zameldowała się pierwsza maszyna transportowa – PZL M-28B Bryza, która po chwili wkołowała na pas i wystartowała. Po oderwaniu kół od pasa i ostrym przechyle skierowała się na domek pilota i pozdrawiając skrzydłami odleciała do macierzystej bazy. Mija kilka minut i na pasie stoi już CASA C-295, która po krótkim rozpędzie przelatuje na wysokości kilku metrów nad całym pasem startowym, żeby na jego końcu ostro poderwać się w powietrze. Tuż po „Kasi” do startu zgłosiły się kolejne dwie Bryzy, które wystartowały tym razem bez większych fajerwerków. Podczas gdy startowały Bryzy, na drugim pasie kołowały już Su-22 w liczbie 6 sztuk, które następnie ustawiły się na pasie do startu wspólnego w trzech parach. Zbliżała się godzina 14. Nie minęło kilka minut, jak potężny ryk 6 silników na dopalaniu poruszył całą okolicę. Su-22 będąc już w powietrzu zrobiły ciasny nawrót na lotnisko, żeby po raz ostatni przelecieć w formacji GROT, którą ćwiczyły przez ostatni tydzień do pokazów w Radomiu. Po przelocie, zgodę na strat otrzymały kolejne dwa Su-22, które po chwili były już w powietrzu, a kolejne już szykowały się do startu. W międzyczasie jednak, na pas wytoczył ogromny Lockheed C-130 Hercules. Po trzymaniu zgody na start ruszył, aby po chwili znaleźć się w chmurach i zrobić nawrót na lotnisko i pożegnać się z bazą machaniem skrzydłami. Po Herculesie wystartowały oczekujące już od kilku chwil Su-22, a za nimi gotowe do starty oczekiwały już malborskie Smokery, które charakterystycznym dymieniem również dawały znaki gotowości do startu. Piloci Migów ustawili się do startu w dwójkach i po krótkiej chwili, trzy pary w odstępie paru minut rozpędzały się po pasie i wzbijały w powietrze, odlatując do Malborka. Były to jedne z ostatnich maszyn. Zbliżała się godzina 15.

Na lotnisku 23. Bazy Lotnictwa Taktycznego zapanowała błoga cisza, ale na krótko. Na CPPS’ie pozostała ostatnia maszyna – Su-22 z namalowanym na dziobie dzikiem. „Dzik” odpalił silnik i po pozytywnym sprawdzeniu przez techników zaczął kołować na start. Po otrzymaniu zgody od kontrolera lotów, Su-22 wzbiło się w powietrze i niczym MiG-29 wykonało ostry wiraż, aby obrać kurs na domek pilota. Już z daleka było widać zamiary pilota, a szybkie zniżanie się maszyny z jednoczesnym dymieniem z silnika zapowiadało szybki i głośny przelot nad drogą kołowania. Pilot pięknym low pass’em pożegnał się z Mińskiem Mazowieckim i jednocześnie „zamknął” historię kolejnego, radomskiego AirShow na lotnisku 23. BLT.

Konrad “kifcio” Kifert

AIRSHOW RADOM 2011 (Polska, EPRA)

W całym wachlarzu imprez lotniczych jest jedna impreza, przy której serce zawsze bije najmocniej. To radomski Air Show! Bije naprawdę z wielu powodów. Oczywiście głównie dlatego, że to impreza na naszej polskiej ziemi. Wszystkim nam zależy na tym, by była to impreza jak najciekawsza i wypadła jak najlepiej zarówno dla nas samych jak i w porównaniu z innymi wydarzeniami tego pokroju w Europie. Jednak po serii katastrof lotniczych w poprzednich dwóch edycjach nie było pewne, czy edycja 2011 w ogóle się odbędzie. Wszyscy z zapartym tchem czekaliśmy na decyzję stosownych władz. Gdy decyzja o organizacji tegorocznego „Radomia” zapadła – nastąpiły wszechpanujące ulga i radość. Od tego momentu zaczęło się tradycyjne śledzenie informacji dotyczących gwiazd mających uatrakcyjnić to nasze największe polskie lotnicze wydarzenie. Spekulacji, potwierdzeń, zaprzeczeń było co nie miara. Sam dałem się nieźle w tę zabawę wkręcić. Miałem jednak w temacie uczestników Air Show dość wyluzowane podejście. Po odwiedzeniu takiej ilości pokazów w tym sezonie, będąc świeżo po MAKS w Moskwie oraz trochę przed szwajcarskim Axalp – mnie osobiście zależało głównie na tym, by jak najpełniej przeżyć to jedyne w swoim rodzaju święto, jakim zapewne dla wszystkich ludzi kochających lotnictwo w Polsce jest Air Show Radom! Wszystkim nam, mimo że nie zawsze się o tym mówiło, zależało też na tym, by wreszcie przerwać czarną passę, by odczarować te pokazy, by nikomu nic złego się nie przydarzyło, by impreza zakończyła się w niedzielę – spowita uśmiechami na wszystkich twarzach. Udało się! Choć nie obyło się bez kilku incydentów.

SPFL CAMP. Rozwój naszego Stowarzyszenia sprawił, że do Radomia w naszych barwach wybierało się nie kilku, nie kilkunastu ale dużo więcej członków! Zorganizowanie noclegów i miejsca do wspólnego posiedzenia w jednym miejscu dla takiej grupy było zadaniem wręcz awykonalnym! Z pomocą i ciekawą inicjatywą przyszedł mój przyjaciel, którego rodzice mają działkę tuż przy ogrodzeniu radomskiego lotniska. Postanowiliśmy rozbić tam SPFL CAMP dla wszystkich członków Air-Action. Już na miejscu okazało się, że był to strzał w dziesiątkę! Pogoda dopisała nam rewelacyjnie. Nasi gospodarze okazali się być niesłychanie gościnni i wyrozumiali (dziękujemy!). Przez cały weekend bawiliśmy się cudownie. Tym bardziej, że ekipa podchwyciła ostatnie doniesienia z Internetu na mój temat, jakobym był „samozwańczym królem polskiej fotografii lotniczej” i… zrobiła mi koronację! A jak!? Skoro nie da się „wroga” zwalczyć to trzeba z nim jakoś żyć. Złośliwość internetowych szyderców przełożyła się na rozwojowy temat do naszej zabawy i w zasadzie jesteśmy im winni podziękowania za wspaniały pomysł :) Ja poszedłem z tym dalej i paradowałem w koronie zrobionej z papierowego talerzyka również na terenie pokazów! A co tam :) Trzeba mieć dystans i… w każdych warunkach znaleźć dobrą zabawę. A zatem…

PIĄTEK. W piątek rano, na leżaczku przy camperach (niektórzy na nich), z ulubionym zimnym napojem w ręku, przy ulubionej muzyce sączącej się zarówno z głośników jak i z dysz latających tuż nad nami samolotów – rozpocząłem świętowanie radomskiego Air Show! Było mi cudownie, nawet bez aparatu w dłoni. Kilka godzin później postanowiliśmy jednak przemieścić się w okolicę ulicy Skaryszewskiej, by jeszcze bliżej doświadczać radości z oglądania i już fotografowania piątkowych treningów. Upał był niesamowity. Towarzystwo rozlokowało się w cieniu rozłożystego dębu by raz po raz zerkać spod niego w niebo. Na niebie działo się naprawdę sporo. Przebywanie w tej strefie dawało możliwość bezpośredniego obcowania z maszynami, które latały tuż na wyciągnięcie ręki. Niesamowicie z tej perspektywy wyglądała walka 2xF-16 kontra 2xMiG-29. Samoloty rwały powietrze i walka, mimo że wyreżyserowana na potrzeby pokazów, wyglądała bardzo realistycznie. Kapitalnie podobał nam się pokaz greckiego F-16, wykonany w iście amerykańskim stylu. Spory rozmach, duża prędkość. Niestety chwilami mała wysokość, co zapewne nie uszło uwadze osób odpowiedzialnych za bezpieczeństwo pokazów. Ciekawie też grecki F-16 był pomalowany. Kolega nawet dopatrzył się napisu (żart) „3000 lat greckiego lotnictwa” :) Swoją drogą to chyba niezły pomysł dla naszych greckich przyjaciół by wymalowali swoje F-16 DEMO w hasła typu „Od Ikara do F-16”? :) Prawdziwego ochłodzenia w ten upalny dzień dostarczyli nam jednak Szwajcarzy. Wielu z nas dobrze zna ich pokaz, choćby z cudnego Axalp, gdzie Patrouille Suisse prezentuje się najlepiej. Podczas wykonywania serca na niebie, prawdopodobnie chcąc zamknąć figurę we właściwym miejscu, samoloty zeszły tak nisko, że zniknęły nam za drzewami! Nienawidzę takich chwil! Na szczęście po chwili zobaczyliśmy pełny skład ponad lasem. Ufff, było gorąco! Z tego co się później dowiedziałem, samoloty przeleciały koszmarnie nisko pomiędzy kościołem a pewnym domem. Był to chyba najdramatyczniejszy moment tego lotniczego weekendu. Treningi zarówno Holendra jak i Belga na F-16 również bardzo interesujące. Szczególnie spodobał nam się Holender, który robiąc swoją spiralę z flarami, schodził bezpośrednio na nas. No i to rzadkość zobaczyć Hi-Tec’a nie w swoim pomarańczowym F-16. Przebojem dnia na polu byli zdecydowanie Włosi. Frecce Tricolori widziani z tej perspektywy byli niesamowici! Szczególnie podczas ich słynnej mega mijanki, gdy samoloty lecą na środek pokazów z każdej strony oraz podczas Finale Grande, czyli figury polegającej na wolnym przelocie dziewięciu maszyn tworzących z pomocą dymów włoską flagę, podczas gdy solista wlatuje w tę flagę od dołu tuż za samolotami. Zawsze podziwiam ich precyzję oraz finezję latania. Zakończeniem dnia była wizyta w centrum prasowym oraz w punkcie NPS. Bardzo fajna inicjatywa programu Nikona, który doposażał na miejscu fotografów w obiektywy i aparaty oraz… czyścił matryce! Nie omieszkałem skorzystać z takiej okazji.

SOBOTA. W sobotę rano postanowiliśmy udać się już na lotnisko. Na jego południową stronę – licząc na lepsze światełko do fotografowania. Niestety niebo, mimo że bezchmurne, nie było idealnie czyste. Na zdjęciach tworzyło się delikatne „mydełko”. Nic to! Zabawa było przezacna. Nie zawsze zdjęcia muszą być najważniejsze. Spotkałem znajomych fotografów z Rosji, z którymi razem fotografowaliśmy tydzień temu w Moskwie. Postanowiłem się nimi trochę zająć, gdyż wiem jak to miło dostać taką pomoc na obcej ziemi. Raz po raz startowały jakieś maszyny do pokazu i były przez całą spotterską brać ogałacane z kadrów. Po raz kolejny w tym roku słyszałem nad głową niesamowity gang silników P-38 Lightning, pięknie się po niebie kręcił Skybolt. Po „śmigłach” nad Radomiem pojawił się nasz dobry przyjaciel Mitch wraz ze swoim granatowo-srebrnym F-16, ale tym razem z… przedziwną stertą jakichś papierów w kabinie :) Godnie zaprezentowały się groty polskiego lotnictwa wojskowego. Przeleciały Hercules, C-295 CASA, M-28 Bryza oraz po sześć sztuk SW-4, F-16, MiG-29 i Su-22. Pokazy trwały w najlepsze, choć światełko nie rozpieszczało. Po prezentacji Patrouille Suisse oraz greckiego F-16, którzy w sobotę latali zdecydowanie wyżej, postanowiliśmy się przenieść na zachodnią stronę pasa. Chodziło o to, by mieć przed sobą całe lotnisko i sporą połać błękitnego nieba. Podczas przemieszczania się nie sposób było nie zauważyć, jak dużo publiczności postanowiło odwiedzić radomski Air Show. To wspaniale, że jest w narodzie takie duże zainteresowanie lotnictwem! Po zachodniej stronie fotograficzne warunki były lepsze ale mgiełka w powietrzu została. Czekaliśmy bardzo na gwóźdź programu czyli (jak dla mnie) na pokaz MiG-29, na pokaz Su-22 i walkę powietrzną 2 x F-16 kontra 2 x MiG-29. Najpierw jednak majestatycznie przeleciał nad pasem NATO-wski AWACS oraz pokaz zrobiły Biało-Czerwone Iskry. Trzeba przyznać, że chłopaki z BCI polatali bardzo solidnie. Wszyscy znamy możliwości zespołu zarówno finansowe jak i techniczne (TS-11 Iskra) i biorąc pod uwagę powyższe, naprawdę był to bardzo dobry pokaz. Niestety nie można tego powiedzieć o pokazie MiG-29. Było jakoś słabo dynamicznie. Zresztą podobno sam pilot przyznał po lądowaniu, że nie jest do końca zadowolony. Nad lotniskiem pojawiła się długo wyczekiwana para Su-22. Liczyłem na pokaz w stylu brytyjskiego Tornado Role Demo. Było o wiele spokojniej i bez napalmu, ale za to z pięknymi flarami! Totalnym odlotem dla mnie była za to walka eFów z MiGami. Wiadomo, że to tylko inscenizacja pod publiczność i chodziło o dużo huku, prędkość i flary. Działo się! Najbardziej zaskoczyła mnie ilość wystrzelonych flar, prawdopodobnie symbolizujących odpalenie rakiety. Byłem tak zaskoczony obrotem sprawy, że bardziej patrzyłem niż fotografowałem. Miałem w końcu w zapasie niedzielę! Po wojskowych mistrzach z Polskich Sił Powietrznych do pokazu wystartowali znani i kochani nie tylko na europejskich imprezach lotniczych: Patrouille de France, RNLAF F-16 DEMO TEAM oraz jako Finale Grande – Frecce Tricolori. Wszyscy stanęli na swoim najwyższym poziomie, a już pokaz Włochów przy chylącym się ku zachodowi słońcu to totalna magia!

NIEDZIELA. Wziąwszy pod uwagę prognozę pogody, która zapowiadała spore ochłodzenie oraz zachmurzenie, postanowiliśmy cały dzień spędzić po stronie publiczności. Rzeczywiście do wczesnego popołudnia nie było dobrego światełka do fotografowania. Zdjęcia jakie powstały w tym czasie można opisać jako: szare na szarym. Był za to klimat do wesołej zabawy, której w naszym towarzystwie nigdy nie brakuje :) Sytuacja fotograficzna zmieniła się trochę po południu. Poszliśmy wtedy na zachodnią stronę lotniska. Podczas przemieszczania się latał nad nami Grek na F-16 i trzeba przyznać – swoim lataniem i postawą – porwał za sobą nie tylko nas, ale i całą publiczność. Była w nim taka świeża i niekłamana radość z tego co robi i gdzie jest. Z tego co się później dowiedziałem, strasznie zakochał się w Polsce i Radomiu i obiecał, że za dwa lata przybędzie na AS Radom – nawet jak nie będzie pilotem Demo. Doszliśmy na koniec pasa. Próbowałem jakoś sensownie zaplanować miejscówki foto w odniesieniu do atrakcji programu. Na zachodniej stronie chciałem być głównie dla walki MiGów z eFami, za to koncert, czy jak kto woli pokaz Włochów, chciałem obejrzeć z trybuny centralnej. Głównie ze względu na mistrza spikerki Andrea Saia’ę, którego chciałem usłyszeć tym razem w polskim wydaniu. Inna sprawa też jest taka, że pokaz grupy akrobacyjnej widziany z centrum pokazów to piękna bajka, gdyż właśnie pod to miejsce reżyserowane są wszystkie figury. W związku ze zmianą rozkładu lotów przewidującą na niedzielę Francuzów jako Finale Grande, a Włochów zaraz po walce MiGów z eFami, szykowało się hardcorowo szybkie przemieszczanie ze strefy zachodniej do centralnej. Trudno. Tymczasem zaliczamy kolejne punkty programu. Bardzo precyzyjnie i tym razem z flarami latali Czesi, zarówno na Gripenie jak i na Alce. Podobał nam się pokaz włoskiego AMX, który pięknie zrywał strugi będąc na kontrze do słońca. Duże wrażenie zrobił na nas start Lightninga. Pięknie zagrało światełko na jego błyszczącym poszyciu. Powoli, powoli zbliżaliśmy się do najbardziej oczekiwanych pozycji programu. Rozpoczęcie tej swoistej wiązanki zaznaczył już od linii horyzontu MiG-29 swoimi charakterystycznymi dymami. Podszedł nad pas i rozpoczął pokaz. Pokaz… kapitalny! Pełen dynamiki, zwrotów, oderwań. Bardzo plastyczny i rewelacyjny do fotografowania. Zupełnie inny od tego sobotniego – brawa! Po Smokerze przyleciały Su-22 i zrobiły dokładnie taki sam pokaz jak wczoraj z tą różnicą, że było trochę więcej flar. Po Fitterach nad radomską areną rozpętała się oczekiwana przez nas walka powietrzna. Na jej początku wszyscy zamarliśmy, gdy jeden z naszych Jastrzębi wykonał manewr „za lasem”, bliźniaczo podobny do tego jaki dwa lata temu popełniło białoruskie Su-27. Na szczęście tym razem wszystko skończyło się dobrze i walka była kontynuowana. Zgodnie z przewidywaniami było sporo hałasu i flar, a jej wynikiem nie było żadne zwycięstwo tylko zadowolenie publiczności. Efekt został osiągnięty! Zaraz po walce zrobiliśmy szybkie przemieszczanie do strefy centralnej. To był bardzo dobry pomysł! Obejrzeć Włochów, nawet w niskim pokazie i posłuchać ich komentatora – bezcenne :) Z całą sympatią i szacunkiem do Tricolori to jednak w niedzielę tę nieoficjalną konkurencję między zespołami wygrali Francuzi. Raz, że robili pełny pokaz. Dwa, że zrobili to naprawdę precyzyjnie i pięknie! Nic dziwnego zatem, że podczas kołowania Patrouille de France, piloci z Frecce Ticolori postanowili im oddać należny honor. Nota bene bardzo fajna scenka świadcząca też o tym, że wszyscy w Radomiu znakomicie się bawili!

Udało się! Udało się przełamać czarną passę, udało się wstrzelić z piękną pogodą, udało się wszystko pięknie zorganizować, udało się pięknie pobawić! Brawa dla organizatorów, brawa dla AirShow Radom, brawa dla nas! Do zobaczenia za dwa lata! :)

Sławek „hesja” Krajniewski

NIESAMOWITY MAKS 2011 (Rosja, UUBW)

MAKS 2011
„Небо выбрало нас, cделай шаг за звездою…” – te słowa piosenki z kultowego rosyjskiego filmu rozbrzmiewają co chwilę z głośników porozmieszczanych na rozległym terenie Międzynarodowego Lotniczo-Kosmonautycznego Salonu MAKS. A więc!? Udało się! Jestem tu ponownie! Tyle aspektów mojego prywatnego życia do samego końca trzymało mnie w napięciu i nie pozwalało na wcześniejszą radość z wypadu na MAKS, że głowa mała! Do samego końca nie byłem pewny czy będę mógł przyjechać. Teraz, po przejściu kontroli na bramkach Salonu i stojąc pod potężnym Airbusem A380 już wiem na pewno, że się udało! Zależało mi bardzo by tu przyjechać, gdyż MAKS, który co dwa lata odbywa się na terenie podmoskiewskiego lotniska Ramenskoye, to jedna z najbardziej wyjątkowych imprez lotniczych na świecie. Wyjątkowych, bowiem to jedyne miejsce, w którym na tak szeroką skalę prezentuje się prawie cała potęga rosyjskiego lotnictwa. Dziesiąta – jubileuszowa edycja Salonu już w zapowiedziach nabrała jeszcze bardziej na wyjątkowości. Po tym jak ogłoszono, że podczas Salonu zostanie zaprezentowany najnowszy, rosyjski samolot piątej generacji T-50 PAK FA oraz że to najprawdopodobniej ostatnie pokazy, w których udział wezmą jedne z najbardziej legendarnych zespołów lotniczych świata czyli Ruskije Witjazi i Striżi, wiedziałem że po prostu muszę tu być!

MAKS STATYCZNIE
Wtorek. Dzień otwarcia MAKS. Od samego rana panuje niemiłosierny upał. W strugach potu, stłoczeni, dojeżdżamy autokarem pod same bramki lotniska Ramenskoye. Ciężko jest nam się skupić na naprawdę szczegółowej kontroli zarówno naszego sprzętu jak i dokumentów, gdyż tuż za bramkami stoją pierwsze kolosy wystawy statycznej – z lewej An-124 Rusłan, z prawej Airbus A380. I to jest taki moment, w którym człowiek wariuje bo nie wie co robić. Stać z rozdziawioną paszczą i podziwiać? Czy robić zdjęcia? Ciężko znaleźć stosowny kompromis. Obok przepięknego Airbusa stoi też „malutki” (przy Arbuzie wszystko wydaje się małe) Boeing 787 Dreamliner. Dalej robi się dopiero ciekawie. Stoi tu prawie wszystko co chcieliśmy zobaczyć. Jest spora rodzina MiG-ów, zaczynając od MiG-29 OVT i SMT na czele. Jest też 31BM i 35-ty. Stoi niemała reprezentacja Suchoja w różnych odmianach od 25, poprzez 27SM, 30MKI, 34 i 35 oczywiście. Cała gama śmigłowców z przecudnym Ka-52, przebrzydkim Mi-28 i potężnym Mi-26. Nie brakuje też monstrualnych A-50, Tu-95MS czy Tu-160. Idąc dalej natrafiamy na wystawę tematyczną „Śmigłowce Rosji” z totalnie obwieszonym Mi-28. Po drugiej stronie drogi kołowania – ciekawostka tegorocznej wystawy statycznej MAKS – wystawa USAF. Trzeba przyznać, że Amerykanie mają rozmach. Bardzo ładnie zorganizowana wystawa z takimi okazami jak B-52, KC-10A, F-15, F-16, A-10. Wszystko pięknie poopisywane, a przy sprzęcie żołnierze z uśmiechami od ucha do ucha, chętnie opowiadający o swoich samolotach i robiący sobie zdjęcia z odwiedzającymi Salon. MAKS statycznie to nie tylko stojące w szeregu statki powietrzne. To też potężny teren z wieloma pawilonami kryjącymi w sobie masę ciekawostek. Pomiędzy pawilonami też się dzieje. Idąc w kierunku pasa startowego mijamy scenę, na której odbywa się koncert z okazji dziesiątej – jubileuszowej edycji MAKS. Muzyka, taniec, śpiew z typowo rosyjskim rozmachem. Z kierunku pasa startowego zaczyna dobiegać głuchy odgłos grzanych silników. Co robić? Podziwiać dalej piękne rosyjskie tancerki czy… biec co sił w stronę drogi startowej?? :) Biegniemy…

PIERWSZE PREZENTACJE W LOCIE
Stoimy pod tymczasowo postawionym płotem w niewielkiej odległości od pasa startowego i wyczekujemy na pierwsze maszyny nad lotniskiem Ramenskoye. Rozpoczyna się prezentacja w locie, która jest niejako uzupełnieniem Salonu. Czym ta prezentacja różni się od zwykłych pokazów? W zasadzie niczym, poza tym że trwa krócej, odbywa się w dni zamknięte dla zwykłej publiczności i czasem prezentuje się na niej coś, czego nie można zobaczyć na zwykłych pokazach. Zupełnie inną sprawą jest to, czy pokazy podczas MAKS mogą być w ogóle zwykłe? Mimo wszystko dziwnie to wygląda – ludzi nie ma prawie wcale, a komentator wzniecony jakby mówił co najmniej do dwustutysięcznej publiczności. Nam jednak w żaden sposób to nie przeszkadza, czego nie można niestety powiedzieć o słońcu, które świeci w zasadzie centralnie w oczy. Pojawiają się kolejne maszyny w powietrzu, a my próbujemy cokolwiek w tych warunkach sfotografować. W powietrzu jest totalnie sucho, więc słoneczko na kontrze nie ma do podświetlania żadnych oderwań na płatowcach, a jedyne co robi to zabiera cały kontrast czyniąc powstające zdjęcia totalnie płaskimi. Gdy już mieliśmy złożyć broń i skupić jedynie na rozkoszowaniu się widokiem i dźwiękiem tych wyjątkowych statków powietrznych – z daleka na niebie dostrzegamy dziewięć ciemnych punktów, z których cztery ciągną za sobą smugi czarnego dymu. Nie może być inaczej! To wspólny pokaz dwóch zespołów: Strizi i Witjazi! Są coraz bliżej i… już lecą nam prawie nad głowami! Wrażenie niesamowite – dziewięć takich potężnych maszyn w jednej formacji! To w końcu osiemnaście silników! Wykonują serię przelotów i figur akrobacji nie łamiąc szyku. Pięknie też „grają”. Majstersztyk!

SIERGIEJ BOGDAN I JEGO T-50 PAK-FA
Dzisiejsze prezentacje w locie dobiegają końca. Jesteśmy lekko rozczarowani warunkami pogodowymi oraz tym, że nie latał dziś T-50. Nic to. Trzeba wierzyć, ze uda nam się go w końcu przyfocić. Pakujemy sprzęt i dostrzegamy mariorza, który jakiś czas temu zniknął nam z ekipy, a teraz biegnie do nas od strony pawilonów z jakimś wyraźnie ważnym przekazem. Okazuje się, że w klubie MAKS odbywa się bankiet dla zaproszonych gości i… podobno my też możemy w nim uczestniczyć. No cóż, nam dwa razy takiej propozycji składać nie trzeba. Zabieramy nasze sprzęty i z całym majdanem pakujemy się prosto do klubu. Już na wejściu czuję się dość niezręcznie w tych krótkich spodenkach, koszulce SPFL i w sandałach, impreza jest bowiem dość wystawna. Przygrywa jakaś orkiestra, pan wodzirej dwoi się i troi by naród zmobilizować do tańca. Towarzystwo odwalone na galowo. Tylko my – jakoś nie, ale… jest światełko w tunelu :) Ratują nas legitymacje PRESS i nasz sprzęt, który w takiej ilości, w takiej konfiguracji i w tym miejscu jest pewnego rodzaju ciekawostką, przyciągającą (nie tylko wzrok) wszystkich. Ni stąd ni zowąd pojawia się kelner z tacką kieliszków wypełnionych solidnie zmrożoną wódką i… zaczynamy party :) Jest coraz luźniej i coraz weselej. Na bankiet wchodzą kolejni dostojni goście witani przez organizatorów z należytymi honorami. W pewnej chwili na salę wchodzi mężczyzna w niebieskim kombinezonie. Takim zwykłym bez żadnych emblematów, naszywek, oznaczeń. Pewnie jakiś technik. Szkoda, bo zbieram w moim albumie podpisy różnych ciekawych osób i przydałby się autograf od jakiegoś rosyjskiego pilota. Zaskakujące jest jednak to, że do tego domniemanego technika podchodzi coraz więcej osób. Zagadują go, robią sobie z nim zdjęcia i co najmniej połowa gości bankietu jest poruszona jego obecnością. Postanawiamy dowiedzieć się któż to taki. Kichu, wracając od strony szwedzkiego stołu z zestawem świeżych przekąsek mówi, że na kombinezonie jest jednak jedna mała naszywka, a na niej napis: „S. Bogdan”. Mamy więc jakiś trop. W programie prezentacji w locie jest nie tylko wykaz samolotów, ale i poszczególnych pilotów i… wszystko staje się jasne! To Siergiej Bogdan – główny pilot oblatywacz zakładów Suchoja!! Jego nazwisko widnieje zarówno przy Su-35 jak i przy T-50! Trzeba zatem zawalczyć o wpis do albumu. Jeszcze chwila i już razem z nim oglądamy albumowe zdjęcia z poprzedniej edycji MAKS. Pan Bogdan okazuje się być bardzo sympatycznym i otwartym człowiekiem. Ogląda zdjęcia i co chwilę wskazuje Su-35 i… siebie w kabinie! Nie muszę go prosić o podpis – sam to robi przy każdym samolocie, na którym latał w 2009 roku :) Co więcej – pyta, gdzie można nabyć mój album bo on musi go mieć! Ustalamy, że wyślę album jak tylko wrócę do Polski. Podaje mi swój adres (czy to nie jest tajne?). No a skoro już jesteśmy tak sobie bliscy to… proponujemy wypicie jego zdrowia :) On jednak odmawia gdyż… dosłownie za chwilę będzie startować swoim PAK-FA by przebazować samolot na inne lotnisko! Czyli jednak go dziś przyfocimy!!? Pyta nas czy będziemy robić zdjęcia i sugeruje gdzie powinniśmy stanąć, gdyż najprawdopodobniej jego dowódcy nie pozwolą mu na start w stronę publiczności, a jedynie z połowy pasa w stronę przeciwną. Można sobie na to pozwolić mając ponad 5 kilometrów drogi startowej do dyspozycji. Nagle przyjeżdża po niego samochód, szybko więc wymieniamy wizytówki i żegnamy się . Chwilę później stoimy na lotnisku. Jako jedyni, bo nikt chyba nie wie o starcie T-50 z… naszym nowym kolegą za sterami :) Po kilkunastu minutach słyszymy pracujące silniki, a w oddali widzimy majaczącą sylwetkę rosyjskiej dumy narodowej. Prawda jest taka, że to piękna maszyna! Kołuje w naszą stronę po pasie i niestety będąc jeszcze dość daleko zawraca by zaprezentować nam niesamowicie dynamiczny, krótki start. Robimy zdjęcia. Pierwsze zdjęcia T-50!!!

MAKS W POWIETRZU
Można to określić jednym słowem – działo się! Niektóre pokazy były powtarzane bardzo często, a niektóre miały miejsce tylko w jeden z dni Salonu. Podstawowym tematem tegorocznego MAKS były „Śmigłowce Rosji”. W powietrzu pokaz „Śmigłowce Rosji” rozpoczynał się z reguły od wspólnego przelotu całej armady rosyjskich śmiglaków wszystkich producentów. Po takiej paradzie następowały pokazy indywidualne między innymi śmigłowców: Mi-28, Ka-52, Mi-26, Mi-38 czy Ka-32. Największe wrażenie zrobiły na mnie oczywiście Ka-52 oraz Mi-26. Pierwszy za sprawą swojej wyjątkowej urody, a drugi – wyjątkowej wielkości. Sporą część pokazów w locie zajmowali goście imprezy. Codziennie zatem na niebie lotniska Ramenskoye widzieliśmy: dobrze znanego, francuskiego Rafale w swoim nowym malowaniu, niebywale dynamicznego – amerykańskiego F-15 czy potężnego Airbusa A380. Zaproszonym zagranicznym zespołem akrobacyjnym był również dobrze nam znany zespół Baltic Bees z Litwy. Niestety w pierwszym dniu treningów miało miejsce bardzo twarde lądowanie jednego samolotu z zespołu, które wyłączyło go z dalszych pokazów. Ku naszemu zadowoleniu codziennie też latały Warbird’y. Miałem nadzieję, że będzie ich więcej ale MiG-3 i I-16 stanowiły znakomitą reprezentację. Podstawą pokazów było jednak rosyjskie lotnictwo wojskowe. Zarówno pokazy indywidualne jak i zespołowe robiły na nas niesamowite wrażenie. Pokazy z reguły rozpoczynały się od przelotu MiG-29 i MiG-35 symulujących tankowanie w powietrzu oraz przelotu wyśmienitej trójcy: Su-34, Su-35 i T-50 PAK-FA. Wszystkie te samoloty, z wyjątkiem MiG-29 cysterny, codziennie bezpośrednio nad naszymi głowami rwały powietrze. Największym zainteresowaniem oczywiście cieszył się pokaz T-50, pięknej maszyny o wyjątkowych kształtach, z widoczną jednak wielką rozwagą i asekuranctwem w jej prowadzeniu, co skutkowało, że pokaz ten był mało dynamiczny. Nie można tego powiedzieć o pokazach Su-34 i Su-35, które demonstrowały pełnię swoich możliwości. Podobnie rzecz się miała ze słynnym MiG-29 OVT, który tylko jednego dnia miał słabszy pokaz, ale jak się później okazało – za sprawą usterki technicznej, po której zaistnieniu musiał od razu lądować. Po pokazach solo na powietrzną scenę MAKS wlatywały rosyjskie wojskowe zespoły akrobacyjne. Mieliśmy wyjątkową możliwość obejrzeć chyba wszystkie rosyjskie wojskowe zespoły i to w wielu odsłonach, zarówno pokazowych jak i pogodowych. Latali Striżi (MiG-29), Witjazi (Su-27), Sokoły Rosji (Su-27) i Ruś (L-39). To było coś niebywałego! Ta precyzja, ta potęga, te setki wystrzelonych flar, huk silników nad głowami! Jest coś wyjątkowego w rosyjskiej akrobacji zespołowej. Jest ona zupełnie inna od tej – nazwijmy ją – „europejskiej” . Czuje się w niej pewnego rodzaju monumentalność, tę swoistą dumę narodową. Nic dziwnego, że ludzie oglądający te pokazy wyciągają rosyjskie flagi i najchętniej staliby na baczność i śpiewali hymn narodowy.

FOTO-MIEJSCÓWKI
Super jest przebywać na terenie Salonu. Pięknie się wszystko ogląda, wspaniale słucha, chłonie atmosferę, ale jedno jest pewne – chcąc mieć lepsze zdjęcia – trzeba niestety zmienić foto-miejscówkę. Do wyboru w zasadzie są dwie opcje. Jedną z nich jest specjalna platforma – ustawiona z drugiej strony pasa – specjalnie dla prasy. Pomysł zacny, ale wiąże się z pewnymi ograniczeniami. Po pierwsze loty i tak w większości odbywają się na południe od platformy, więc nadaje się ona głównie do fotografowania startów oraz statków powietrznych latających bezpośrednio nad pasem. Po drugie – cena za przebywanie na niej jest kosmiczna, nawet ze zniżką dla prasy. Pozostaje zatem druga opcja czyli – wypad w krzaki – poza teren lotniska, między jego ogrodzeniem a rzeką Moskwą. Miejscówkę nad samą rzeką doskonale znaliśmy z 2009 roku. Oto co o niej pisałem po poprzedniej edycji MAKS: Jedziemy marszrutką nr 6 w totalnie nieznane rejony. Plan jest taki, by znaleźć się po drugiej stronie lotniska ale jeszcze przed rzeką Moskwą. Z satelitarnej mapki wynika, że powinno się udać. Kierowca busika nie za bardzo może nam pomóc. Mój łamany rosyjski pozwala nam na tyle, by dowiózł nas do szlabanu przed ogródkami działkowymi, przy którym stoi kilku uzbrojonych po zęby milicjantów. Człowiek truchleje na taki widok ale zasadę znamy. O nic się nie pytać i udawać, że doskonale wiemy co robimy. Podchodzimy do milicjantów, grzecznie mówimy dzień dobry i idziemy dalej jakby nigdy nic. Udaje się. Po długim brnięciu przez pola i trawy dochodzimy do prawie idealnego i jakże malowniczego miejsca! Przed nami lotnisko z wieżą kontrolną a za nami rzeka Moskwa z jej wysoką skarpą. Jest pięknie. O bliskości lotniska przekonujemy się tuż po chwili gdy słyszymy z głośników ryk spikera: Aвиационная Грурра Высшего Пилотажа Стрижи!! A po tym z tysięcy gardeł zebranej publiczności gromkie: Урppаaaa!! No to jesteśmy w domu. Nagle wprost na nas z pasa startowego nadlatuje Su-35 na dopalaniu! Jest tak nisko, że moja 500-tka nie daje rady i mogę tylko patrzeć i słuchać. Tylko i aż! To cudowne uczucie gdy ryku dopalaczy słucha się… żołądkiem. Taka piękna i potężna maszyna tuż nad naszymi głowami! Jesteśmy w lotniczym raju :) Po doświadczeniach z 2009 roku wiedzieliśmy już mniej więcej jak i gdzie jechać i czego po którym miejscu się spodziewać. Postanowiliśmy zatem pojechać nie nad samą rzekę ani pod cerkiew (w połowie drogi między rzeką a ogrodzeniem lotniska), a przetrenować miejscówkę, z której nie robiliśmy zdjęć dwa lata temu czyli tę tuż przy płocie. Dlaczego? Na tych dwóch poprzednich brakowało mi trochę bezpośredniego kontaktu wzrokowego z lotniskiem. Tam w zasadzie wszystko co wylatywało znad drzew było dla nas zaskoczeniem. Dodatkowo stojąc pod płotem, była też opcja ogarnięcia zdjęć nad samym lotniskiem. Jak zaplanowaliśmy, tak zrobiliśmy. Czy się opłacało? Już sam fakt, że byliśmy na tej jednej miejscówce przez trzy kolejne dni niech świadczy o tym, że musiała być moc! I była! :) Nie dość, że mogliśmy fotografować ruchy statków powietrznych nad lotniskiem i że mieliśmy piękną przestrzeń obserwacyjną na naloty znad rzeki, to jeszcze wszystkie akrobacje i przeloty odbywały się niemal bezpośrednio nad nami! Z takiej odległości czuło się jeszcze bardziej potęgę rosyjskiego lotnictwa. No i najważniejsze – w końcu słońce stało się naszym sprzymierzeńcem. Był też i inny aspekt przebywania na polnej drodze pod płotem lotniska. Tuż obok drogi na sąsiadującej z nią łące swoje obozowisko mieli jacyś Rosjanie. Wyglądali na pracowników jakiejś firmy, choć zadziwiała nas ilość podjeżdżających do nich wypasionych samochodów terenowych i wieczna impreza jaka tam odchodziła. Od pierwszego dnia, oczywiście za sprawą mariorza, stali się oni również naszymi przyjaciółmi :) Zacieśniając przyjaźń polsko-rosyjską nie zdawaliśmy sobie sprawy, z kim się zadajemy. Gdy jednak na naszą drogę przyszli rosyjscy fotografowie i gdy zobaczyliśmy przerażenie na ich twarzach w momencie, gdy my robiliśmy zdjęcia naszym ludziom na obozowisku i serdecznie się wzajemnie pozdrawialiśmy, doszło do nas, że coś jest na rzeczy. A gdy jeden ze spotterów w pewnej chwili krzyknął do nas byśmy się tak nie zachowywali bo… „bo nas wszystkich zaaresztują”, to już całkiem zbaranieliśmy. Okazało się, że ci „pracownicy” to generałowie z ministerstwa ochrony rosyjskiego przemysłu, a obozowisko to ich główna baza i centrum „ochrony” MAKS! Mieliśmy za to później duży respekt pod płotem, gdy „generałowie” przekazali na nasze ręce wielką butelkę pewnego napoju oraz torbę pełną (do tegoż napoju) zakąsek. Ot taka rosyjska gościnność :) Nie mogliśmy oczywiście odmówić przyjęcia i skosztowania darów. Co więcej, zaprosiliśmy wszystkich innych towarzyszy fotografów do jeszcze większego zacieśnienia międzynarodowej przyjaźni. Piszę „międzynarodowej”, bo poza nami i Rosjanami byli jeszcze Anglicy i Chińczycy! Jak się później okazało – wszyscy już wcześniej znali fotografię SPFL! Teraz więc poznali kilka tajemnic naszego warsztatu „namacalnie” :)

NIEDZIELNE POKAZY
Podstawa chmur – jakieś 150-200 metrów i strugi ulewnego deszczu: taką pogodę zapowiadano na dziś, czyli na ostatni dzień Lotniczo-Kosmonautycznego Salonu MAKS 2011. Czy jakakolwiek impreza lotnicza przy takiej prognozie przyciągnęłaby dużą publiczność? Czy jakakolwiek by się odbyła? Pewnie nie. Jak się później dowiedzieliśmy, tego dnia na lotnisko przyszło ponad 150 tys. widzów, by uczestniczyć w tych wyjątkowych na skalę światową pokazach. Ostatni dzień na MAKS i my postanawiamy przeżyć na lotnisku, wśród tłumu, by na własnej skórze poczuć tę wyjątkową atmosferę. Na początku szczegółowa kontrola na bramkach, a zaraz po niej niespodzianka! Tuż za wejściem na lotnisko stoi mój ulubiony Tu-144, którego nie było we wtorek ani w środę. Deszcz leje niesamowicie, więc chowam aparat pod kurtką i spod parasola próbuję zrobić choć jedno zdjęcie tej potężnej ślicznotce. Nie mam opcji zmiany obiektywu a chciałoby się zrobić szersze ujęcie, gdyż fajnie wygląda tłum publiczności schowany pod skrzydłami Tutki! :) Śpieszymy w stronę pasa, bo lada moment mają rozpocząć się pokazy. Wpadamy na chwilę do namiotu prasowego, gdzie na spokojnie i na sucho możemy wreszcie pozakładać osłony przeciwdeszczowe na sprzęt, bierzemy program pokazów i biegniemy w bój :) Deszcz nie przestaje padać ale… mnie osobiście to pasuje! Mamy ujęcia w słonecznej pogodzie, więc teraz pora na te w deszczowej. Nie ukrywam, że liczę na piękne oderwania na płatowcach maszyn. Po przeanalizowaniu sytuacji stwierdzamy, że nie ma sensu się pchać pod same barierki, gdzie napiera największy tłum. Stajemy w sporej odległości od pasa, by móc sfotografować w całości samoloty przelatujące nad pasem z ogniskową 500mm (750 w formacie DX). Tłum jest niesamowity. Na lotnisku gąszcz parasoli i masa wynalazków, które mają uchronić od deszczu i zimna. Bardzo nam się podoba rosyjska moda, ale zadziwia nas fakt, że większość dziewczyn ma na sobie… koce! Mniej lub bardziej eleganckie ale koce właśnie :) Zaczynają się pokazy, które na lotnisku powodują istne szaleństwo! Nasz ulubiony komentator wreszcie jest w swoim żywiole. Zarówno on, jak i prawie cała publika wariują podczas każdego przelotu samolotu w osi pasa! W uszach dzwoni od huku silników i wszechobecnego motywu: Komentator – Поздравляю летчиков!!! Naród: Урppаaaa!!! A w powietrzu? No jazda po bandzie! Su-34 potężnie zrywa strugi i lata prawie tuż nad płaszczyzną lotniska, bo wyżej są deszczowe chmury! A380 startuje i… znika z oczu! Co chwilę pojawia się jego sylwetka w prześwitach chmur. Lądowanie tego kolosa na totalnie zalanym wodą pasie robi na wszystkich spore wrażenie. Następnie Be-200 wykonuje zrzut wody w kolorach rosyjskiej flagi, który przy tej aurze wygląda dość kuriozalnie. Nagle komentator robi rzecz niemożliwą! Mianowicie krzyczy jeszcze głośniej wychwalając chyba wszystkimi znanymi sobie epitetami maszynę, która kołuje po pasie. Można się tylko domyślać co tam kołuje i co powoduje, że ludziom włączyła się opcja: „totalny szał” :) To rosyjska duma narodowa, najlepszy, najwspanialszy, najnowocześniejszy: T-50 PAK FA! A za sterami – Bogdan, nasz Bogdan! Урppаaaa!!! :) Pięknie się zaprezentował publiczności i rozpoczyna start. Nagle dźwięk dopalaczy zamienia się na sekundę w coś niespodziewanego, jakby mały wybuch i… cisza! Niestety nie widzimy co się dzieje, a ze strony komentatora słyszymy tylko, że start został przerwany w wyniku usterki wywołanej najprawdopodobniej wodą na pasie. Później dowiedzieliśmy się, że miała miejsce dość poważna awaria silników. Całe szczęście, że jeszcze na pasie bo nie chcę nawet myśleć co mogłoby się wydarzyć, gdyby zaistniała podczas pokazu w locie :/ Sytuacja staje się deczko niezręczna. Chluba Rosji nie daje rady wystartować, a za to kilka chwil później w powietrzu zarówno Rafale jak i F-15 robią niesamowity pokaz, drąc powietrze na wszystkie możliwe sposoby. Przelot Rafale z dużą prędkością to coś, na co od rana czekałem. Bajka! Po pokazie MiG-29 OVT komentator jednak ogłasza koniec pokazów. I tak jesteśmy pod wrażeniem, że w takich warunkach tyle zrobiono. Ale jak nie zrobić pokazów dla tak niebywałej, wspaniałej publiczności? Tego naprawdę nie da się opisać. To trzeba zobaczyć, usłyszeć, poczuć i przeżyć! Jeździmy ekipą Air-Action na pokazy lotnicze po całej Europie. Zawsze towarzyszy nam zabawa, fotografowanie i lotnictwo. Tym razem wszystkie trzy aspekty zagrały wyjątkowo dobrze, wręcz idealnie! Pobawiliśmy się, odpoczęliśmy i pofotografowaliśmy jak nigdzie indziej! Zebraliśmy potężny dorobek foto, a co najmniej drugie tyle zostało nam w głowach. MAKS 2011 przeszedł do historii. Ze smutkiem opuszczaliśmy Rosję. Już nie możemy się doczekać 2013 roku :(

Sławek “hesja” Krajniewski

FESTYN W ŁOSOSINIE DOLNEJ (Polska, EPNL)

W dniu 21 sierpnia 2011 roku w Łososinie Dolnej odbył się Festyn Lotniczy z okazji 55 lecia Aeroklubu Podhalańskiego. Cała impreza rozpoczęła się o godzinie 10:00 lotami rekreacyjnymi nad Zalewem Rożnowskim, a zakończyła o godzinie 20:00. Główna atrakcja, czyli blok pokazowy, miał wystartować o godzinie 15:00. Na miejsce imprezy dotarłem około 14:00 . Po „odstaniu swojego” w kolejce do parkingu, udałem się na teren lotniska, gdzie spotkałem towarzysza Qnę. I tak oto w dwuosobowym składzie reprezentowaliśmy SPFL.

Był to kolejny dzień upalnego sierpnia, brak deszczu, pogoda idealna dla plażowiczów, jednakże nam, spragnionym wyśmienitych fotek, brakowało tych kilku chmurek na niebie. Pokazy rozpoczął desant skoczków spadochronowych z samolotu CASA C-295M, który wykonał trzy zrzuty. Po zakończeniu desantu, CASA przybliżyła publiczności swoje walory wizualne, podczas przelotu na małej wysokości nad pasem. Następnie w niebo wzbił się Piper J-3C-65 Cub, samolocik potrafiący utrzymać się w powietrzu przy bardzo niskiej prędkości, a wręcz „stanąć w miejscu”. Dostarczył nam niewątpliwie miłych wrażeń podczas swojego podniebnego baletu.

Kolejnym punktem programu były karkołomne akrobacje w wykonaniu Extry. Pilotował go Artura Kielak, pochodzący z Mińska Mazowieckiego pilot Boeingów i ex-członek grupy akrobacyjnej Żelazny. W końcu przyszedł czas na pokaz samolotów historycznych. Jako pierwsza zaprezentowała się replika samolotu RWD-5, na którym, w roku 1933, Stefan Skarżyński jako pierwszy Polak przeleciał przez Atlantyk. Ustanowił jednocześnie nowy rekord świata. Po krótkiej prezentacji RWD-5 w locie, przyszedł czas na drugi desant skoczków, tym razem z samolotu An-2. Dodatkową atrakcją dla widzów, były kolorowe flagi przyczepione do uprzęży. W międzyczasie do pokazu przygotowywał się już Curtiss JN-4H Jenny z dającymi wspaniały efekt wizualny smugaczami. Na oczach publiczności powstawały różnorodne wzory na niebie. Kolejna maszyna to latający eksponat z Muzeum Lotnictwa w Krakowie -Yak-18, wyposażony w silnik gwiazdowy. Sylwetka Yaka odcinająca się na tle zielonych wzgórz otaczających lotnisko, została przez nas wielokrotnie uwieczniona, a charakterystyczny warkot silnika na długo pozostał w pamięci. Po jego prezentacji przyszedł czas na główną atrakcję pokazów, czyli jak to zapowiadał organizator „Pokaz umiejętności lotniczych na samolotach F-16”. Dwa F-16 nadleciały z północnego zachodu prawie bezszelestnie, by po przelocie nad publicznością, przejść na dopalanie i narobić sporo hałasu. Niestety na tym prezentacja się zakończyła. Samoloty obrały kurs na macierzyste lotnisko i zniknęły w oddali.

Główna atrakcja była jednocześnie ostatnią. Na tym zakończyły się pokazy w powietrzu. Przyszedł czas na posiłek i dyskusję o całej imprezie oraz oczekiwanie na kilka niezłych kadrów podczas odlotów gości. Na scenie rozpoczął się koncert. W trakcie drogi powrotnej dotarły do nas wstrząsające informacje o tragicznym wypadku jednego z gości. Rozbił się ultralekki Evektor EV-97 Eurostar, nr rej. OK-LUR-03. Jak się okazało był to początek czarnego weekendu, podczas którego doszło do dwóch kolejnych katastrof :(

Podsumowując całą imprezę: słoneczko za plecami, ciekawe maszyny, okolica urokliwa, jedzonko smaczne, pogoda udana, zdjęcia również. Nudą nie wiało, na niebie cały czas coś się kręciło. Jedynym minusem i rozczarowaniem mógł być występ tak oczekiwanych gości z Łasku. Chciałoby się krzyknąć „ jeszcze!!!”, ale…już ich nie było. Impreza dobrze rokuje na przyszłość i z pewnością zawitam tam wraz z ekipą SPFL w przyszłym roku.

Waldemar “valdi” Piela

TANKOWANIE W ŁASKU (Polska, EPLK)

W dniu 12 sierpnia 2011 roku gościliśmy w 32 Bazie Lotnictwa Taktycznego w Łasku. Na kilka dni przed terminem, gdy wywiad forumowy doniósł o planowanym w EPLK tankowaniu amerykańskich A-10 i F-15, wielu chętnych członków SPFL zaplanowało sobie tego dnia wypad na fotograficzne łowy. Na dzień przed terminem okazało się, że międzylądowania nie będzie, a tankowanie odbędzie się w powietrzu, w zarezerwowanej dla tego celu przestrzeni powietrznej nad terytorium Polski. Rozczarowani tym faktem zrezygnowaliśmy z wypadu. W związku z tym ogromna większość następnego dnia grzecznie odwołała urlopy i posłusznie udała się do pracy. Z samego rana otrzymaliśmy informację, że planowane pierwotnie lądowanie w EPLK jednak się odbędzie. Po błyskawicznej informacji na forum i akcji telefonicznej, okazało się, że tylko dwie osoby będą mogły się w tak krótkim czasie zjawić w bazie. Podczas lądowań i startów niebo nie było przychylne i światło do zdjęć nie rozpieszczało. Natomiast podczas samego tankowania i postoju amerykańskich maszyn – było przepięknie. I choć od rana wszystko zmieniało się jak w kalejdoskopie – zarówno informacje dotyczące godziny, kierunku, jak i samego faktu lądowania – warto było się tam zjawić :) Po zatankowaniu i krótkim odpoczynku piloci odlecieli do Moskwy na pokazy MAKS 2011, a za nimi następnego dnia mocny skład SPFL. Ale o tym już w innej relacji…

Marta “holka” Holka

TOUR DE POLOGNE 2011

W dniach 31 lipca – 6 sierpnia 2011 odbył się 68 wyścig kolarski Tour de Pologne. Wyścig organizowany przez Czesława Langa już od kilku lat należy do Pro Tour, czyli do cyklu obejmującego najważniejsze wyścigi na świecie. Na starcie stanęły 22 drużyny, z czego 6 drużyn było reprezentowanych przez 21 Polaków. Jednym z głównych faworytów był Polak, Przemysław Niemiec (Lampre-ISD), któremu miał pomagać drugi kolarz tegorocznego Giro d’Italia – Michele Scarponi. Drugą polską drużyną na starcie oprócz Reprezentacji Polski był CCC Polsat – Polkowice za sprawą dołączenia od tego sezonu do grona Professional Continental Teams.

Pierwszy etap tradycyjnie poprowadzony został szosami województwa mazowieckiego. Kolarze wyruszyli z Pruszkowa do Warszawy mając do pokonania 101 km. Etap ten padł łupem Marcela Kittela z ekipy Skil-Shimano. Na trasie dobrze spisali się również Polacy. Adrian Kurek (Reprezentacja Polski) wywalczył czerwoną koszulkę dla najaktywniejszego kolarza, a Michał Gołaś (Vacansoleil-DCM) został najlepszym góralem wyścigu.

W drugim etapie rywalizacji kolarzom została wytyczona trasa licząca 162 km z Częstochowy do Dąbrowy Górniczej. Kolejny raz dobrze spisał się Adrian Kurek, który zgarniając bonifikaty na lotnych premiach umocnił się w klasyfikacji aktywnych, a także został wirtualnym liderem wyścigu. Na finiszu jednak bezkonkurencyjny okazał się ponownie młody Niemiec Marcel Kittel. Podczas finiszu doszło do kraksy, w której ucierpiał Alessandro Ballan z ekipy BMC (były mistrz świata i zwycięzca TdP z 2009 roku), który został zmuszony do wycofania się z wyścigu. W kraksie poszkodowany został również Błażej Janiaczyk, jednak z pękniętym żebrem zdecydował się kontynuować jazdę. Koszulkę najlepszego górala przejął Bartłomiej Matysiak (CCC Polsat – Polkowice).

Etap trzeci prowadził z Będzina do Katowic i liczył 135,7 km. Kolarzy na trasie przywitała deszczowa pogoda. Jednak opady ustały przy wjeździe na rundy w Katowicach, które przy mokrej nawierzchni stałyby się bardzo niebezpieczne dla kolarzy. Na finiszu po raz trzeci z rzędu najlepszy okazał się Marcel Kittel.

Kolejny etap był pierwszym górskim etapem w tegorocznym Tour de Pologne. Na odcinku długości 177 km między Oświęcimiem a Cieszynem zaplanowano podjazdy m.in. pod Przełęcz Koniakowską (828 m n.p.m.), Kubalonkę (767 m n.p.m.) i Zameczek (767 m n.p.m.). Pierwszą premię oznaczoną jako specjalną zdobył Matysiak, za co zostały mu nadane insygnia, czyli ciupaga, góralska koszula i kapelusz. Dowodzenie w peletonie przejęli zawodnicy ekipy Liquigas, co zapowiadało, że do walki o etapowy triumf włączy się Peter Sagan. Na ostatnim okrążeniu w Cieszynie z peletonu próbowali się wyrwać pojedynczy zawodnicy, między innymi Jarosław Marycz, jednak ich staranie były bezskuteczne. Na ostatnich kilometrach na odcinku brukowym peleton podzielił się na dwie grupy. Z pierwszej znacznie odjechał Peter Sagan, który został nowym liderem wyścigu. Tytuł najlepszego górala obronił Bartłomiej Matysiak. Na wysokich pozycjach zmagania ukończyli Bartosz Huzarski (Reprezentacja Polski) i Marek Rutkiewicz (CCC Polsat – Polkowice). Na 6. miejsce w klasyfikacji generalnej awansował natomiast Tomasz Marczyński.

Pięć rund wokół Zakopanego z dziesięcioma premiami górskimi na trasie liczącej łącznie 201 km – taką niełatwą trasą został wytyczony kolejny etap. Rozpoczął się on dość nieszczęśliwie, ponieważ w kraksie ucierpiał Ji Cheng, który musiał zostać przetransportowany do szpitala. Pierwszą premię górską zgarnął Michał Gołaś, który powrócił do peletonu. Pozostałe premie zgarniali Mateusz Taciak, Miguel Minguez i Vasil Kiryienka. W peletonie do głosu doszli zawodnicy ekipy Liquigas, w której szeregach doskonale spisywał się Maciej Paterski znacznie przyczyniając się do zmniejszenia przewagi ucieczki. Na premiach górskich skrupulatnie zbierał punkty Ukrainiec Ruslan Pidgornyy, który w ostatecznym rozrachunku odebrał koszulkę Matysiakowi. Na ostatnich metrach zaczął znakomicie finiszować Romain Feillu, jednak zza jego pleców wyjechał Peter Sagan, który oprócz triumfu etapowego został liderem klasyfikacji punktowej. Najlepszym Polakiem okazał się Przemysław Niemiec finiszując na 16. pozycji, a najwyżej sklasyfikowanym Polakiem w klasyfikacji generalnej został Tomasz Marczyński, zajmując 7. miejsce.

Szóstego dnia zmagań na kolarzy czekał królewski etap tegorocznego TdP: 208 km podzielone na cztery okrążenia wokół Bukowiny Tatrzańskiej z jedenastoma górskimi premiami. W ucieczce znalazł się Michał Gołaś, który postanowił na górskich premiach zapewnić sobie triumf w klasyfikacji dla najlepszego górala. Na 17 km przed metą na podjeździe zaatakował zeszłoroczny zwycięzca Daniel Martin (Garmin-Cervelo), do którego dołączyło jeszcze paru kolarzy, a wśród nich Polak Marek Rutkiewicz. Zdecydowany atak doprowadził do sytuacji, w której lider wyścigu Peter Sagan pozostał w peletonie i dołączenie do Daniela Martina zajęło mu kilka kilometrów. Na zjedzie zaatakował Marek Rutkiewicz, którego prędkość dochodziła do 102 km/h, został jednak doścignięty na 4 km przed metą. Ataki z peletonu były likwidowane przez dość już wymęczonych zawodników Liquigasu. Zdecydowany atak Marco Marcato i Daniela Martina pozwolił im się oderwać, a tuż przed metą Marco Marcato został wyprzedzony przez Martina, który tym samym wygrał etap i odebrał koszulkę lidera Saganowi, który stracił 13 sekund. Czwarte miejsce zajął Przemysław Niemiec. Najlepszy z Polaków w generalce – Bartosz Huzarski zajął siódmą lokatę.

Zakończenie touru nastąpiło w Krakowie, w etapie o łącznej długości 128 km pokonywanej w dziesięciu okrążeniach. Przed rozpoczęciem etapu szanse na zwycięstwo nadal miał Peter Sagan, którego szybkość dawała mu szanse na zdobycie bonifikat na premii lotnej i na mecie. Na lotnej premii Heinrich Haussler (Garmin-Cervelo) zafiniszował przed Saganem, omal nie doprowadzając do jego upadku. Haussler jako kolega klubowy Daniela Martina spełnił swoje zadanie, zmuszając Sagana do dodatkowej walki na finiszu. Słowakowi pozostała już tylko jedna sekunda straty. Podczas etapu odjechać próbowali Jacek Morajko i Tomasz Marczyński, jednak bezskutecznie. Na finiszu najlepszy okazał się kolejny raz Marcel Kittel, który do mety dociągnął na kole Petera Sagana. Saganowi druga pozycja na etapie dała zwycięstwo w 68. Tour de Pologne.
Na najniższym stopniu podium stanął Marco Marcato. Najlepszy z Polaków – Bartosz Huzarski zajął 7. miejsce, a nasza największa nadzieja – Przemysław Niemiec był 11. Zwycięstwo w klasyfikacji punktowej zgarnął zwycięzca wyścigu, jednak pozostałe klasyfikacje padły łupem Polaków: klasyfikację górską wygrał zdecydowanie Michał Gołaś, a klasyfikację najaktywniejszego wygrał Adrian Kurek, prowadząc w niej przez cały wyścig.

Piotr “kula” Dziendziel

GIŻYCKIE AKROBACJE (Polska, EPKE)

Są takie weekendy tego deszczowego i nieprzewidywalnego lata, kiedy to ekipa SPFL szczególnie mocno trzyma kciuki za udaną pogodę, aby w doborowym towarzystwie przyjaciół podziwiać i fotografować to co lubi najbardziej – samoloty. Do takich właśnie należał weekend 6 – 7 sierpnia, kiedy to nad niegocińskim jeziorem w Giżycku miała miejsce kolejna edycja jednej z największych i najbardziej urokliwych, ze względu na swoje położenie, imprez lotniczych w Polsce – Mazury Airshow 2011. Na miejskiej plaży oraz na terenie giżyckiego portu zgromadziło się około stu tysięcy widzów, aby podziwiać świetnych pilotów polskich i europejskich w indywidualnych akrobacjach, wystawę statyczną statków powietrznych na lotnisku aeroklubowym, jak i zespoły lotnicze prezentujące się zarówno w najnowocześniejszych konstrukcjach, jak i w zabytkowych maszynach pochodzących nawet z początków XX wieku. Część ekipy SPFL do Giżycka zawitała już w piątek wieczorem i czas poświęciła na strategiczny wybór terenu na sobotnio-niedzielne focenie, konsumpcję dobrodziejstw mazurskich jezior oraz integrację.

Lotniczy weekend w całkiem pokaźnej ekipie rozpoczęliśmy na plaży uzbrojeni w aparaty oraz niestety parasole i kurtki przeciwdeszczowe, patrząc pełni obaw w szare i mokre niebo. Pierwszy, przedpołudniowy blok pokazów rozpoczęły coraz częściej pojawiające się na tego typu piknikach pokazy wiatrakowców (Xenon 2 i Calidus), motolotni, hydromotolotni czy motoszybowca J-6 Fregata. Jednak prawdziwa zabawa rozpoczęła się w popołudniowym bloku pokazów, kiedy to zmieniliśmy lokalizację na piękną jachtową marinę usytuowaną po prawej stronie plaży – za naszymi plecami stały szeregi pięknych żaglówek, ogrzewało nas przyjemne popołudniowe słoneczko, na błękitnym niebie pojawiły się malownicze chmury tworząc tło dla ciekawych fotograficznych kadrów. No i zaczęła się lotnicza uczta!

Fantastyczne, zapierające dech akrobacje lotnicze w wykonaniu zespołów akrobacyjnych: najlepsi polscy piloci wojskowi w Biało-Czerwonych Iskrach oraz fantastyczna ekipa czeska – The Flying Bulls – na Zlinach 50LX wykonująca niesamowite akrobacje, w tym świetne dla łowców ciekawych kadrów mijanki oraz imponujące akrobacje zespołowe na tle księżyca. Nieco mniej emocjonujący okazał się występ polskiej 3AT3 Formation Flying Team w składzie trzech AT-3 i jednego AT-4 – określane przez organizatorów jako pełne wdzięku.

Wspaniały pokaz dali członkowie Śląskiej Grupy Akrobacyjnej – Artur Kielak i Łukasz Świderski – na dwóch Extrach 330 LC. Był to pokaz, po którym wszyscy czuliśmy, iż w polskim lotnictwie akrobacyjnym są niesamowicie zdolni, zwariowani i doskonale wyszkoleni młodzi piloci z niezbędną nutką szaleństwa we krwi. Obserwując Artura Kielaka raz po raz spoglądaliśmy po sobie niedowierzając i nie mogąc ogarnąć ilości wykonywanych beczek autorotacyjnych, pętli, dynamiki wchodzenia w poszczególne figury kombinacyjne i lekkości z ich wychodzenia.

Na Extra 300L mieliśmy okazje oglądać wielokrotnego mistrza polski w akrobacji Ireneusza Jesionka, oraz Roberta Kowalika na Steen Skybolt 300. Z zagranicznych gwiazd oglądaliśmy występ Uwe Zimmermana latającego na żółtym Extra 200S – fantastyczny, lekki, pełen trudnych i finezyjnych figur pokaz okraszony ciągnącym się za samolotem ogonem dymu.

Jednak perełką mazurskich pokazów były przeloty i lądowania na wodzie wodnosamolotów – w końcu tafla jeziora stała się nie tylko tłem pokazów, ale i ich ważnym elementem. Najbardziej oczekiwany i zachwycający okazał się Sikorski S-38 – amerykańska, historyczna już maszyna wymalowana w biało-czarną zebrę lądowała i wznosiła się z tafli wody tworząc niesamowite efekty dla naszej fotograficznej ekipy. Elegancko na wodzie prezentowała się Cesna 172 – jedyna taka maszyna w Polsce przystosowana do lądowania na wodzie. Po raz pierwszy na pokazach w Polsce mieliśmy też okazję zobaczyć wodnopłatowca Aviat Husky – ten produkowany w USA samolot pojawił się w szkole Airport Biernat w Gądkach jako maszyna szkoleniowa.

Po sobotnich pokazach cześć ekipy wróciła do domu, natomiast pozostali delektowali się piknikową atmosferą weekendu – szalejąc w wesołym miasteczku i oglądając pokazy sztucznych ogni – nie był to zapewne sylwester w Sydney, ale przyjemne dla oka zakończenie udanego dnia.

Niedzielne pokazy były częściowo powtórzeniem atrakcji z soboty, dlatego warto przede wszystkim wspomnieć o tym, czego nie było. Przelot legendarnego amerykańskiego samolotu transportowego Dakota DC-3, który nosi miano niezniszczalnego, a jego konstrukcja pozwala na lądowanie na prawie każdej powierzchni. Mieliśmy okazję oglądać również Dromadera zrzucającego wodę na taflę jeziora oraz ponownie zespoły akrobacyjne i pokazy indywidualne. Nieco trudniejsza do udanego fotografowania pogoda – ostre słońce i silny wiatr – sprawiły ze wczesnym popołudniem zakończyliśmy nasz przygodę z mazurskimi pokazami.

Podsumowując imprezę warto opisać ją trzema, jakże często powtarzanym wśród naszej ekipy, słowami: wspaniale, wspaniale, wspaniale….. ze względu na towarzystwo, okoliczności przyrody i naprawdę sporą dawkę lotniczej adrenaliny. Z pewnością Mazurski Piknik Lotniczy warto wpisać do kalendarza imprez, na których fani lotnictwa powinni się pojawić.

Joanna „hermina” Węgrzyn

“MIRAMAR” W MIROSŁAWCU (Polska, EPMI)

Piękna, słoneczna pogoda, niebo z paroma obłoczkami no i wspaniały zachód słońca… taki był scenariusz pogodowy wyjazdu zaplanowanego na dzień 3 sierpnia 2011 roku do bazy w Mirosławcu. Tego dnia, po błyskawicznych przygotowaniach, około godziny 16 stanęliśmy do „walki” z wyszkoloną eskadrą samolotów szturmowo-bombowych Su-22. Po krótkiej naradzie i przekazaniu pokojowych upominków, ustawiliśmy swoje „działa” na wcześniej upatrzonych pozycjach. Zaplanowano trzy tury lotów, z czego ostanie dwie miały odbyć się w porze zachodzącego słońca. Niestety, druga tura lotów zakończyła się za wcześnie, natomiast trzecia zdecydowanie za późno. Pełnym sukcesem zakończyło się natomiast pierwsze i drugie “ostrzelanie” bojowych Su-22 z naszej ręcznej broni kalibru 70-300, 120-400, 200-400 i oczywiście 500 mm. Pomimo efektownego kamuflażu i przeróżnych sztuczek stosowanych przez nadlatujące maszyny nasze wspomaganie autofocusa okazało się skuteczną bronią, a efekt naszych zmagań można podziwiać w zamieszczonej poniżej galerii.

Sławek „slapek” Pękalski

KOPER-FIELD W MALBORKU (Polska, EPMB)

W dniu 28 lipca br. w 22. Bazie Lotnictwa Taktycznego w Malborku odbył się tzw. Spotters Day. Powodem dnia otwartego były wspólne ćwiczenia krzesińskich samolotów F-16, MiG-29 z Malborka oraz Su-22 ze Świdwina w ramach programu „Squadron Exchange”. Pomimo niesprzyjających warunków pogodowych, decyzja mogła być tylko jedna – nie może nas tam zabraknąć. Szybkie ustalenia wewnętrzne i w dniu 28 lipca o godz. 8.00 stawiliśmy się 11-osobową grupą pod bramą wjazdową na lotnisko 22 BLT w Malborku. Oprócz naszego stowarzyszenia, na wspólne fotografowanie zjawili się również członkowie innych stowarzyszeń, co w sumie dało sporą grupę uczestników. Niestety panujące warunki atmosferyczne nie sprzyjały nam od samego początku, a dodatkowo informacja o odlocie dnia poprzedniego samolotów Su-22 do swojej macierzystej bazy oraz uziemienie Smokerów z powodu awarii nie wróżyły nic dobrego. Ale nadzieja umiera ostatnia, więc postanowiliśmy dobrze się bawić, licząc na poprawę warunków atmosferycznych.

Po załatwieniu wszystkich formalności, sprawdzeniu listy obecności, przywitaliśmy się z mjr Krzysztofem Partyką, który był w tym dniu naszym opiekunem i który zapoznał nas z planem lotów. Wynikało z niego, że jedynymi maszynami w powietrzu w tym dniu będą F-16, w dwóch wylotach, z czego pierwszy został zaplanowany na godz. 9, więc nie pozostało nam wiele czasu, żeby przemieścić się w okolice pasa startowego. Gdy dotarliśmy w okolice pasa startowego, okazało się, że aby do niego dotrzeć, musimy przebrnąć około 50 metrów przez pole porośnięte trawą i koprem, które sięgały do kolan, a po porannym deszczu oznaczało to tylko jedno – doszczętne przemoczenie. Trudno – po przedarciu się przez ten gąszcz ustawiliśmy się w linii, oczekując na pierwsze maszyny, które po przeciwnej stronie pasa uruchamiały już silniki i zaczynały po kontroli przedstartowej kołować na pas. Łącznie do startu zostało przygotowanych 8 maszyn, które jedna po drugiej, startując na dopalaniu wyzwalały w nas adrenalinę i radość. Dzięki tym startom zapomnieliśmy zupełnie o mokrych butach, spodniach. Liczyło się jedno – dobra zabawa i fotografowanie. Po około pół godzinie wszystkie maszyny były już w powietrzu. Wolny czas wykorzystaliśmy jak zwykle na rozmowy i zabawę.

W oczekiwaniu na powrót maszyn z wykonywanego zadania, w oddali usłyszeliśmy dźwięk śmigłowca. Po chwili znad chmur wyleciał Mi-8, który przeleciał nam nad głowami, wykonał przyziemienie, a następnie odleciał ustępując miejsca dla powracających Efów. Po około godzinie oczekiwania, pierwsze eFy zgłaszały się na wieżę kontroli lotów do lądowania. Niestety niska podstawa chmur i warunki atmosferyczne nie pozwoliły na niskie przeloty, więc maszyny jedna za drugą lądowały. Gdy już ostatnia z nich znalazła się na ziemi, ruszyliśmy w kierunku domku pilota. Gdy dojeżdżaliśmy na miejsce, w górę poszły dwa z trzech PZL-130 Orlik, które stacjonowały w tym czasie w Malborku. Niestety nie udało nam się ich sfotografować. Już na miejscu dowiedzieliśmy się, że następna tura lotów miała odbyć się dopiero po godz. 13, ale z uwagi na warunki atmosferyczne nie polecą samoloty F-16. Zamiast nich poderwane zostaną …. Migi-29 w liczbie czterech sztuk. Była to na pewno dobra wiadomość, bo nikt w tym dniu nie spodziewał się tych maszyn w powietrzu, a i zdjęcia dzięki temu będą różnorodne. Przed godziną 13. cała ekipa ponownie udała się w okolice pasa startowego. Ponownie przedzieraliśmy się mokre pole, a w międzyczasie pierwszy z Fulcrumów stał już na pasie startowym. Po starcie pierwszego z nich, na pas wykołowywał już drugi. Niestety nie dane nam było w tym dniu ujrzeć „marchewek” w wykonaniu tych potężnych maszyn. Po starcie pierwszych dwóch Smokerów, wróciły Orliki, a gdy tylko skołowały na CPPS, na pas wkołowały kolejne dwa MiGi-29, które po otrzymaniu pozwolenia na start szybko wzbiły się w powietrze i zniknęły w chmurach.

I znowu około godziny wolnego czasu na rozmowy, bekstejdże, posilenie się i względne suszenie, bo w między czasie zaczęło wychodzić słońce, co zdecydowanie poprawiło wszystkim humor. Niestety podstawa chmur była na tyle nisko, że jak wróciła pierwsza maszyna i przeleciał nad lotniskiem, to nikt jej nie widział. Ale był to znak, że za chwilę pojawią się kolejne. Nie minęło 10 minut, jak na horyzoncie można było zobaczyć charakterystyczne dymienie. Pierwszy z MiGów podchodził do lądowania. Za nim na horyzoncie pojawił się następny, ale ten zdecydowanie był za wysoko, więc było wiadomo, że będzie przelot.  Po około pół godzinie wszystkie maszyny były już na ziemi. Przy wszystkich lądowaniach piloci używali spadochronów hamujących, co zawsze ciekawie wygląda na zdjęciach.

Między lądowaniami MiGów widzieliśmy, że naprzeciwko nas wykołowały dwie Biało-Czerwone Iskry, które zaczęły być przygotowywane do wylotu. Nie minęło kilka minut jak Iskierki po lądowaniu ostatniego MiGa, wkołowały na pas i ustawiły się do startu wspólnego. Nikt się nie spodziewał tych maszyn, więc byliśmy mile zaskoczeni. A gdy podczas startu użyły biało czerwonych smugaczy, przeszło to już nasz najśmielsze oczekiwania. Po odlocie Iskier wróciliśmy do aut, aby udać się w okolice CPPS’a do stojących tam Efów. Niestety nie zdążyliśmy wsiąść do samochodów, bo na wieży zameldowała się kolejna niespodzianka tego dnia – PZL M28B Bryza. Która przeleciała nisko nad pasem i na jego zakończeniu przyziemiła.

Po kilkuminutowej wycieczce na około lotniska dotarliśmy do stojących w rzędzie F-16 i zaczęliśmy fotografować. Oprócz stojących w rzędzie eFów co chwilę maszyny techniczne kołowały z MiGami-29,  a w trakcie fotografowania statyki, do lotu zostały przygotowane ponownie dwa Orliki, które przekołowały od nas w odległości kilku metrów, a następnie wykonały efektowny start w parze.Po zakończeniu zdjęć udaliśmy się do bramy wjazdowej, aby wykonać pamiątkowe zdjęcie grupowe, a następnie udaliśmy się w kierunku powrotnym. Zdecydowanie należy uznać ten wyjazd za udany, pomimo fatalnej pogody. Jednak niespodzianki, w jakie obfitował ten dzień zdecydowanie poprawiły nam humory i spowodowały, że wróciliśmy zadowoleni z wykonanych zdjęć.

Konrad „kifcio” Kifert

HAPPY BIRTHDAY RIAT (Wielka Brytania, EGVA)

W dniach 16-18 lipca 2011 roku odbyły się jedne z największych i najbardziej znanych pokazów lotniczych w Europie – Royal International Air Tattoo – znane powszechnie jako RIAT. Pokazy tym szczególne, że jubileuszowe i to nie byle jakie, a okrągłe 40-ste. Jak co roku na RIAT zjechały dziesiątki tysięcy świrów lotniczych z niemal każdego zakątka Europy i spoza niej, a typowa angielska pogoda dyktowała swoje własne warunki, zmuszając raz po raz organizatorów do zmian w planie lotów. Niemniej jednak mimo tych meteorologicznych trudności RIAT po raz kolejny udowodnił swój wysoki poziom.

Czterdzieści lat minęło… pierwsza edycja pokazów pod szyldem Air Tattoo odbyła się okrągłe czterdzieści lat temu, w North Weald, w hrabstwie Essex. Pięć lat później  Air Tattoo uzyskał oficjalnie status i przydomek „International”, natomiast miano „Royal” otrzymał od królowej Elżbiety II w 1996 roku. Od 1973 do 1983 roku RIAT odbywał się w Greenham Common, by od 1985 roku na dobre usadowić się w Fairford.

Pod kapryśnym niebem zaprezentowały się znane wszystkim fanom lotnictwa zespoły akrobacyjne, nie mogło oczywiście zabraknąć ulubieńców brytyjskiej publiczności czyli grupy Red Arrows, a także fantastycznych “makaroniarzy” z Frecce Tricolori. Do Fairford zawitały także teamy spod egidy Breitlinga, czyli Breitling Jet Team oraz Breitling Wingwalkers (dawniej znany jako Team Guinot).

Perełki tegorocznych pokazów? Na pewno “latający skansen” Avro Vulcan, wskrzeszony i utrzymywany przy życiu szczodrymi datkami jego fanów (utrzymanie  tego bombowca kosztuje 2 miliony funtów rocznie). Będąc na RIAT wręcz wstyd nie wysłać charytatywnego SMS-a, tak aby na konto tej piękności trafił symboliczny jeden funt. Ponadto A-10 Thunderbolt, który na pokazach w Europie nie gości zbyt często. Gratką dla fanów lotnictwa na pewno był “Rafałek” z Francji z wizerunkiem Małego Księcia na ogonie. Znany nam dobrze „Jurek Fajter” zaprezentowany został tym razem nie przez RAF czy też inne użytkujące go operacyjnie siły powietrzne, ale przez firmę BAE Systems i to w wersji z pełnym ekwipunkiem pod skrzydłami. Na tym właśnie samolocie Mark Bowman (pilot doświadczalny firmy) udowadniał niedowiarkom, ze to “nie mające prawa latać” cudo techniki wciąż potrafi manewrować z lekkością, nawet w opcji z pełnym obciążeniem :)

Jako, że jedno zdjęcie jest więcej warte, niż tysiąc słów – zapraszam do oglądania…

Angelika „Tarantella” Cieśniarska

RANDKA Z HISTORIĄ – THE FLYING LEGENDS 2011 (Wielka Brytania, EGSU)

Good guys to the left! Bad guys to the right!” – dobiega z głośników głos komentatora gdy trzy Messerschmitty Bf 109 robią zwrot w prawo a lecące za nimi stadko Spitfirów i Hurricane’ów w lewo! Jeżeli to nie jest sen ani jakiś historyczny film i widzisz taką historię na żywo to znaczy że na pewno Jesteś w Duxford na pokazach o elektryzującej wszystkich miłośników dawnych maszyn nazwie – The Flying Legends!

Pokazy lotnicze The Flying Legends w Duxford to zapewne jedno z ciekawszych wydarzeń w kalendarzu imprez lotniczych na świecie. To Mekka dla osób kochających wyjątkowy czar starych samolotów głównie z okresu II Wojny Światowej. Do Duxford przyjeżdżają weterani lotnictwa, którym właśnie tu ponownie stają przed oczyma obrazy z czasów bojowej młodości. Przyjeżdżają ludzie młodzi, znający latające nad Duxford maszyny jedynie z książek, filmów, opowieści. Przyjeżdżają tu też ci, którzy każdą chwilę wolnego czasu poświęcają na przywracanie drugiego życia podniebnym staruszkom, by znowu mogły zalśnić i zabrzmieć w swoim nowym wcieleniu. To miejsce jest wręcz zaczarowane! Tu wystarczy się tylko lekko mocniej wsłuchać, wystarczy tylko lekko szerzej otworzyć oczy, by poza gangiem silników i majestatycznym wyglądem tych wspaniałych maszyn usłyszeć i zobaczyć przedstawiane historie z okresu ich świetności. Każdy z nich ma nam tak dużo do pokazania i powiedzenia. Bez względu na to kim Jesteś, czy wspominasz dawne czasy, czy odświeżasz sobie w głowie przeczytane sterty książek z opowieściami z tamtych lat, czy po prostu kochasz lotnictwo – w Imperial War Museum w Duxford podczas The Flying Legends, czeka na Ciebie niewiarygodnie realistyczna – randka z historią!

Flight Line – to miejsce, gdzie można pospacerować po wyjątkowej alei. Takiej prawdziwej Alei Gwiazd. Alei, w której rolę drzew odgrywają samoloty, które później wezmą udział w pokazach w locie. Ileż tu tego sprzętu! Naprawdę można zwariować! Co robić! Spacerować i podziwiać? Fotografować? Stać i ocierać łzy wzruszenia? Staram się połączyć te czynności choć łatwo nie jest. Wszystkie maszyny się pięknie prężą przed miłośnikami lotnictwa, którzy przybyli tu chyba ze wszystkich zakątków świata! Tu jest jak na wieży Babel – dawno nie słyszałem tylu języków w jednym miejscu. Sami ludzie odwiedzający Duxford też są inni… Większość z nich to również swojego rodzaju eksponaty. Wielu, podobnie jak oglądane przez nich samoloty, okres swojej świetności też ma już za sobą a naszywki na ich foto-kamizelkach krzyczą do mnie nazwami imprez lotniczych z naprawdę zamierzchłej przeszłości. Miło jest popodziwiać również historyczny sprzęt foto, którym niejeden z gości Duxford fotografuje. Czy to specjalnie czy z przekonania? Nie wnikam bo nie mam na to czasu gdyż z daleka widzę miłość z czasów mojego modelarskiego dzieciństwa i to w takim malowaniu jakie onegdaj podziwiałem codziennie – P-47 Thunderbolt! Ależ on jest piękny! Ależ się wyróżnia w tłumie innych maszyn. Choć tłum, szczególnie ten z bezpośredniego sąsiedztwa, też niczego sobie. Obok Thunderbolta stoi kilka Mustangów P-51 w wersji D. Mustang to wyjątkowy, kultowy samolot. To przecież „Cadillac przestworzy”! Wśród stojących w alei P-51 stoi też i przyciąga swoim wyglądem – słynna Big Beautiful Doll. Uwielbiana przez modelarzy na całym świecie za jej wyjątkowe malowanie. Mamy więc P-47, mamy P-51 czyli do wielkiej trójcy amerykańskich myśliwców II Wojny Światowej brakuje tylko… „brakuje” to słowo rzadko używane w Duxford :) Nie brakuje! Stoi na samym końcu alejki i cudownie lśni w słoneczku – P-38 Lightning! Nie przeszkadza mi, że w malowaniu Red Bull. Skoro dzięki RB możemy podziwiać to i inne cacka w locie to niech się i Red Bull nazywa :) Gdy tu puszą się samoloty amerykańskie, z drugiej strony alei piękna brytyjska kolekcja Spitfire’ów! Rewelacja – same gwiazdy przestworzy! Nagle pełne zaskoczenie. Zaraz przy Spitach stoją… Messerschmitty Bf-109! I to trzy sztuki! Nie wiem czy słyszałem o pokazach, na których spotkały się aż trzy latające egzemplarze Me-109! Trzy i każdy w innym malowaniu. Jeden nawet ze swastyką co podobno nie jest dozwolone? Tu jednak chodzi o jak najlepsze oddanie prawdy o samolocie a nie o poglądy polityczne. Pięknie to wszystko tu wygląda. Tuż obok  francuski obrońca z 1940 roku – Morane-Saulnier MS.406. Ciekawa ta ekspozycja. W środku „Bed Guys”czyli trzy Bf-109 a po bokach samoloty, które zmagały się z tymi „germańskimi oprawcami”. Przeskakuję ponownie na drugą stronę alejki by paść na kolana przed trzema potężnymi „Spadami” czyli kultowymi samolotami Skyraider! Imponująco wyglądają. Szczególnie egzemplarz z podwieszonymi rakietami. Od razu przed oczyma stają mi migawki z filmów o Wietnamie gdzie te niszczyciele sprawdziły się znakomicie. Nie tylko za sprawą swojej siły ognia ale też wyjątkowej odporności na uszkodzenia. Wcale się nie dziwie – ten samolot z bliska wygląda jak potężny pancernik. Przy wszystkich samolotach na Flight Line kręcą się jacyś ludzie. Czy przeszkadzają w fotografowaniu jak na wystawach statycznych innych pokazów? O nie! W Duxford wszystko jest inaczej, lepiej. Przecież historia lotnictwa to nie tylko samoloty ale też i ludzie. Ci którzy się kręcą przy samolotach przebrani są w ubrania odpowiadające czasom świetności przedstawianych samolotów! Raz po raz do samolotów podchodzą piloci wyglądający na gotowych do lotu, chodzą ludzie z ochrony, technicy, mechanicy… Chodzą też pielęgniarki – jak zawsze otaczane względami lotników. Moja randka z historią jest jeszcze prawdziwsza :) Nie sposób opisać wszystkie konstrukcje z Alei Gwiazd. Na samym jej końcu stoi największy samolot. Przepiękna, kultowa, znana chyba przez wszystkich miłośników lotnictwa: B-17 „Sally B”. To moje kolejne z nią spotkanie. Tym razem trochę smutniejsze gdyż brakuje jej przyjaciółki Liberty Belle, która niestety uległa katastrofie kilka tygodni temu, a którą miałem przyjemność fotografować w Duxford w 2008 roku.

Muzeum USAF. Po spacerze w Alei Gwiazd a przed pokazami w locie mamy chwilę czasu. To idealny moment na odwiedzenie Muzeum Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych, które umiejscowione jest w samym centrum Imperial War Muzeum w Duxford. Już z zewnątrz Muzeum wygląda zadziwiająco. Ma kształt wycinka sfery z potężną przeszkloną ścianą frontową, w której zawsze pięknie odbija się duxfordzki krajobraz z lotniskiem, chmurkami i latającymi pomiędzy nimi samolotami. Wchodzę do środka i pierwsze co rzuca na kolana to ilość maszyn idealnie wypełniających potężne wnętrze. Samoloty stoją na podłodze ale są też takie podwieszone. Można z bliska pooglądać, podotykać naprawdę wiele ciekawych eksponatów z SR-71 Blackbird’em na czele – chyba jedynym egzemplarzem tego typu w Europie. Stoją też B-52, B-29, F-111 co tylko świadczy o potędze ekspozycji. Są w zasadzie wszystkie kultowe maszyny, które znaczyły historię wojskowej techniki lotniczej USA od jej początków.   Tłok w trój wymiarze straszny – ciężko fotografować pojedyncze egzemplarze. Skupiam się bardziej na oddaniu specyfiki miejsca niż na robieniu katalogowych fot samolotów. Świetnie do takiego fotografowania przydaje się Rybie Oko – 8mm :)

Pokazy w locie. Zbliża się godzina 14.00 więc czas najwyższy na zajęcie jakiegoś strategicznego miejsca do fotografowania pokazów w locie. Na ten sam pomysł wpadło też wiele tysięcy innych towarzyszy tegoż lotniczego święta. Większość z nich nie przebywała jednak tak długo w Muzeum USAF, dlatego zdobycie dobrej miejscówki dla nas graniczy z cudem. Strefa foto dla PRESS też okazuje się być średnio atrakcyjna. Wbijamy się zatem na „górkę” w okolicach końca pasa startowego i spoglądając nerwowo na coraz bardziej zachmurzone niebo, szykujemy się do kolejnej części imprezy. W głośnikach słychać, że spikerzy zajęli już swoje miejsca za mikrofonami. Dlaczego o nich wspominam? Bo to naprawdę wyjątkowi mistrzowie w swojej branży. Mam przyjemność jeździć po różnych imprezach i słuchać różnych komentatorów ale ci z Duxford biją wszystkich na głowę. Z jednej strony są nieźle wyluzowani i robią sobie totalne jaja ze wszystkiego, ze sobą włącznie, z drugiej są niesamowicie kompetentni i znają wiele aspektów z historii zarówno maszyn jak i ludzi, z trzeciej… potrafią tak naturalnie i cudownie wpadać i wprowadzać też publiczność w stany zachwytu graniczące z pewnym mistycyzmem, tak pasującym do klimatu Duxford. Wszystko to sprawia, że podczas ich komentatorki pojawiają się na zmianę salwy śmiechu oraz dreszcze wzruszenia. Wszyscy też z imprezy wychodzą bogatsi o wielką, nową wiedzę. Czyż nie taka jest rola Muzeum?

Dość pisania o rzeczach mniej ważnych bo zaczyna się to, po co większość z nas tu przyjechała – pokazy w locie! Jak zwykle rozpoczyna je startująca grupa Spitfire’ów, Hurricane’ów. Za nimi Messerschmitty i… zabawa zaczyna się na całego. Raz po raz startują kolejne maszyny i robią przeloty albo solo albo w grupach. A to samoloty z europejskiego frontu, a to z dalekowschodniego, a to Anglicy, a to Amerykanie, Niemcy, Francuzi. Niesamowity gang silników w zasadzie nie milknie. Piękne linie Spitfire’a i jego towarzysza broni – Hurricane, przenoszą mnie do wspomnień polskich asów lotnictwa, relacjonujących chyba ze wszystkich frontów II Wojny Światowej z Bitwą o Anglię na czele. Kosiaki grupy czterech Mustangów, okrzykniętych mianem nie mogą nie przywoływać obrazów z kultowego „Imperium słońca”. Dynamiczny pokaz P-40 Kitty Hawk’a kieruje myśli do Pearl Harbour czy wspomnień Witolda Urbanowicza z Dalekiego Wschodu a MS.406 przenosi do opowieści Wacława Króla pt. „Walczyłem pod niebem Francji”. Heh, byłoby cudownie w tak zacnym towarzystwie zobaczyć w locie P-11c, Karasia czy Łosia. Może, może kiedyś… Tymczasem w powietrzu Fokker Dr.I, który nie pozwala nie myśleć o niesamowitym lotniku i człowieku Manfredzie von Richthofenie zwanym oczywiście „Czerwonym Baronem”. Sally B i od razu jestem w klimacie „Ślicznotki z Memphis”. Jak-9 przypomina nie tylko o sukcesach jednostki spod znaku Normandia – Niemen, ale także o wszystkich wygranych w dzieciństwie konkursach z wiedzy o LWP. Jeszcze chwila i z mroźnego frontu wschodniego za sprawą Skyraiderów teleportujemy się fotograficznie do gorącego Wietnamu a Hawker Sea Fury przenosi nas do okresu walk w Korei. Oj dzieje się, dzieje! Pracują wszystkie zmysły. Ta randka z historią jest wręcz niesamowita!

Wszystko powolutku zmierza do „Grande finale” czyli do słynnego duxfordzkiego Balbo. Jest tradycją pokazów Flying Legends, że na koniec imprezy w powietrze idą wszystkie samoloty, które brały udział w pokazach, by zrobić jeden, wspólny, potężny przelot. Jeszcze w powietrzu krążą majestatyczne DC-3, gdy na początku drogi startowej powolutku zbiera się gromada naszych gwiazd, przygotowująca się do startu. Gdy tylko DC-3 kończą dobieg, zaczyna się nad Duxford istne szaleństwo! Wszystkie samoloty jeden po drugim, pojedynczo, parami, kluczami zaczynają startować. Szaleństwo dla mnie sięga zenitu w chwili gdy Messerschmitty nie czekają na zwolnienie pasa i startują z trawy równolegle z innymi maszynami – wprost nad szalejącą publiczność, wprost na nas! Masakra normalnie :) W tym momencie nachodzi mnie przemyślenie jak to wszystko jest tu zorganizowane pod kątem bezpieczeństwa lotów. Przecież cały dzień nad Duxford panuje potężny ruch. Jedni lądują w czasie gdy inni startują. Zdarzyło się i to nawet dziś, że niskie przeloty odbywały się nad maszynami, które w tym momencie właśnie startowały. Albo to jest jedno wielkie szaleństwo, albo doskonale przygotowana, zorganizowana i skoordynowana akcja. Moje podejrzenia rozwiewa komentator, który opowiada o tym ile czasu piloci przygotowywali się do Balbo. W końcu start, przelot i lądowanie tak dużej ilości maszyn o tak różnych osiągach, musi być trudnym zagadnieniem w sensie logistycznym. Tymczasem kończą się starty i już widzę nad linią horyzontu jak tworzy się formacja. Jeszcze chwila oczekiwania i… jest! Z głośników rozbrzmiewa jakaś muzyka z tamtych czasów a nad lotniskiem Duxford, z nie do opisania kapitalnym dźwiękiem silników, majestatycznie przesuwa się potężna formacja. To chyba jedyne miejsce na świecie, gdzie można coś tak wspaniałego usłyszeć, zobaczyć, przeżyć. Ciarki na całym ciele. Jest moc!

Flying Legends w Duxford to impreza dwudniowa. My niestety byliśmy na pokazach tylko w sobotę. Niestety też sobota była dniem o bardzo średniej fotograficznie pogodzie. Co chwilę padał deszczyk a słoneczne prześwity zdarzały się bardzo rzadko. Mieliśmy więc w powietrzu scenerię typu czarne na szarym :( Słońce w pełni wyszło zaraz po lądowaniu maszyn wracających z Balbo czyli po zakończeniu imprezy. Miało za to pięknie świecić w niedzielę. Już po powrocie do Polski dowiedzieliśmy się o dramacie jaki miał miejsce w Duxford w niedzielę właśnie. Tuż po Balbo, podczas rozpuszczania formacji do lądowania, Skyraider uderzył skrzydłem w usterzenie P-51D Big Beautiful Doll! W wyniku czego pilot P-51D stracił panowanie nad maszyną i wyskoczył na małej wysokości, ratując swoje życie skokiem ze spadochronem. Pilot Skyraidera, mimo utraty sporej części skrzydła postanowił wylądować. Udało mu się, przy okazji potwierdzając legendarną wytrzymałość na uszkodzenia tegoż samolotu. Niestety był to ostatni lot przepięknej Big Beautiful Doll, która dokonała swojego żywota na polu tuż przy lotnisku. Taka sytuacja nasuwa jak zwykle wiele pytań. Głównie jedno. Mianowicie to, czy właściwym jest pokazywanie tych pięknych maszyn w locie narażając je na zniszczenie, czy może powinny stać zakonserwowane na statycznych ekspozycjach w muzeach, by świadczyć o swojej pięknej historii przez wiele lat kolejnym pokoleniom? Dla nas, żyjących tu i teraz odpowiedź wydaje się być jednoznaczna. Miejmy nadzieję, że osoby odpowiedzialne za historyczny przekaz wiedzą co robią i tak pokierują działaniami, by za lat 50 czy 100, przyszłe pokolenia mogły też radować oczy i uszy obecnymi Flying Legends.

Sławek „hesja” Krajniewski

KOKSIJDE INTERNATIONAL AIRSHOW 2011 (Belgia, EBFN)

Thunderbirds – zespół akrobacyjny USAF podczas swojego tournee 2011 po Europie zaplanował udział w wielu ciekawych imprezach lotniczych. Długo zastanawiałem się, gdzie się z nimi spotkać. Chodziło o najbardziej ekonomiczne rozwiązanie, tak by móc zobaczyć jak najwięcej – jak najmniejszym kosztem. Wybór padł na Koksijde International Airshow w Belgii – tym bardziej, że impreza ta miała być ukoronowaniem obchodów 65-tej rocznicy powstania belgijskich sił powietrznych. Moje przypuszczenia co do bogactwa tych pokazów okazały się słuszne. Miło było patrzeć, jak na długo przed terminem imprezy na jej stronie internetowej pojawiały się w programie kolejne gwiazdy. Po podjęciu decyzji o wyjeździe udało nam się jeszcze zdobyć akredytacje prasowe, które już na miejscu okazały się być bardzo przydatne.

Koksijde to piękna miejscowość położona nad samym brzegiem Morza Północnego. O jej uroku mogliśmy się przekonać, gdy rankiem dotarliśmy do naszego hotelu umiejscowionego na nadmorskiej promenadzie, tuż przy rozległej plaży. Na lotnisko nie trzeba się było śpieszyć, gdyż zgodnie z programem, pokazy pierwszego dnia rozpocząć się miały o godz. 13.00 a skończyć o… 22.00!! Zapowiadała się zatem mega impreza z fotografowaniem na tle wieczornego nieba. Oby tylko pogoda dopisała, bo zachmurzone niebo i intensywny deszcz mogłyby zepsuć nawet najlepszy spektakl. Deszczyk kropił przelotnie do południa i z chwili na chwilę niebo robiło się coraz przyjemniejsze.

Zaraz po otrzymaniu przywieszek PRESS zawieziono nas na drugą stronę pasa startowego. Miejscówka przezacna – blisko pasa, słoneczko z tyłu. Szkoda tylko, że cała publiczność gdzieś hen na horyzoncie. Nie ukrywam, że trochę się stęskniłem za pokazową atmosferą. Rezydowanie w strefach PRESS daje możliwość zrobienia ciekawych zdjęć, ale niestety odziera imprezę z jej kolorytu, jakim jest bezpośredni kontakt z publicznością czy choćby tzw. „stragany”. Gdy tylko rozłożyliśmy sprzęt, od razu zaczęły się loty. W powietrzu przeważały zespoły akrobacyjne, których ilość była wręcz niewiarygodna. Latali dla nas: Saudi Hawks, Red Arrows, Patrouille de France, Turkish Stars, Red Devils, The Victors, były też Biało-Czerwone Iskry oraz oczywiście USAF Thunderbirds! Pokazy zespołów są wyreżyserowane specjalnie pod publiczność znajdującą się na głównej części lotniska. Widziane niejako od tyłu sprawiają wrażenie chaosu, ale za to bliskość samolotów pomaga w uchwyceniu ciekawych kadrów. Nie ma za to mowy o fotografowaniu tzw. mijanek, gdyż samoloty „mijają się” w naprawdę bezpiecznych odległościach i od tyłu, mijanki wzbudzają więc o wiele mniejsze emocje niż gdy się na nie patrzy z publiczności. Gwiazda pokazów – USAF Thunderbirds, latali bardzo ładnie i ze sporym rozmachem, ale nie oszaleliśmy na ich punkcie. Są w Europie zespoły, które nie ustępują precyzją Amerykanom. Nie zmienia to faktu, że pokaz zrobił na nas bardzo dobre wrażenie.

Organizatorzy postarali się również o to, by zaprezentować nad lotniskiem w Koksijde cały szereg ciekawych konstrukcji. W pokazach dynamicznych prezentowały się między innymi Fouga Magister, GlosterMeteor, Hawker Hunter, North American T-6 Texan, Dragon Rapide, Spitfire czy Lancaster. Spit zrobił nawet kilka przelotów z belgijskim F-16. Ciekawostką był przelot dostojnego Airbusa A330 w asyście dwóch F-16. Na mnie jednak największe wrażenie robią zawsze porządne „palniki”! Nie ma zatem nic dziwnego w tym, że podczas pokazu dwóch brytyjskich Tornado GR4, które latały tuż nad naszymi głowami prawie non-stop na dopalaczach, przeszywały mnie kolejne dreszcze emocji :)

Dzień powoli chylił się ku końcowi, a na niebie zaczynało coraz piękniej grać ciepłe światełko. Raz po raz przez zachodnią część nieba przewalały się delikatne chmurki, które robiły nam bardzo dobrą robotę. Przysłaniały oślepiające słońce i urozmaicały kadry swoją podświetloną strukturą. Najciekawiej wyglądało to podczas pokazu szwajcarskiego F/A-18, który jakby czując o co chodzi, co chwilę wpadał do naszego plenerowego „studia” i pięknie pozował! Wszyscy jednak czekaliśmy na Grande Finale, jakim miały być pokazy belgijskiego F-16 oraz holenderskiego AH-64 Apache. Zanim to jednak nastąpiło, na niebie Koksijde pojawił się szybowiec. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie to, że podczas kręcenia akrobacji z końcówek jego skrzydeł zaczęły spływać całe snopy iskier niczym z magicznej różdżki jakiejś wróżki w odległej bajkowej krainie. Wrażenie było niesamowite choć samo fotografowanie już trudniejsze z racji ciemności, jakie powoli zaczynały zapadać na niebie. Czasy robiły się dramatycznie długie, co dało nam trochę do myślenia przed pokazem finałowym. Niestety z przyczyn technicznych odwołano pokaz AH-64, ale za to na pas wjechał Michel Beulen vel „Mitch” na swoim pięknym granatowym F-16. Jeszcze chwilę poczekał aż zajdzie słońce i wystartował! Już po starcie wiedziałem, że taki pokaz o tej porze dnia to wspaniały pomysł. Kapitalnie wyglądała marchewa dopalacza, a gdy Mitch rozpoczął swój festiwal flar, właściwie chciało się tylko otworzyć usta i podziwiać pokaz w zdumieniu. Niestety źle dobrałem parametry fotografowania ale… kto by w takich chwilach o tym myślał :) Jedno jest pewne – podpowiem organizatorom Air Show w Radomiu, by choć jednego dnia przesunąć lekko godziny pokazów, a na ich koniec dać „flarowców”. Na pewno byłoby to wspaniałe urozmaicenie. Dowodem na sukces takiego posunięcia niech będzie choćby fakt, że cała publiczność czekała do samego końca pokazów na ten właśnie moment.

Drugi dzień pokazów postanowiliśmy spędzić na terenie przeznaczonym dla publiczności. Gdy tam weszliśmy okazało się, że miejsce dla publiki to teren wyznaczony na drogach kołowania pomiędzy „straganami” i nie ma popularnej trawki! Do tego strefa dla PRESS usytuowana jest tuż przed miejscem postoju kilku śmigłowców, co zdecydowanie uniemożliwiało fotografowanie pokazów. Zaraz po wejściu zaatakował nas szereg polskich akcentów. W powietrzu Biało-Czerwone Iskry, które robiły bardzo przyzwoity, równy i elegancki pokaz. Tuż przed nami polska i kaszubska bandera, zatknięte przy stojącym na statyce śmigłowcu marynarki wojennej Mi-17. Mieliśmy też możliwość poplotkowania z chłopakami z załogi, którzy opowiadali nam o perypetiach lotu do Koksijde. Po pokazie Iskier rozlokowaliśmy swoją strefę przy barierce na asfalcie drogi kołowania w pobliżu środka linii publiczności. Nie ma co ukrywać – wzbudzaliśmy dużą sensację naszym wyglądem, naszym sprzętem foto i dobrą zabawą. Sporo osób podchodziło by poplotkować o fotografii, o Polsce. To było bardzo miłe gdy Belgowie mówili nam jak podziwiają nasz kraj. Jeden pan żegnając się z nami powiedział na do widzenia: „Congratulations for your country”, a my mieliśmy chwilę refleksji nad tym jak fajnie jest teraz, gdy wszystkie nasze kraje żyją w jednej wspólnocie, można się swobodnie i bez kompleksów przemieszczać, a Polska poszła tak do przodu, że nawet ów słynny „zachód” nam zazdrości. Poza autostradami – zdecydowanie się z nimi zgadzamy :)

Niestety z tej strony lotniska oraz tego dnia światełko nie grało już tak ładnie. Do tego raz po raz przechodzące nad lotniskiem deszcze sprawiły, że fotografowanie było mniej efektywne. Organizatorom udało się usprawnić w końcu Apache i mogliśmy podziwiać jego pokaz. Widząc co ta piękna maszyna wyprawia w powietrzu zasłaniając się wiązkami flar, tym bardziej żałowaliśmy, że nie udało się jej poderwać w dniu wczorajszym. Ostatnim elementem pokazów był oczywiście show Thunderbirds’ów. Niestety pokaz płaski gdyż na niebie pojawiły się czarne chmury niskiego pułapu, z których tuż po zakończeniu lotów potężnie lunęło.

Koksijde Airshow wpisał się pięknie w wachlarz pokazów A.D. 2011. Pokazy zrobione z dużym rozmachem i dość dobrze zorganizowane, a przede wszystkim – bezpieczne. Nie było żadnych incydentów, a na to w świetle ostatnich wydarzeń jestem dość mocno uczulony. Przed wyjazdem z hotelu nie mogłem sobie odmówić wieczornego spaceru po pięknej promenadzie Koksijde i plaży podczas odpływu. Oczywiście z aparatem w ręce :)

Sławek „hesja” Krajniewski

W KRAINIE RED BULLA – AIRPOWER11 (Austria, LOXZ)

Airpower to słowo, które elektryzuje miłośników lotnictwa od wielu już lat. To nazwa potężnych pokazów lotniczych, które odbywają się średnio co dwa lata w Zeltweg w Austrii. Potęga tych pokazów to nie tylko powalająca ilość atrakcji lotniczych ale także wyjątkowa, górska sceneria i niesamowita wręcz organizacja. Nad całością imprezy czuwa wyjątkowy mecenas lotnictwa – firma Red Bull.

Przygoda z Airpower11 zaczęła się dla mnie, podobnie jak dla większości fotografów z SPFL, od nabycia Spotter Packa (SP). To niemały wydatek (90 Euro na dwa dni) ale dzięki niemu można uczestniczyć w tej imprezie w naprawdę wyjątkowy sposób. Co nam daje nabycie SP? Na pewno możliwość skorzystania z 13 (!) punktów spotterskich usytuowanych dookoła głównego teatru pokazów, zarówno od strony publiczności jak i z drugiej strony pasa startowego. Na punkty te fotografowie są przewożeni przez specjalnie do tego wyznaczony personel i samochody. Dodatkowo każdy właściciel SP może liczyć na wygodnie usytuowany specjalny parking samochodowy oraz na  całodobowe wyżywienie i napoje – oczywiście spod znaku Red Bulla w dowolnych ilościach. To według mnie najważniejsze profity jakie wynikają z posiadania SP. Oczywiście jest ich więcej, ale są mniej istotne.

Taka ilość punktów spotterskich to super sprawa, ale też i wielki problem z wyborem tegoż właściwego miejsca. Mamy możliwość fotografowania z wałów położonych na lotnisku w odległości 100 i 400 metrów od pasa startowego. Mamy opcję na focenie z linii publiczności w wydzielonych miejscach. Jest możliwość użycia specjalnej, podnoszonej rampy foto. Chętni mogą też przebywać na przedłużeniach pasa startowego. Biorąc pod uwagę odległość od miejsca pokazów, pozorny ruch słońca po niebie, nasilenie lotów i kąty z jakich możemy fotografować – mamy do rozwiązania dość solidny rebus :)

W 2009 roku fotografowałem z okolicy środka linii publiczności oraz ze słynnej 1-ki (strefy położonej na wale w okolicy końca pasa startowego), tym razem postanowiłem więc zakosztować w nowych atrakcjach i na początku pokazów (piątek) wybrałem się na 8-kę, czyli punkt dość znacznie oddalony od głównego teatru pokazów, ale za to położony w pobliżu początku pasa. Do tego poranne słońce miałem za plecami, więc zapowiadała się niezła uczta foto. Wszystko zaczęło się bardzo wcześnie rano od startu majestatycznej DC-6B, która już na samym początku zaznaczyła kto będzie na tej imprezie rozdawał karty. Oczywiście Red Bull. Dla mnie ta firma to fenomen. Nie wnikając w genezę jej rozwoju, doprowadziła ona do tego, że miliony ludzi na całym świecie kupują Red Bulla, który jest kilkakrotnie droższy od tak samo smakujących, innych napojów energetycznych. Dzięki potężnym dochodom, Red Bull postanowił wesprzeć cały szereg inicjatyw. Między innymi zajął się lotnictwem, zbierając niemałą kolekcję kapitalnych maszyn, zatrzymując dla nich czas, a dając możliwość ich podziwiania takim zapaleńcom jak np. ja :) Czy to przypadek, że w stajni Red Bulla latają historyczne samoloty, które od wczesnego dzieciństwa wyjątkowo uwielbiałem? Nie wiem. Wiem jedno, że dzięki takiemu podejściu – do picia wybiorę Red Bulla :)

Po starcie DC-6 i symbolicznie rzuconej na lotnisko wodzie z samolotów Pilatus PC-6 w austriackich barwach, przyszła kolej na całą masę lotniczych atrakcji. Rozwiązał się Airpower’owy worek. Oczekiwałem głównie na atrakcje, jakich nie miałem okazji wcześniej sfotografować. Pierwszą z nich był wyjątkowy, chyba najmniejszy na świecie samolot odrzutowy BD-5J. W pierwszej chwili myślałem, że to latający model, ale pozdrawiający nas pilot rozwiał wątpliwości. Rewelacyjna konstrukcja choć do fotografowania nadająca się, jak wspomniany model właśnie. Spore wrażenie jak zwykle zrobił zespół akrobacyjny na śmigłowcach Alouette III i… zespół Flying Bulls, którego zawsze się boję. Latają wyjątkowo blisko siebie i robią niesamowite akrobacje ale nie zawsze idealnie równo co sprawia wrażenie dość sporego chaosu, który lekko podnosi ciśnienie obserwującym. Po Bull’sach przyszedł czas na palnik :) F-16 a za sterami Mitch to jak zwykle potężna dawka mocy, prędkości i piękna w wykonaniu solisty belgijskich sił powietrznych. Miejscówka nr 8 znakomicie nadawała się do fotografowania kołujących na pas maszyn. Gdy w naszym kierunku zaczął się przemieszczać Messerschmitt Me-262 to przed oczyma stanęły wszystkie relacje pilotów z II Wojny Światowej, które onegdaj tak nagminnie czytywałem. Wystartował z wielkim hukiem i rozpoczął swój pokaz. Wszystko przebiegało idealnie do pewnego momentu! Podczas kolejnego najścia na lotnisko, pilot zapewne przeliczył możliwości samolotu, który zmierzał wyjątkowo niebezpiecznie w kierunku ziemi i… sporej grupy osób stojących pod płotem lotniska. Mając jeszcze przed oczyma tragedię z Płocka – zamarliśmy. Me-262 zszedł tak nisko, że płot przeszkodził nam w fotografowaniu! Gdy udało mu się wyprowadzić odetchnęliśmy z ulgą. Było naprawdę nerwowo. A to przecież dopiero początek pokazów! Ukojeniem dla zszarpanych nerwów był pokaz naszego Lim-2A. Latał ładnie, dostojnie i wzbudzał ogólnie sporą sensację. Szkoda, że to jedyny polski akcent w powietrzu na tak zacnej imprezie lotniczej. Po pięknym jak zawsze pokazie Turkish Stars postanowiliśmy o zmianie miejscówki. Podczas oczekiwania na samochód, będąc pod namiotem spotterskim, zobaczyliśmy coś niesamowitego. Coś co może zrobić tylko grupa Blanix :) Dwa szybowce z rozpalonymi końcówkami skrzydeł, rzucające raz po raz „flary”. Niesamowity efekt. Brawa! Przemieszczając się na punkt nr 1 zostaliśmy osaczeni przez TV Airpower. Kilka osób jednolicie ubranych i wyposażonych w długie obiektywy Nikona musiało zwrócić uwagę reżysera. Łamaną angielszczyzną starałem się skrócić ów wywiad do niezbędnego minimum, gdyż w powietrze wzbiła się oczekiwana przez wszystkich grupa Royal Saudi Hawks, a zaraz po niej do pokazu solo wystartowały po sobie austriacki EF2000 i czeski JAS-39 Gripen w pięknym tygrysim malowaniu. Pokaz saudyjskiego zespołu zaskoczył rozmachem. Na język cisnęło się Green Arrows choć do tych RED jeszcze im dużo brakuje. Niedługo przed końcem pokazu zamarliśmy po raz kolejny na Airpower11. Nagle zniknęły znad lotniska Hawki i zapanowała cisza, którą po chwili zagłuszył uruchomiony śmigłowiec grupy ratunkowej! Co się mogło stać? Nikt z nas nie wiedział. Po kilku minutach zobaczyliśmy nadlatujące w kierunku pasa dwa Hawki. Ewidentnie jeden eskortował drugiego. Coś musiało się wydarzyć. Wyglądało to bardzo nieciekawie. Po chwili pojawiła się pozostała czwórka. Kołujący pierwszy Hawk miał na prawej przedniej części kadłuba dość solidny ślad po… zderzeniu z ptakiem! Dobrze, że to skończyło się tak a nie inaczej. Po „Green Arrows” na scenę Airpower11 weszła potężna ekipa Red Bull’a prezentując swoje nietuzinkowe maszyny. Pokaz P-38, F4U-4 i B-25, gang tych wspaniałych silników – to jest to co wręcz uwielbiam! Do kompletu brakowało mi tylko P-51 ale to… niebawem ;) Po śmigłach – rury. Holenderski F-16 nie zaskoczył niczym! Był jak zawsze piękny, precyzyjny i robił niezłe wrażenie. Za to wielkim zaskoczeniem dla mnie był występ zespołu Krila Oluje (Wings of Storm). Latali cudownie i niesłychanie równo! Bardzo podnieśli swój poziom od razu poprzedniego. Heh gdyby tylko ktoś wpadł na pomysł użycia smugaczy – byłby to jeden z najciekawszych pokazów imprezy. Nadszedł kulminacyjny moment pokazów – atak spadochroniarzy na lotnisko. W rzeczy samej stał się wydarzeniem, o którym wszyscy później najwięcej mówili. Wszystko za sprawą dwójki skoczków, z których jeden zaplątał się w spadochron drugiego. Wyglądało to strasznie dramatycznie! Dwa spadochrony nie zdążyły się rozwinąć. Jeden ze skoczków szamotał się będąc zaplątanym w spadochron kolegi. Próbował ratować się zapasowym ale niewiele to pomogło. Potężnie uderzyli w płytę lotniska i leżeli nieruchomo. Podobnie znieruchomiała cała publiczność. Niesamowicie szybko w pobliżu skoczków znalazły się karetki pogotowia, straż i śmigłowiec. Długo trwała akcja ratunkowa. Oczywiście pokazy przerwano by je po ponad godzinie wznowić. Szczęśliwie okazało się, że nie ma zagrożenia życia a chłopaki tylko i aż, dość solidnie się połamali. Byliśmy przekonani, że będzie gorzej. Na całe szczęście udało się! Atak na lotnisko przeprowadzili komandosi ze śmigłowców no i po raz kolejny mogliśmy się przekonać jak sprawnie i szybko dwa EF2000 rozprawiają się z najeźdźcą w postaci C-130. Po sprowadzenia na ziemię Herculesa, zrobiły kapitalny pokaz z lotami w ciasnej formacji oraz szeregiem mijanek. Brawa! Gdy wydawało się, że pokaz Eurofighter’ów może przyćmić wszystko – do swojego pokazu wystartował C-27 Spartan! No i dopiero teraz wszystkim szczęki opadły! Tak, nawet tym, którzy już widzieli Spartana na pokazach. Co ta potężna maszyna w locie wyprawiała to było coś niesamowitego. Wspaniale wygląda gdy taki niby spowolniony transportowiec wywija beczki i pętle tuż nad głowami. Pełny szacunek dla konstruktorów i pilotów. Po pokazie szwajcarskich sił powietrznych w składzie Pilatus PC-9, F/A-18 Hornet i oczywiście Patrouille Suisse nad lotnisko nadeszła groźba potężnego urwania chmury! Zaczął wiać bardzo silny wiatr, a deszczowe chmury z zachodu nie pozostawiały cienia wątpliwości, że za chwilę wszystko zostanie równo zmyte. Podczas gdy większość publiczności w popłochu uciekała z lotniska, swój wyjątkowy pokaz zaprezentował słowacki MiG-29. Naprawdę było na co popatrzeć. Z fotografowaniem za to były nie lada problemy z powodu wiatru oczywiście. Deszcz jednak nie spadł a na grande finale, czyli na pokaz zespołu Frecce Tricolori zrobiło się spokojnie i bezwietrznie. Do tego na niebie pojawiło się tyle wyjątkowo pięknych chmur, że poczuliśmy się jak w potężnym amfiteatrze przed wyjątkowym przedstawieniem. Taka fantastyczna nagroda dla tych, których nie przestraszyła groźba ulewy. Opłacało się zostać, obejrzeć i poczuć moc Frecce! Oni nigdy nie zawodzą ale tu, w tej scenerii przyprawiali o wyjątkowe doznania w prawie każdej figurze. To był fantastyczny dzień pokazów i już nie mogliśmy się doczekać soboty.

Sobota przywitała nas taką samą pogodą co piątek i po śniadanku spotterskim ruszyliśmy na miejscówkę. Tym razem nr 13 czyli po drugiej stronie pasa startowego. Wczoraj wydawało nam się, że to właśnie tu wszystko lata. Dziś już się dowiedzieliśmy, że nie do końca. Też dość daleko ale za to zupełnie inne kadry co zapewne przysłuży się urozmaiceniu portfolio. Było bardzo wesoło gdyż w jednym miejscu zebrał się prawie cały skład SPFL Air-Action, który przyjechał do Zeltweg i przyjaciele ze spotter.pl :) Nam do zabawy dużo nie trzeba a jak zaczęły hałasować nam nad głowami samoloty to już w ogóle pełnia szczęścia. Pokazy odbywały się w zasadzie z bardzo podobnym programem do wczorajszego tyle że… dużo wyżej i dużo bezpieczniej. Dowiedzieliśmy się, że wielu pilotów dostało reprymendy po wczorajszych lotach. Tu w Zeltweg, wszystko musi być bezpiecznie i to trzeba bardzo podkreślić i uszanować. Gdy tylko się o tym dowiedzieliśmy do pokazu wystartował nasz Lim-2A. Wszystko przebiegało zgodnie z planem do momentu gdy… samolot wyszedł zza góry i… zaczął przepadać :( Wyglądało to bardzo dramatycznie. Wszyscy struchleli! Coś musiało się dziwnego przydarzyć ale na szczęście pilot wyprowadził maszynę w dolinie i bezpiecznie wylądował. Podobnie nerwowo było podczas pokazu Patrouille Suisse gdy z niewyjaśnionych na ów czas przeszkód, przerwano pokaz. Okazało się, że sprawcą zamieszania był bocian, który raz po raz przelatywał przez okolice pasa startowego :) Podobnie jak wczoraj, było również z pogodą. Zamieszanie burzowo-deszczowe tuż przed słowackim MiGiem i… podobnie jak wczoraj Grande finale było zaiste Grande :)

Kolejny AIRPOWER przeszedł do historii. Mimo tak wielu przesłanek do wypadków wszystko skończyło się jak zawsze dobrze. Pokazy pokazami, ale najważniejsze jest bezpieczeństwo, na które organizatorzy postawili wyjątkowo silny nacisk. Tak powinno być wszędzie. Jestem pod wrażeniem i nie wyobrażam sobie nie zawitać do Zeltweg za dwa lata. Tym bardziej, że hotelik w którym spaliśmy ma wyjątkowo rewelacyjne jedzonko :)

Sławek “hesja” Krajniewski

AERO-MOTO VIKEND POPRAD (Słowacja, LZTT)

W dniach 25-26 czerwca 2011 roku w słowackim Popradzie odbyły się pokazy Aero-Moto Vikend 2011. Program imprezy zapowiadał się bardzo ciekawie, jak na tę rangę imprezy, której bliżej raczej do pikniku lotniczego niż prawdziwego Air Show. Bogatą reprezentację wystawiły Słowackie Siły Powietrzne w postaci pokazów dynamicznych MiGa-29, Mi-24 i Tu-154 oraz przelotu Jaka-40 wraz ze śmigłowcem Mi-171. Kolejną silną grupą był Red Bull, który w Popradzie zaprezentował się samolotami DC-6B oraz akrobacyjną Extrą-330L, za której sterami zasiadał sam Peter Besenyei. W powietrzu można było podziwiać jeszcze wiele innych „aeroklubowych” atrakcji. Program przewidywał rozpoczęcie imprezy około godziny 12, lecz my pojawiliśmy się przy płocie już o godzinie 9. W tym czasie mogliśmy obserwować ostatnie treningi przed pokazami. Pogoda spłatała figla i o godzinie 10 zaczął padać deszcz. Zdenerwowani przeczekaliśmy ten czas w samochodzie. W pewnym momencie usłyszeliśmy odgłos silników, szybko udaliśmy się pod płot lotniska, aby móc obserwować start śmigłowca Mi-171. W tym samym czasie pogoda nagle zaczęła się poprawiać i równo w południe zaświeciło piękne słoneczko, a po chmurach nie było już śladu. Weszliśmy na teren lotniska i ustawiliśmy się zaraz przy siatce odgradzającej publikę od strefy pokazów. Dzięki poprawie warunków pogodowych można było obserwować Tatry, które stanowiły wspaniałe tło dla latających maszyn. Sceneria bardzo przypomina tą z Axalp, znaną chyba wszystkim „świrom lotniczym”. Jako pierwszy w powietrzu zaprezentował się Mig-29, którego pilot jak zwykle zademonstrował wspaniały pokaz, następnie przyszła kolej na Augustę A-109 słowackich służb ratunkowych. Następnie w locie zaprezentował się redbullowski DC-6B oraz słowacki Tu-154M, który wykonał kilka podejść do lądowania oraz niskie przeloty. Następnie przyszła kolej na przelot Jaka-40 oraz Mi-171 oraz na grupę Retro Sky Team, imitująca walkę z czasów II Wojny Światowej pomiędzy lotnikami niemieckimi i rosyjskimi. Na zakończenie pokazów w locie wystąpił Peter Besenyei, latający Extrą-330L, który świetnie zaprezentował zdolności swojej maszyny. Pokazy w Popradzie można uznać za bardzo udane, było to dla mnie wspaniałe rozpoczęcie sezonu foto-lotniczego. Mam nadzieję, że w przyszłym roku także będę miał możliwość odwiedzić Poprad.

Bartosz “BNOVY” Nowak

PARIS AIR SHOW 2011 (Francja, LFPB)

W długi czerwcowy weekend mieliśmy okazję pojawić się przez 2 dni na 49-tym Mędzynarodowym Salonie Lotniczym, który odbył się na podparyskim lotnisku Le Bourget w dniach 20-26 czerwca 2011 roku. Paris Air Show to niewątpliwie największe targi branży lotniczej w Europie. W tym roku gościły rekordową liczbę ponad 2100 wystawców z 45 krajów (w tym również z Polski), którzy w 28 pawilonach prezentowali najnowocześniejsze osiągnięcia szeroko rozumianego przemysłu kosmiczno-lotniczego. W ciagu tego tygodnia podpisano rekordową liczbę kontraktów, m.in. zamówienia na 730 samolotów firmy Airbus oraz ponad 140 maszyn Boeinga, co jest ewidentnym sygnałem ożywienia w tej gałęzi gospodarki.

„Salon du Bourget”, jak nazywają go Francuzi, to również okazja, aby obejrzeć szereg ciekawych statków powietrznych – zarówno na wystawie statycznej, jak i podczas codziennych 4-godzinnych pokazów w locie. W tym roku pojawiło się ich aż 150 (w tym 40 w pokazie dynamicznym). Główną gwiazdą był niewątpliwie pierwszy na świecie samolot na energię słoneczną Solar Impulse, który zresztą miał tutaj swoją światową premierę przed szeroką publicznością. Niestety, ze względu na mało sprzyjające warunki pogodowe, samolot można było oglądać tylko w specjalnie przygotowanym dla niego hangarze. Wzbił się on w powietrze jedynie w niedzielę – mnie niestety ominęła więc przyjemność podziwiania go w locie. Kolejne nowości zaprezentował Boeing. Na paryskich targach pojawiły się 3 nowe maszyny tego producenta: Dreamliner 787 oraz pasażerska i transportowa wersja samolotu 747-8. Interesująca była również najnowsza ‘zabawka’ Eurocoptera czyli hybrydowy śmigłowiec X3 – pierwszy helikopter z wirnikiem i śmigłami, który widziałam :) Łączy on w sobie zalety pionowego startu oraz znaczną prędkość lotu (430 km/h), którą może osiągnąć właśnie dzięki dwóm dodatkowym silnikom turbo-śmigłowym. Wielkim zainteresowaniem publiki niezmiennie cieszył się największy ‘pasażer’ świata czyli Airbus A380. Trzeba tu wspomnieć o pewnej specyfice imprezy w Paryżu. Część maszyn biorących udział w pokazach dynamicznych, znajduje się w ciągu dnia na tzw. statyce. Dopiero kilkanaście minut przed popisami w powietrzu, służby lotniskowe odgradzają na chwilę drogę kołowania, po której standardowo przechadzają się widzowie, a samolot przemieszcza się na pas między zgromadzoną na pokazach publiką. Kołowanie Airbusa A380 wzbudziło przez to ogromne emocje. Rozmiary maszyny spowodowały, że w trakcie kołowania część publiczności miała okazję na chwilę dosłownie znaleźć się pod skrzydłami tego latającego olbrzyma. Wrażenia – bezcenne :)  Kolejną ciekawostką był zrzut wody w wykonaniu rosyjskiej łodzi latającej – Berieva Be-200 – którego miałam okazję zobaczyć dotychczas jedynie na targach lotniczych MAKS w Moskwie w 2009 roku. Nie zabrakło również tego, co tygrysy lubią najbardziej – czyli myśliwców :) Pierwszym był oczywiście francuski Rafale w okolicznościowym malowaniu – świętowano 30 000 godzin, które dotychczas zostały wylatane na tym typie samolocie we francuskich siłach powietrznych. Następnie podziwiać można było demo amerykańskiego F-16 z bazy w Spangdahlem. Najbardziej jednak podobały mi się podniebnie ewolucje włoskiego Eurofightera, którego niesamowicie intensywne smugi ze skrzydeł pięknie komponowały się z lekko zachmurzonym niebiem :) To jednak nie koniec emocji dostarczonych przez pilotów włoskich sił powietrznych. Smaczku pokazom dodały również dynamiczne akrobacje Spartana. Mało kto oczekiwał czegoś specjalnego podczas lotu pokazowego transportowego samolotu, a jednak… jak większość widzów, byłam mocno zaskoczona i nawet lekko zaniepokojona, gdy zobaczyłam jak włoscy piloci Spartana wykonują nim beczkę :) Francuzi nie pozostawali jednak w cieniu. Dali pokaz swoich umiejętności akrobacyjnych na samolotach Alpha Jet oraz Extra 300. Dodatkowo, w końcowej części pokazów Patrouille de France, jak przystało na zespół akrobacyjny światowej klasy, zapewnił piękne widowisko zgromadzonej publiczności. Doskonale i precyzyjnie wykonywane figury oraz malowanie nieba kolorami francuskiej flagi – coś pięknego :)

Na wystawie statycznej nie brakowało lotniczych ‘perełek’. Każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Były legendarne oldtimery, wśród których znalazły się m.in. Lockheed L-1049 Super Constellation czy Hawker Sea Fury (można było go oglądać również w powietrzu). Amerykanie wystawili kilka żelaznych pozycji takich jak F-15 Eagle, F-16, CH-47 Chinook, C-130J Herkules czy udostępnione widzom do ‘zwiedzania’ C-17 oraz C-5 Galaxy. Pojawiły się również m.in. szwajcarskie Pilatusy (biznesowy PC-12 oraz znany nam z pokazów w Axalp czerwony PC-21), brytyjski szkoleniowy Hawk, kolorowy ATR 72-600 czy rosyjski Sukhoi Superjet 100. Nie dziwi fakt, że najwiecej pokazali oczywiście Francuzi. Z najciekawszych maszyn wymienić można myśliwce Rafale i Mirage, treningowe Alpha Jety i Extrę 300, kilka typów Eurocopterów oraz samoloty zespołu akrobacyjnego Breitling.

Paris Air Show to nie typowe pokazy lotnicze, a przede wszystkim targi branżowe i miejsce zawierania najważniejszych kontraktów w branży kosmiczno-lotniczej. Pokazy wykonywane są w bezpiecznej odległości od publiczności, nie ma tu specjalnych stref dla fotografów. Mimo tego, każdy miłośnik lotnictwa ma okazję znaleźć coś dla siebie i ciekawie spędzić czas. Impreza służyć może także za pretekst do połączenia lotniczy wypadu wraz ze zwiedzaniem samego Paryża – magicznego miasta, w którym nie można się nie zakochać ;-) Byliśmy tu dwa lata temu i za kolejne dwa pewnie znów tam wrócimy.

Ewa „FMS” Bartkiewicz

TRAGICZNY V PŁOCKI PIKNIK LOTNICZY (Polska, EPPL)

W tym roku na weekend 18-19 czerwca 2011 roku przypadała V edycja Płockiego Pikniku Lotniczego. Całkiem bogaty jak na pokazy regionalne program (włącznie z niedzielnym przelotem nad Wisłą Boeinga 767 Polskich Linii Lotniczych LOT i konkurencji Air Snake zorganizowanej na wzór zawodów Red Bull Air Race) zgromadził na liście wyjazdowej dosyć pokaźną ilość „świrów lotniczych” spod znaku SPFL. Ale może od początku…

Przygotowania do pikniku rozpoczęły się na długo przed nim. Wszystko dlatego, że jako oficjalny patron medialny imprezy mieliśmy możliwość zaprezentować siebie na stoisku reklamowym na terenie pokazów. Jego organizacja i przygotowanie pochłonęło naprawdę sporo czasu. Mimo wielu obaw udało się, jak to się później okazało, zapiąć wszystko na ostatni guzik. Nasz sobotni dzień zaczął się chwilę przed godziną 8:00. Niektórzy z nas zjechali się do Płocka już dzień wcześniej, reszta dołączyła sobotniego poranka. Pogoda nie zachęcała – pełne zachmurzenie z naprawdę niewielkimi prześwitami, od czasu do czasu delikatny deszczyk. Mimo to dosyć prężnie zaczęliśmy organizować nasze stoisko, które prezentowało się naprawdę okazale – rzutnik, na którym wyświetlana była prezentacja z naszymi pracami, wydrukowane zdjęcia w różnych formatach rozwieszone w kilku rzędach na „ścianach” stoiska, album „Odloty Hesji” wyłożony na stole z eleganckim obrusem, a na zewnątrz całość pod wielkim bannerem Air-Action.

Pochłonięci atmosferą i rozmową (bądź co bądź do Płocka zjechało się nas naprawdę sporo), nawet nie zauważyliśmy kiedy na niebie dało się słyszeć pierwszy ryk silnika. Niektórzy zostali na miejscu, niektórzy rozbiegli się z aparatami w różne miejsca. A było w czym wybierać – brzeg Wisły, piękne Wzgórze Tumskie, most kolejowy przez Wisłę, czy nawet dach hotelowy na samym szczycie Wzgórza (stamtąd był naprawdę świetny widok na całe pokazy). Do południa na płockim niebie rządzili paralotniarze, spadochroniarze i cała plejada znanych i lubianych klasyków – Curtis Jenny, CSS-13, RWD 5, Piper Cub, Zlin 526F, TS-8 Bies, a także niesamowity Marek Szufa w swoim Christen Eagle II. Pogoda dawała powody do zadowolenia, gdyż coraz częściej zza chmur wychodziło słońce. Stoisko stanowiło bazę, niejako punkt wyjściowy, gdzie wszyscy z nas się zbierali, chwilę odpoczywali i ruszali dalej w fotograficzny wir wrażeń.

Po klasykach przyszedł czas na Biało-Czerwone Iskry. Ich pokaz znany nam już w pełni niczym nas nie zaskoczył. Mimo to miło, że zespół zagościł na płockich pokazach. Po nich przyszedł czas na kolejną turę skoków spadochronowych oraz dobrze znanych i lubianych „Żelaznych”. Sceneria pokazów w Płocku naprawdę zachęcała do fotografowania. Jest to chyba jedyne miejsce w Polsce, gdzie warto się wybrać nie zważając na program pokazów, pogodę czy przeszkody losowe. Po „Żelaznych” swoje pięć minut miały śmigłowce – był Eurocopter EC135 Lotniczego Pogotowia Ratunkowego, Mi-2, Robinson 44, wiatrakowiec Xenon czy Bell 206. Świetny pokaz na niskiej wysokości nad Wisłą dał Mi-14 Marynarki Wojennej RP. A dla nas była to idealna okazja do poćwiczenia ręki na dłuższych czasach naświetlania.

Po śmigłowcach miało miejsce jeszcze trochę akrobacji indywidualnych, a po nich przyszedł czas na ‘numer wieczoru’ – Air Snake, czyli wyścigi samolotowe między pylonami rozstawionymi na Wiśle. Udział w wyścigu wzięli „Żelaźni” (3 samoloty) oraz Marek Szufa na swoim Christen Eagle II. Rozdzieliliśmy się na kilka ekip – niektórzy zostali na dachu hotelu, by z góry obserwować powietrzne zmagania pilotów, niektórzy udali się na brzeg Wisły, aby widzieć wszystko z bliska. Wyścig naprawdę robił wrażenie. Jeden za drugim ganiali się między pylonami, a włączone smugacze na samolotach tylko dodawały klimatu. Każdy z nich wykonał po kilka zajść i szereg kombinacji, starając się jak najlepiej oddać realizm zawodów w stylu Red Bull Air Race. „Żelaźni” wykonali swoje ostatnie przeloty, przyszedł czas na Marka Szufę. Tej sytuacji nie ma sensu opisywać – wszyscy zapewne wiedzą dokładnie, co się stało. Po głuchym odgłosie zderzenia z taflą wody wielki szok, krzyki, łapanie się za głowę, niesamowite przygnębienie – tak zapamiętam te kilka chwil zaraz po katastrofie. Po powrocie do stoiska wszyscy z zapartym tchem, w wielkim skupieniu i strachu obserwowaliśmy reanimację pilota. Po ponad godzinie od katastrofy karetka zabrała Marka Szufę do szpitala. Komunikat spikera był jednoznaczny – pokazy zostały odwołane. Ludzie zaczęli się rozchodzić do domów, a my w atmosferze przygnębienia zaczęliśmy składać nasze stoisko. Padł pomysł rozjechania się do domów, ale przecież większość z nas miała zarezerwowane noclegi w hotelu, a mało tego już wcześniej ustaliliśmy, że wieczór 18 czerwca będzie w Płocku terminem Walnego Zgromadzenia naszego Stowarzyszenia.

Cała ta sytuacja z fatalnym zakończeniem pierwszego i jak się okazało ostatniego dnia pokazów wywołała nieznaczny poślizg organizacyjny, tak że Walne Zgromadzenie rozpoczęło się w niewielkiej hotelowej salce konferencyjnej chwilę po godzinie 21:00. Była na nim obecna znakomita większość Członków, zarówno Zwyczajnych, jak i Sympatyków. Chwilę po otwarciu zebrania przez hesję dostaliśmy telefon, że o godzinie 19:20 Marek Szufa zmarł w szpitalu. Długo nie myśląc postanowiliśmy uczcić minutą ciszy pamięć tego znakomitego pilota, człowieka, przyjaciela. Oczy wielu z nas się przeszkliły, na polikach pojawiły się łzy. Przecież tylu z nas znało go osobiście. Zawsze uśmiechnięty, jego pokazy co i raz zapierały dech w piersiach, był fenomenem polskiego lotnictwa, a przy tym niesamowicie ciepłym człowiekiem. Nie wiem, czy kiedykolwiek pogodzimy się z jego śmiercią.

Po tej informacji obrady były wiedzione w niesamowicie smutnej atmosferze. Mimo wszystko utrzymaliśmy ich merytoryczny poziom i przedyskutowaliśmy wszystkie bieżące sprawy Stowarzyszenia, plany na przyszłość oraz udzielone zostały odpowiedzi na pytania, wątpliwości Członków. Po niespełna 2 godzinach Walne Zgromadzenie zostało zakończone. Niektórzy z nas wyczerpani obfitym we wrażenia dniu od razu rozeszli się do swoich pokojów, niektórzy zostali aby jeszcze przez chwilę porozmawiać, przedyskutować różne sprawy. A następnego dnia z samego rana rozjechaliśmy się do domów, każdy w swoim kierunku.

Dzień 18 czerwca 2011 na długo zostanie w naszej pamięci. A ja osobiście widoki, odgłosy i atmosferę tego dnia zaniosę w sercu aż do grobowej deski…

Maciej „volt” Aleksandrowicz

MOKRE… MOKRE (Polska, EPZA)

II Zamojski Festyn Lotniczy – obsada tej niewielkiej imprezy, w której programie widniały Biało-Czerwone Iskry, uwielbiany przez wszystkich fanów lotnictwa w kraju Jurgis Kairys, Marek Szufa, Grupa Akrobacyjna “Żelazny” oraz gwiazda cyklu zawodów Red Bull Air Race – Martin Sonka spowodowała, że nie mogło na niej zabraknąć ekipy SPFL Air-Action.

Mimo że start wesołej gromadki został zaplanowany na chyba zbyt wczesne godziny poranne, wszyscy punktualnie zwlekli się z łóżek i mniej lub bardziej ochoczo ruszyli w podróż do Zamościa. Niestety pogoda nie była tego dnia łaskawa, na miejscu przywitało nas szare niebo oraz niewielkie, ale dość przenikliwe opady deszczu. Szczęśliwcy odebrali akredytacje foto, które pozwalały na fotografowanie z drugiej strony pasa startowego, z jego osi oraz wejście do hangaru. Niestety tylko teoretycznie. Na drodze stanął nam pan Krzysztof, szef kontroli lotów, szef wszystkich szefów, człowiek w gustownym garniturze i słuchawką w uchu. Nie przemawiały do niego żadne argumenty, ani nasze, ani organizatorów. Do hangaru i na drugą stronę pasa dostać się mogli jedynie jego znajomi i basta! Gratulujemy podejścia. Na całe szczęście organizator stanął na wysokości zadania, dzięki czemu mogliśmy bez problemu wejść przed publiczność i fotografować tuż przy pasie startowym. W zasadzie mogliśmy posunąć się nawet dalej, przejść na drugą stronę pasa, pod hangary, jednak uznaliśmy to za bezsens.

Mimo paskudnej aury, punktualnie na starcie do solowego pokazu ustawił się czerwony Zlin grupy “Żelazny”. Po bardzo efektownym i niewiarygodnie krótkim starcie wykonał bardzo precyzyjną sekwencję figur. Pokaz się jeszcze nie skończył, a pod hangarem pojawił się obfity, biały dym co oznaczało, że Marek Szufa szykuje się już do startu. Wszyscy znamy jego zapierające dech akrobacje. Nie zawiedliśmy się, choć brakowało odrobiny słońca. Obfity biały dym na tle jasno szarego nieba dodatkowo dość długo utrzymywał się w wilgotnym powietrzu, co mocno utrudniło nam fotografowanie. Do tego ta mżawka…

Tuż przed pokazem Sonki na niebie pojawił się Jurgis Kairys, a prowadzący imprezę przytomnie poinformował wszystkich że pod samolotem znajduje się dodatkowy zbiornik paliwa, a nie bomba, więc nie trzeba się bać. Martin Sonka pokazał co potrafi wykonać ze swoją maszyną. Pokaz obfitował w ciasne nawroty, pętle, niewiarygodnie szybkie korkociągi oraz całą gamę innych akrobacji. Warto było to obejrzeć! Pozytywne wrażenie tego pokazu popsuł Kairys, który ze swoim tradycyjnym, szelmowskim uśmiechem, zaprzeczał grawitacji i wszelkim innym prawom fizyki potwierdzając po raz kolejny swoją renomę i klasę. Ten blok pokazów zakończyła gruba akrobacyjna Żelazny. Było solidnie, czyli tak, jak być powinno. Równo, szybko, efektownie, chociaż aż prosiło się, żeby akrobacje wykonywać niżej i bliżej publiczności.

Po tym pokazie nastąpiła długa przerwa spowodowana opadami deszczu. Iskry niestety zostały odwołane, podobno już z pasa startowego. Mogliśmy za to podziwiać popisy Stunt, czyli panów uprawiających na swoich motocyklach woltyżerkę. I szczerze mówiąc był to wspaniały pokaz! Jazda na jednym kole, nie koniecznie tylnym, palenie gumy siedząc na kierownicy… Warto coś takiego zobaczyć na żywo. Długie oczekiwania na następne loty umilał nam zespół muzyczny, który jakby specjalnie dla Marka Szufy zaśpiewał swój hit “Nie chcę cię stracić w tej mgle”, przypadł nam także do gustu utwór “Mokre Mokre Go Go GO!”. Niektórzy z nas nawet podrygiwali w rytm muzyki przed tłumem okupującym barierki.

Gdy już straciliśmy nadzieję,, że coś się jeszcze wydarzy na Mokrym niebie, znowu pojawił się biały dym i Marek Szufa wzbił się w powietrze. Tradycyjnie już po kilku sekundach równowaga bieli na niebie i na ziemi została skutecznie wyrównana, a następny w kolejce Jurgis Kairys raczej nic nie widział podczas startu. Oba wieczorne pokazy były można powiedzieć nagrodą dla wytrwałych widzów. Panowie latali długo i wznieśli się na wyżyny swoich umiejętności.

Podsumowując, mimo wielu przeciwieństwom jakie ten dzień nam zgotował, paskudnej aury i wielu odwołanych atrakcji bawiliśmy się świetnie, a imprezę zaliczamy do udanych. Serdecznie dziękujemy organizatorom za chęć pomocy oraz otwartość.

Bartosz “Jamal” Stelmach

ŚWIDWIN – REAKTYWACJA (Polska, EPSN)

W dniu 10 czerwca 2011 roku odwiedziliśmy 21 Bazę Lotniczą w Świdwinie. Dla części z nas, była to pierwsza wizyta nie tylko Świdwinie, ale i pierwszy pobyt w czynnej bazie wojskowej podczas rutynowych lotów ćwiczebnych. Inni wspominali pierwszy wypad „Świrów lotniczych” na to lotnisko, jaki miał miejsce w maju 2009 roku. W międzyczasie parokrotnie mieliśmy okazję fotografować Su-22, ale miało to miejsce w pobliskim Mirosławcu. Dzięki otwartości i uprzejmości dowódcy bazy płk dypl. pil. Ireneusza Starzyńskiego, udało się nam ponownie odwiedzić Świdwińskie lotnisko. Spędziliśmy dzień pełen wrażeń i emocji. Już sam start samolotu Su-22 odbywający się zawsze z użyciem „dopalacza” jest widowiskiem samym w sobie, a tego dnia byliśmy również świadkami treningu „pokazowego”. Niewątpliwą gratką dla fotografujących były loty samolotu przepięknie pomalowanego w ‘tygrysie” wzory, jak i loty maszyn pomalowanych na modłę „dzika” i „rekina” Program lotów był napięty i składał się z trzech „bloków” – po kilka wylotów za każdym razem. Dało nam to okazję do wykonania różnych ujęć z kilku „miejscówek”. Pogoda tego dnia również dopisała… termikę, która pojawiła się w godzinach południowych rekompensowały chmurki na niebie. Mamy nadzieję, iż następna wizyta na Świdwińskim lotnisku będzie miała miejsce po krótszej przerwie niż ostatnio.

100-LECIE TURECKICH SIŁ POWIETRZNYCH (Turcja, LTBL)

Turcja, Baza Wojskowa w Çiğli (czyt.: czili) i ponad 40 stopni w słońcu. Aparaty spakowane, w kieszeni garść kart pamięci. Wszystko gotowe, zatem można rozpocząć przygodę z pokazami lotniczymi zorganizowanymi w celu uczczenia setnej rocznicy tureckich sił powietrznych. Dwie i pół godziny spędzone w samolocie, który wystartował wczesnym rankiem z lotniska Chopina to czas pozwalający przenieść się w zupełnie inny świat, do Izmiru -   trzeciego pod względem populacji miasta Turcji (Izmir zamieszkuje obecnie około trzech milionów mieszkańców). To właśnie tutaj, w samym sercu miasta czeka na nas niewielki pokój położony na ostatnim, piątym piętrze jednego z hoteli. Z tarasu tegoż pokoju roztacza się wspaniały widok na całe miasto; mimo, że to tylko piąte piętro, okazuje się, że jest to aż piąte piętro. Zabudowa Izmiru jest raczej niska, jedynie kilka luksusowych hoteli wyrasta samotnie spośród niezliczonej ilości dwu i trzypiętrowych domów.

Znajdujemy się dwadzieścia kilometrów od lotniska. Niedaleko? W normalnych warunkach może i niedaleko. Uwzględniając izmirską komunikację robi się n-i-e-z-w-y-k-l-e daleko. Mało tego, pomimo dużego rozgłosu dotyczącego opisywanej imprezy, mnóstwa reklam w tureckich telewizjach, miasta obklejonego plakatami i zdjęciami samolotów, nikt nic nie wie o żadnych pokazach. Kolejne ‘mało tego’ – nikt nie wie, gdzie znajduje się najbliższa baza wojskowa. I wreszcie ostatnie ‘mało tego’ – prawie żaden taksówkarz (a było ich wielu – uwierzcie) tak do końca nie wie jak dojechać do Çiğli. Na tym etapie zakończę historię dojazdów pomiędzy hotelem a lotniskiem, jest to bowiem historia na zupełnie inną opowieść… może gdzieś, kiedyś, przy piwku. Co więc można robić w Izmirze po zjedzeniu śniadania? Można zwiedzać zabytkową Agorę. Można udać się na plażowanie. Można wybrać się na zakupy do jednego z wielu centrów handlowych. Można siedzieć na tylnej kanapie leniwie toczącej się taksówki, która nigdy nie słyszała o klimatyzacji (pamiętacie jak pisałem o ponad 40 stopniach?). Można również poprzyglądać się dziwacznym scenkom, które rozgrywają się na ulicach. Wrrrróóóóć…

Jedziemy przecież taksówką na lotnisko. Opisy dotyczące środków transportu będę starał się nadal skutecznie pomijać. Jest piątek, dzień spottera. Statyka, przyloty, treningi. Grupa kilkudziesięciu osób wyposażonych w kartki, długopisy i aparaty fotograficzne krząta się swobodnie po terenie lotniska. Atmosfera iście sielankowa, tylko… słońce nie rozpieszcza już od wczesnych godzin. Na wyróżnienie zasługuje niezwykle miłe zachowanie żołnierzy, którzy nie utrudniali zwiedzania i fotografowania, starali się pomóc i pokierować tych mniej zorientowanych. Lotniczo dzień spottera nie należał do najbardziej atrakcyjnych. Trening polskich Iskier, kilka przylotów pojedynczych maszyn. Większość zespołów i solistów, którzy mieli dać pokaz kolejnego dnia albo pochowana w mniej dostępnych częściach bazy albo po prostu jeszcze nie dotarła. Apetyt nie został zaspokojony. A do tego… trzeba jakoś wrócić do hotelu (grrr). Wszystkie znaki na niebie zapowiadały, że nic ciekawego tego dnia już nas nie spotka. Jak się okazało – wszystkie, poza jednym…

Wspomniany taras na ostatnim piętrze hotelu, piwo marki „Efez”, słońce kieruje się leniwie ku linii horyzontu. Piękna pora na robienie wieczornych zdjęć, co oczywiście wykorzystujemy. Zupełnie niespodziewanie nad miastem pojawiają się kolorowe dymy. Po chwili dostrzec można już więcej. Reprezentanci różnych krajów: Turcji, Włoch, Francji, Hiszpanii i Polski stworzyli żywą reklamę pokazów. Wykonali dwa przeloty ze smugaczami nad centrum miasta a następnie przelecieli dokoła Izmiru. Niesamowite wrażenie, wspaniała inicjatywa, innowacyjny pomysł. Jedna z tych chwil, które pozostają na długo w pamięci. Ten dzień musiał się jednak skończyć wspaniale. Pozostało dokończyć piwo.

Nauczeni doświadczeniem, na pokazy wybraliśmy się bardzo wczesnym rankiem, na długo przed otwarciem bram i… oczywiście spóźniliśmy się. Żeby było jasne, nie była to wina korków, ulice były raczej puste a do lotniska wiodła trzypasmówka. W Izmirze wszystko jest możliwe.  Bramy stały otworem już na dwie godziny przed rozpoczęciem pokazów, było więc sporo czasu na zapoznanie się ze statyką. Maszyny na statyce rozstawione zostały praktycznie wzdłuż całego lotniska na długości 2,5 kilometra. Podziwiać i fotografować mogliśmy m.in. przedstawicieli Niemiec, Jordanii, Rumunii, Austrii oraz oczywiście Turcji. Przytłaczająca ilość maszyn. Do wielu z nich można było wejść, czy usiąść w kokpicie pilota. Czas przeznaczony na statykę minął jak się można domyśleć bardzo szybko, ruszyliśmy więc na poszukiwania odpowiedniego miejsca na czas pokazów. Starty i lądowania odbywały się w południowej części pasa. Samo centrum pokazów, miejsce, na które odbywały się naloty znajdowało się około 2 kilometry dalej – w północnej części pasa (przemieszczając się między tymi punktami trzeba dodatkowo obejść strefę wieży oraz strefę VIP). Dodatkowo bardzo napięty program; lot za lotem, co chwilę najlepsze światowe zespoły i soliści. Trzeba było postawić na jedno z tych miejsc. Padło na miejsce pokazów oraz dość dogodną pozycję wysuniętą około metr przed barierki.

Pokazy rozpoczęli skoczkowie spadochronowi, którzy za pomocą smugaczy namalowali na niebie logo pokazów – trzy czerwone łuki. Następnie odbył się wolny przelot reprezentacyjny rozmaitych maszyn należących do tureckich sił powietrznych. Wzięło w nim udział około 30 samolotów i śmigłowców. Bardzo ciekawe widowisko, ale raczej do pooglądania niż fotografowania. Kolejny pokaz należał do chorwackiego zespołu Krila Oluje. Bardzo przyjemne dla oka show tych biało-czerwonych maszyn trwał około 25 minut. Po tej rozgrzewce przyszła pora na solistów. Na niebie pojawił się więc rumuński solista na IAR-99 Soim oraz Turek Ali Ismet ÖZTÜRK na samolocie Acromach Super S2S. Ten ostatni pokazał ile można wyciągnąć ze śmiglaka wyposażonego w smugacze. Pokaz Turka można porównać do pokazów, które prezentuje w Polsce Marek Szufa. Inaczej mówiąc – profeska.

W końcu nadeszła pora na jedyny polski akcent tej imprezy – Iskra Team, czyli nasze Biało-Czerwone Iskry. Akcent bardzo miły, jednak sam pokaz naszym zdaniem odbywał się zdecydowanie za daleko. Na około 25 minut pokazu samoloty pojawiły się w obiektywie aparatu raptem kilka razy. Szalę dopełniło malowane na niebie przy dźwiękach piosenki „I will always love you” serce. Polacy trafili akurat na dość blade niebo i serca nie było prawie widać.  Kolejnym przerywnikiem między lotami zespołowymi był austriacki Tiger, którego najmocniejszą stroną jest jego ciekawe malowanie. Gdy lądował po pokazie w głośnikach zabrzmiał zespół The Doors i piosenka „Riders on the storm” – do startu szykował się amerykański team – Thunderbirds. Sześć samolotów F-16 w pokazie dynamicznym nie może nie wzbudzać emocji. Amerykanie nie zawiedli, zrobili piękny, półgodzinny pokaz. Można było zapatrzeć się na niebo i zapomnieć kompletnie o aparacie i zdjęciach. Piękne oderwania, dymy ze smugaczy, przeloty na dopalaczach… poezja. To był zdecydowanie najlepszy pokaz tej imprezy a Amerykanom należą się ukłony. Nie mniej akcji na niebie pokazał kolejny, tym razem włoski zespół Frecce Tricolori korzystający z 10 samolotów. Włosi zachwycali przede wszystkim ciekawymi, kolorowymi smugaczami oraz niskimi przelotami. Kolejny na niebie zagościł pomarańczowy holender na F-16. Dał typowy dla siebie pokaz – było „samo gęste” a na koniec oczywiście – flary. Gdy lądował, na drugim końcu pasa dymili już francuzi. Show formacji Patrouille de France był równie emocjonujący jak pokaz Włochów – było blisko, kolorowo i głośno. Zgodnie z tradycją tych pokazów po zespole czas na solistę. Na niebo wzbił się pakistański Thunder na JF-17. Był to mocny punkt pokazów – naloty zza publiczności, niskie przeloty na pełnej mocy. Do tego prawie cały pokaz na dopalaczu. Pierwsze miejsce dla tego Pana w kategorii robienia hałasu. Aby nie zanudzić Ciebie, drogi czytelniku, słów kilka o pogodzie. Temperatura w słońcu cały czas w okolicach 40 stopni, lekki wiatr, duża termika. Do tego momentu słońce mieliśmy za plecami. Dotarliśmy w naszej relacji jednak do godziny 15:00 czasu lokalnego. Słońce przeniosło się za pas startowy i resztę zdjęć można było robić już tylko na kontrze, nie licząc krótkich momentów, gdy chowało się za chmurami.

Wracając do pokazów – jest godzina 15:00, z pasa odrywają się Turkish Stars. Bardzo ciekawy pokaz, sporo mijanek i sporo dość oryginalnych układów. Niestety, fotograficznie wbili się w złą godzinę. Podobnie było w przypadku SoloTurka latającego na F-16. Pokaz był na wysokim poziomie, nie zabrakło flar, które były wypuszczane niżej niż w przypadku holendra. Śledząc jednak spoty i reklamówki przed pokazami można się było spodziewać nieco więcej, mam wrażenie, że pokaz był nieco przereklamowany. Aczkolwiek słowa złego nie powiem. Po wylądowaniu SoloTurka powstał krótki, około 5minutowy chaos na całym lotnisku, a dokładnie mówiąc… Turcy dostali szału.

Tłum wbiegł za barierki, nie zważając na uwagi osób pilnujących porządku. Machali, gwizdali, wręcz wyli do Turka. Byli i tacy, którzy prawie dobiegli do pasa, po którym sunął SoloTurk. Bez dwóch zdań – zwycięzca w kategorii bohater narodowy.  Minęło 5 minut, Turek skołował a na płycie pojawił się zespół Red Arrows w białym dymie. Cóż to za zespół ten Red Arrows? Chyba jakaś mało znana formacja z dalekiego wschodu? Turcy, mam wrażenie, słyszeli o tym zespole mniej więcej tyle, co mieszkańcy Izmiru o Çiğli czy o komunikacji miejskiej, bo po występie SoloTurka 75% uczestników pokazów po prostu zniknęła. Momentalnie – w stronę autobusów i samochodów. Zrobiło się pusto, na co oczywiście nie można było narzekać. Co ciekawe, reakcja Turków na pilotów amerykańskich była podobna, może mniej ekspresyjna, jednak zgotowali Thunderbirds’om po wylądowaniu owacje na bogato. Dziwny to naród.  Tym sposobem Red Arrows licznej publiki nie mieli. Dali profesjonalny pokaz, na swoim bardzo wysokim poziomie. Już samo „Ladies and gentelmans… Red Arrows!!!” potrafi wywołać dreszcz. Show tej grupy to emocje, emocje i jeszcze raz emocje. Anglicy trafili na dość ciekawe warunki pogodowe i układ chmur i słońca.  Kolejne loty, już do końca, odbywały się na czystym niebie idealnie pod słońce. Tak więc belgijski solista na F-16 oraz hiszpański zespół Patrulla Aguila byli jedynie cieniami na wypalonym niebie. Szkoda, ale chyba tylko nam, bo na lotnisku nie było już prawie nikogo. Przyszedł czas na powrót do domu. Najpierw trzeba jednak wrócić z lotniska do hotelu. Miałem nie pisać o środkach transportu w Izmirze? Napiszę tylko tyle – powrót, czyli przebycie 20 kilometrów zajął dobre dwie godziny. I podpowiem – nie było żadnych korków, nie wracaliśmy również pieszo… gdzie tkwi haczyk? Turcja jest piękna i dziwny to kraj.

Podsumowując, organizacja pokazów stała na wysokim poziomie, co przy darmowym wstępie na imprezę mogło podobać się podwójnie. Kolejki po napoje okrutne (ile Ci Turcy piją). Nie wspomniałem wcześniej – goście odwiedzający miejsce pokazów w spotterday otrzymali kalendarze – naprawdę bardzo ładnie wydane. Organizacyjnie przydałaby się może jakaś godzinna przerwa w środku dnia, między lotami, nie było żadnej. Miasto zapewniało również bezpłatne busy powrotne, odwożące do najbliższej stacji metra. Kolejne pokazy w Turcji? Na pewno warto tam wrócić, na pewno warto zabrać ze sobą krem z filtrem oraz dużo cierpliwości do środków transportu miejskiego.

Marek “Amon” Staciwa

21.AVIATION FAIR PARDUBICE (Czechy, LKPD)

21st Aviation Fair w Pardubicach to kolejna impreza, której SPFL nie opuściło. Pokazy w Pardubicach były dla nas ciekawostką, gdyż nie mieliśmy wcześniej okazji uczestniczyć w tej imprezie (a zapowiadała się ona bardzo obiecująco). Hurricane, Spitfire, Mustang, Messerschmitt 108 i 109, Fokker Dr. I i wiele innych historycznych maszyn miało pojawić się na lotnisku w Pardubicach. Pojawiły się i to wszystkie w powietrzu! Tym razem SPFL-owicze obstawili kilka miejsc w rejonie lotniska, niektórzy poszli pod płot, inni postanowili zająć miejsca wśród publiczności na płycie.

Jest sobotni poranek, na lotnisko przybywają pierwsze maszyny a my w gotowości oczekujemy na rozpoczęcie pokazów planowane na godzinę 12. Pogoda zapowiada się rewelacyjna, piękne słońce i czyste niebo zwiastują dobre warunki do fotografowania, niestety w parze ze słońcem przyszła też temperatura, która momentami stawała się nie do zniesienia i gdyby nie wiaterek to byłoby z nami krucho. Przejdźmy jednak do samej imprezy. Punkt 12:00 rozpoczynają się pokazy, na początek Gripen i jego solowy pokaz, pod płotem ziemia się zatrzęsła – dosłownie i w przenośni, praktycznie cały lot wykonywany był nad naszymi głowami, niesamowite uczucie stać tuż pod maszyną na pełnym dopalaniu, zatykamy uszy czym się da i… focimy! Po Gripenie przyszedł czas na legendę II wojny światowej czyli Hurricane’a i jak to na niego przystało kilka majestatycznych nalotów i powrót na płytę lotniska. Na niebie pojawia się Alca i wykonuje jeden przelot z wypuszczeniem flar, a teraz ze skrajności w skrajność od nowoczesnej maszyny po jednego z pionierów lotnictwa bo oto na niebie pojawia się Blériot XI. Wykonuje kilka niskich kręgów rzucany lekko podmuchami wiatru. W tle rozlega się już dźwięk grzejącego silniki Mi-24, jak tylko zwolniła się przestrzeń powietrzna wystartował. Dwa kosiaki, odpala świece dymne i zaczyna się pokaz umiejętności czeskiego pilota, który dostarcza nam ciekawy materiał fotograficzny. Kolejny punkt programu to także śmigłowiec ale tym razem Mi-171 z którego następnie wykonywany jest desant. Na pas wykołowuje Sopwith 1½ Strutter, który lata dokoła lotniska. W tym samym czasie w powietrze wzbija się Fokker Dr.I, niepozorny trójpłat coraz bardziej zbliża się do latającego od kilku minut Struttera. Pierwsza myśl to: „będą wspólne przeloty i rozejścia”. Jednak nic bardziej mylnego, ich wspólny lot przeradza się w bardzo ale to bardzo realistyczną walkę powietrzną. Dreidecker atakuje Anglika to z prawej to z lewej, jednak bezskutecznie bo pilot Sopwith’a nie zamierza łatwo się poddać. Po kilku minutach walki z efektownymi dźwiękami strzałów zwycięsko wychodzi pilot niemieckiego trójpłatowca wykonując konieczną w takim przypadku beczkę zwycięstwa a dymiący Soptwich znika za drzewami. Przez chwilę poczuliśmy się jak świadkowie walk powietrznych I wojny światowej. Historia na niebie posunęła się nieco w przód bo na tle chmurnego nieba rozlega się dźwięk DC-6, który nabiera wysokości a następnie wykonuje kilka low passów. Pogoda w Pardubicach zaczęła się lekko zmieniać, na horyzoncie pojawiły się groźnie wyglądające burzowe chmury zarówno od południowej jak i północnej strony lotniska, jednak jak się poźniej okazuje nie stanowiły większego zagrożenia a wręcz przeciwnie dały nam ciekawe tło dla fotografowanych samolotów. Lotnicza historia ponownie wróciła do swoich początków gdyż w powietrze wzbijają się Avia B.H.1 oraz Avia B.H.5. Mija druga godzina pokazów a na niebie ciągle coś się dzieje, do pokazu startuje Jungmann, Fi-156 Storch oraz Morane-Saulnier Ms.406. Krótka przerwa w lotach i na pas kołują cztery Zliny 50LX z czerwonymi bykami po bokach czyli The Flying Bulls. Po ich występie nadszedł czas na piękno lotnictwa a mianowicie samoloty z okresu II wojny światowej, startuje Me-108, który następnie znika gdzieś nad horyzontem. Na całe szczęście jeszcze do nas wróci ale teraz dzieje się coś ważniejszego, ten dźwięk pozna chyba każdy kto kiedykolwiek widział ten legendarny samolot w powietrzu a chodzi tu oczywiście o Spitfire’a. Zachwyt nad Spitem nie trwa długo bo zaraz za nim podnosi się znana głównie z desantu w Normandii DC-3 Dakota, wykonując kilka nalotów pokazuje nam piękno swoich linii i kształtów. Na koniec pokazu dołącza do niej Spitfire i chyba nie trzeba opisywać jaki widok stanowi połączenie tych dwóch maszyn w powietrzu. Powraca Messerschmitt Bf-108 Tajfun, wykonuje kilka przelotów zapowiadając swojego następcę czyli Messerschmitt’a Bf-109! Czuć moc w tej maszynie i nie trudno tu zrozumieć respekt angielskich pilotów przed 109-tką mimo, że wersja którą widzieliśmy w Pardubicach wyglądała nieco komicznie. Na płycie lotniska została jeszcze jedna planowana maszyna z II wojny światowej, chyba najbardziej oczekiwana, dlatego też większość z nas ciągle zerka w stronę metalicznie połyskującego Mustanga. Nasze oczekiwanie szybko się kończy, gdyż jeden z najlepszych myśliwców wszechczasów właśnie uruchomił silniki i dostojnie kołuje na pas startowy. Startuje i… no właśnie to co robił pilot Mustanga przez pierwsze kilka minut sobotniego pokazu to wielki znak zapytania chyba nie tylko dla nas ale i każdego oglądającego ten lot. Pilot wzniósł się na wysokość około 1000m i tam kręcił pętle i beczki. Co prawda nad płytą latał jeszcze Messerschmitt ale gdy ten się usunął pilot Mustanga nadal kontynuował swój lot, bo pokazem ciężko było to nazwać (w niedzielę już się to nie powtórzyło). Na szczęście po paru minutach zorientował się gdzie jest ziemia i ruszył w pogoń za Bf-109, który także wrócił nad lotnisko. Ponad 2000KM mocy przelatujące kilka metrów nad ziemią musi robić wrażenie, no i zrobiło! Dalsza część imprezy to pokaz akrobacji w wykonaniu Marka Hyka na Extrze 330SC oraz Petra Kopfstein’a na Extrze 330 LC. Obie Extry wylądowały a na lotnisku zrobiło się dziwnie cicho, przecież impreza się jeszcze nie skończyła! I w tym momencie na pas zaczęły kołować Zliny 526 a dokładnie gromada Zlinów jeden za drugim. Kołują i kołują, w sumie ponad 20 samolotów! Stawały na pasie czwórkami i odlatywały a widok był nieziemski, wyglądało to co najmniej jak wylot na akcję bojową. Pokazy zbliżały się do końca a finał zapowiadał się gorąco, bo miało być odrzutowo: nasz Lim-2, 2 Gripeny i Słowacki Mig-29. Ku naszemu zmartwieniu mimo długiego oczekiwania ten ostatni nie przyleciał zarówno w sobotę jak i w niedzielę. Gripeny też nie wywołały wielkich emocji, przelot i tyle ich widziano. Został więc jeszcze jeden czyli nasz Limek 2-gi ale pilot Lima chyba spotkał się z pilotem Mustanga bo większość pokazu odbywała się w dość sporej odległości od lotniska, także ciężko było go fotografować, pozostało nam oglądanie. Na całe szczeście w niedzielę odbył się już normalny pokaz.

Impreza zakończona! Podsumowując można uznać ją za baaardzo udaną, zarówno w powietrzu jak i na ziemi bo także tam działo się dość sporo. Organizatorzy nie zapomnieli o fanach rekonstrukcji historycznych towarzyszącym także w lotach jako obrona przeciwlotnicza. Atrakcji z pewnością nie zabrakło nikomu kto spędził weekend w Pardubicach i zdecydowanie polecam wybrać się tam za rok.

Piotr “Rzepka” Kostur

SPEEDWAY ACTION (Polska, Rzeszów)

W niedzielne popołudnie dnia 29 maja 2011 roku na Stadionie Miejskim w Rzeszowie odbył się niezmiernie pasjonujący pojedynek żużlowy, na którym i my zagościliśmy z naszym sprzętem fotograficznym. Naprzeciwko siebie stanęły dwie drużyny. Goście – lider i główny faworyt do złota Falubaz Zielona Góra oraz gospodarze – PGE Marma Rzeszów. Zawody od dawna uznawane były, za prawdziwy hit ostatniej kolejki pierwszej rundy rozgrywek Speedway Ekstraligi i tak też było, mimo że, drużynie gospodarzy nie udało się pokonać lidera. Emocji nie zabrakło podczas całego pojedynku obu zespołów. Na torze przy ulicy Hetmańskiej zaprezentowali się publiczności znakomici zawodnicy światowej czołówki: Andreas Jonsson i Greg Hancocka, a także uznawany za jednego z najlepszych polskich zawodników od wielu sezonów Piotr Protasiewicz oraz nadzieja polskiego speedwaya – Patryk Dudka.

I tak na zakończenie pierwszej rundy Speedway Ekstraligi drużyna PGE Marmy Rzeszów przegrała z liderem Stalmetem Falubazem Zielona Góra 39:51 i po siedmiu kolejkach zajmuje siódmą pozycję w lidze. Ostateczny wynik pojedynku nie odzwierciedla całej prawdy jaka działa się na torze. Marma Rzeszów nie ulękła się przeciwnika i przez całą rywalizację walczyła do końca, stawiając dzielny opór rywalom. Jednak nie przeszkodziło to podopiecznym Marka Cieślaka na osiągnięcie kolejnego sukcesu. Czołowa trójka zawodników Falubazu: Amerykanin Greg Hancock, Szwed Andreas Jonsson i Piotr Protasiewicz nie pozostawili złudzeń Rzeszowianom, kto był najszybszy na torze przy ulicy Hetmańskiej zdobywają kolejno Hancock z Jonssonem po 12 punktów i najwięcej podczas całego meczu Protasiewicz – 17 punktów. Dodatkowym utrudnieniem dla drużyny Dariusza Śledzia okazało się zastosowanie zastępstwa zawodnika za Rafała Dobruckiego, które znakomicie wykorzystał trener Falubazu używając swoich trzech najlepszych zawodników.

Przez pierwsze dziewięć biegów rywalizacja toczyła się pod dyktando zawodników Falubazu którzy objęli prowadzenie 30:24. W dwóch kolejnych odsłonach pojedynku górą byli Rzeszowie wygrywając biegi 4:2 tym samym przywracając nadzieję na zwycięstwo zgromadzonym kibicom. Na trzy biegi przed końcem spotkania Marmie Rzeszów brakowało już tylko dwóch punktów do rywala i przegrywała 35:37.Trzy ostatnie biegi należały już tylko do Falubazu, najpierw wygrali 4: 2, a w dwóch ostatnich nominowanych biegach zwyciężali podwójnie 5:1 udowadniając po raz kolejny swoją wyższość nad przeciwnikiem.

Tomasz “upadek” Gawlik

KJELLER FLYDAG (Norwegia, ENKJ)

Tradycyjnie jak co roku, w ostatnia niedzielę maja odbył się piknik lotniczy na ENKJ Kjeller, zorganizowany przez seniorów lotnictwa norweskiego z Veteranflygruppen przy wspóludziale Nedre Romerike Flyklubb i Królewskich Sił Powietrznych. Dzięki zaproszonym gościom ze Szwecji, Danii i Norwegii można było zobaczyć, podczas pokazów dynamicznych, spora część historii lotnictwa norweskiego od lat trzydziestych aż do dzisiaj, a grupa Rusian Warbirds of Norway zaprezentowała samoloty rzadko spotykane na skandynawskim niebie.

Grzegorz “Eskimos” Kozak

CASLAV OPEN DAY AIRSHOW (Czechy, LKCV)

Dni otwarte bazy lotniczej w Caslav dla niektórych z nas były pierwszą okazją do rozpoczęcia sezonu foto-lotniczego. Planowany program pokazów nie wzbudzał wielkich emocji i tak też było na miejscu, a w dodatku słabe warunki pogodowe zmniejszyły jeszcze atrakcyjność pokazów, jednak nie stanowi to przeszkody dla świra lotniczego! Imprezę rozpoczął przelot 2 Gripenów w parze z Airbusem 319, po czym jeden z nich wykonał dynamiczny pokaz solo. Mija raptem 5 minut i Gripen już kołuje po lądowaniu, gdy w tym czasie powietrze wzbiło się kilka maszyn z okresu I Wojny Światowej dając możliwość podziwiana swojej konstrukcji w niskich przelotach i co najważniejsze do fotografowania. Kolejny punkt programu to znów Gripeny i Airbus, lecz ten drugi pełnił tym razem pełnił on rolę intruza, który ma zostać przechwycony. Co prawda nie różniło się to niczym od zwykłego przelotu ale skoro mówią, że przechwycenie to przechwycenie. Pokazy kontynuowały odrzutowce – na niebie pojawiły się L-159 Alca, po nich znów zrobiło się śmigłowo, a na szarym tle ukazał się nie kto inny, jak belgijski Sea King. Zaraz po jego prezentacji na starcie znalazła się latająca drewutnia czyli Avia BH.1 a po niej kolejne maszyny m.in. Texan, Zlin 50, Boeing Stearman i Sokół w roli śmigłowca ratunkowego. Pogoda w Caslav zaczęła się poprawiać, a do pokazu dynamicznego po raz drugi wzbił się Gripen wykonując kilka figur i przelotów, w tym jeden na bardzo duuużej prędkości. Po szwedzkim myśliwcu nadszedł czas na kolejną porcję „śmiglaków”, wśród nich pojawił się oczekiwany zespół The Flying Bulls na Zlinach 50, który jak zwykle dał piękny pokaz akrobacji zespołowej przeplatanej występem solisty na Extrze 330. Przedostatni punkt programu to Mi-24, którego pokaz niestety mogliśmy podziwiać raczej „gołymi oczami” bo odbywał się w dość sporej odległości od naszej miejscówki. Na zakończenie przelot 2 samolotów Alca z efektami pirotechnicznymi i możemy wracać do domu.

Piotr “Rzepka” Kostur

Balice EPKK

Specyfiką lotniska w Krakowie-Balicach jest jego mieszany, cywilno-wojskowy charakter. Od strony wojskowej ma tu swoją siedzibę 8. Baza Lotnictwa Transportowego, wyposażona w samoloty CASA C-295M, PZL M28 Bryza i już niemal historyczne, acz wciąż niezniszczalne dwupłatowce An-2.

Siły Powietrzne dzielą lotnisko z Międzynarodowym Portem Lotniczym Kraków-Balice, obsługującym cywilny ruch powietrzny w tej części Polski.

Gdzieś pomiędzy jednym, a drugim swoją „niszę” znajduje Lotnicze Pogotowie Ratunkowe ze swoim Eurocopterem EC 135.

Do niedawna nasze fotograficzne „dokonania” w Balicach ograniczały się do klasycznych punktów widokowych z „górki” i  „zza płotu”. W tym roku, dzięki życzliwości wojskowych i cywilnych gospodarzy Balic,  ekipa SPFL zyskała sposobność odwiedzenia zarówno 8. BLTr, jak i Portu Lotniczego. W tym pierwszym przypadku mroźne warunki, panujące w lutowym Krakowie, pozwoliły nam obserwować i sfotografować niezwykle malowniczy „zabieg” odladzania samolotów przed startem. W tym drugim, oprócz stałych balickich gości – Boeingów 737, Embraerów i Airbusów -  mieliśmy okazję utrwalić na matrycach aparatów wizytę rzadkiego pod naszym niebem ptaka – amerykańskiego transportowca Boeing C-17 Globemaster III.

Obie wizyty bez wątpienia uznać należy za przetarcie szlaków i „początek pięknej przyjaźni”, która z pewnością przyniesie owoce w postaci kolejnych wypadów na krakowskie lotnisko i kolejnych zdjęć, które trafią również na tę stronę.

FESTYN LOTNICZY W MICHAŁKOWIE (Polska, EPOM)

Dnia 21 maja 2011 roku grupa Świrów Lotniczych wybrała się wcześnie rano do Michałkowa by rozpocząć sezon pokazów lotniczych. Byliśmy tam już od 7 rano. Po oględzinach terenu i fotografowaniu statyki dobraliśmy dogodną dla siebie miejscówkę. Już na wstępie spotkaliśmy się z miłym gestem ze strony Organizatorów, którzy uprzejmie wydzielili specjalnie dla nas „strefę”, z której swobodnie i bez zakłóceń mogliśmy czynić swoją powinność. Ledwo zabraliśmy się do ustawiania parametrów w swoich puszkach, a w powietrze wzbijał się już Christen Eagle pilotowany przez Marka Szufę. Co on wyprawia w powietrzu?! Jego pokazy zawsze budzą spore emocje i chwytają za serce. Zdecydowanie każdy z nas zapełnił większość miejsca na kartach pamięci jego występami tego dnia.  Po „wyprodukowaniu” przez Pana Marka sporej ilości chmur przyszedł czas na przyloty kolejnych gości. Tuż przed godziną 9.00 pojawił się ciężki śmigłowiec bojowy Mi24 z 56. Pułku Śmigłowców Bojowych z Inowrocławia. Majestatycznie „przedefilował” przed nami i usiadł by po chwili stać się jedną głównych atrakcji dla publiczności. Każdy mógł do niego zajrzeć i podziwiać jego potężny kadłub. Nie bez przyczyny śmigłowiec ten nazywany jest czołgiem, od charakterystycznego wydłużonego kształtu. Mi24 brał udział m.in. w wojnie Iran-Irak. Od samego rana baliśmy się o pogodę, która była wielką niewiadomą tego dnia. Jednak, kiedy Turbo-Finist SM92 T wyrzucił pierwszych skoczków, piękne czasze spadochronów ożywiły gęste jeszcze i szare chmury. Po nich zaprezentował się przepiękny Luscombe Silvaire Phantom 2, którego poszycie odbijało pojawiające się powoli promienie słońca i lśnił niczym lustro. Kolejny był Taylorcraft “Auster V” w barwach 663 Dywizjonu Samolotów Artylerii - pododdział lotnictwa wojsk lądowych Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. I znów Marek Szufa śmigał nad naszymi głowami tnąc chmury, zza których tym razem na dobre wyjrzało piękne słońce. Pan Marek tego dnia 6 krotnie wykonywał wszelkie możliwe akrobacje prezentując swoje ogromne umiejętności i pięknie malowanego Christen Eagle. Przyszedł też czas na szybowce. W powietrzu zaprezentowały się z gracją SZD-9 Bocian, SZD-50 Puchacz, SZD-51-1 “Junior”, SZD-30 “Pirat”, SZD-41A “Jantar Standard”, a także samoloty ultralekkie takie jak WT-9 Dynamic, CTSW, POLARIS FK-14, „Fregata” i zwinne Wiatrakowce. Można było zobaczyć też szybowiec „Czapla” – jedyny latający egzemplarz na świecie. Swój pokaz dały też 2 samoloty AT-4, oraz dynamiczny w ciekawym granatowo-czerwono-białym malowaniu z szachownicą Super Skybolt 300 i oczywiście Grupa Akrobacyjna  Formation Flying Team 3 AT3. Wśród ciekawostek nie mogło zabraknąć RWD-5R sławnego z rekordowego przelotu nad Atlantykiem. Pokazy filmował „Błękitny” –helikopter TVN24 Robinson Raven R44. Między pokazami zapowiadanych gwiazd niebo gościło wielokrotnie skoczków, motolotnie i motoparalotnie. Oczekiwanym elementem pokazów był PZL M18 Dromader. Okazał się atrakcją nie tylko ze względu na widowiskowy dla oka zrzut wody, ale też ochłodził mocząc część naszej SPFL-owej ekipy stojącej w osi pasa. Koszulki były rzeczywiście mokre, a sprzęt cudem uratowany Jeszcze emocje nie opadły a nad Michałowem pojawiły się 2 F-16 Fighting Falcon z 31 BLT Poznań-Krzesiny. Dotarły z Poznania do Michałkowa w kilkanaście minut by punktualnie o 16.00 wykonać przelot na wysokości 200m i przejść na dopalaniu. Po zrobieniu kolejnego przyjścia nad lotnisko myśliwce odeszły w szyku taktycznym i ku naszemu zaskoczeniu na pożegnanie wystrzeliły flary. Tego nikt się nie spodziewał! Udało im się nas pozytywnie zaskoczyć. Nie było czasu na ochłonięcie. Gdy tylko eFki zniknęły musieliśmy szybko zmienić ustawienia w aparatach, bo Grupa Akrobacyjnej „Żelazny” rozpoczynała swój pokaz. Na nich zawsze można liczyć. Serduszko, pętle gonione, beczki, mijanki, rozejścia, zbiórki i ranwersy to ich specjalność. Piękne czerwone kadłuby w popołudniowym słoneczku i ta dynamika. Pięknie malowali błękitne niebo białymi dymami. Po nich w pięknym stylu pokazy zakończył Marek Szufa. Pokazy w Michałkowie odbywały się po raz pierwszy i na pewno nie ostatni. Organizatorzy postarali się o różnorodność maszyn i piknikowy charakter imprezy, co ściągnęło na miejsce sporą widownię. Pewnie za rok znów tam się wybierzemy.

Sylwia “sila” Zieja

POLOWANIE NA TYGRYSY (Francja, LFYG)

W dniach 09-20 maja 2011 r. na francuskim lotnisku w Cambrai odbyły się coroczne manewry – NATO Tiger Meet. Jak nazwa wskazuje, w imprezie tej biorą udział jednostki lotnicze, mające w swoim godle tygrysa. Niewątpliwą atrakcja dla fotografów, są samoloty pomalowane specjalnie na tą okazję, w różne „tygrysie” wzory. W dniach 11, 16, i 17 maja, zostały zorganizowane Spotters days. Ponieważ pomysł wyjazdu był spontaniczny, niestety nie udało się już kupić wejściówek na te dni. Najbardziej atrakcyjny dzień czyli  16.05 został sprzedany w 48 godzin, a na dwa pozostałe dni, rejestracja była już zakończona. Jednak w tym roku, 15 maja zorganizowano Tiger Meet Airshow, gdzie wstęp był wolny i nielimitowany.  Program imprezy wyglądał bardzo obiecująco. Podczas show, oprócz wielu aeroklubowych jak i zabytkowych samolotów, miała się zaprezentować w pokazie dynamicznym cała plejada współczesnych myśliwców odrzutowych takich jak: Hiszpańskie Mirage F-1 oraz F-18 Hornet, Francuskie Dassault Rafale i Mirage 2000, Belgijski F-16, Szwajcarski F-18 oraz Słowacki MiG 29. Wisienkami na tym odrzutowym „torcie” miały być F-86 Sabre oraz Saab-105. Jako punkty kulminacyjne programu, przewidziano „paradę tygrysów” oraz Show w wykonaniu Patrouille de France. W takim przypadku decyzja mogła być tylko jedna – jedziemy.

Na miejscu okazało się ze nie wszystko jest takie piękne, jak wyglądało przed wyjazdem. Na dodatek, również nie rozpieszczała nas pogoda. Na niebie królowały gęste, szare chmury, i tylko chwilami, gdzieniegdzie przebijały się promienie słoneczne. Strefa pokazów została tak wyznaczona iż fotografować trzeba było pod słońce, które schowane za chmurami, sprawiało że warunki do fotografii były bardzo trudne, – jak to mówimy między nami, wychodziło „szare na szarym”. Zaskoczeniem dla nas był fakt iż Tiger Meet Airshow, zorganizowano na starym wojskowym lotnisku, natomiast starty i lądowania odbywały się z nowego lotniska usytuowanego parę kilometrów dalej. W ten sposób straciliśmy okazję do wielu ujęć. O ile na warunki atmosferyczne nikt nie ma wpływu, tym bardziej zasmuciły nas potknięcia i błędy ze strony organizatorów. Pokazy rozpoczęły się z 40 minutowym opóźnieniem, kolejność wylotów i prezentowanych maszyn nie miała nic wspólnego z wyznaczonym wcześniej programem. Najgorsze było jednak to iż programu wypadło bardzo dużo punktów, począwszy od starszych samolotów jak np YAK-3 skończywszy na wyczekiwanych odrzutowcach. Z zapowiadanych wcześniej solowych występów siedmiu myśliwców odrzutowych, odbyły się tylko trzy w wykonaniu szwajcarskiego F-18, francuskiego Rafale i słowackiego MiGa 29. „Parada tygrysów” wypadła równie blado. Formacja samolotów przeleciał tylko dwa razy  wzdłuż lotniska, zwartą grupą, na dość dużej wysokości. Pięknie przedstawił się Patrouille de France, prezentując wydłużony program. Jednak z powodu późnej pory pokazu jak i zachmurzenia, totalny brak światła sprawił iż zrezygnowaliśmy z robienia zdjęć, delektując się widowiskiem.

Wykorzystując nieliczne, słoneczne prześwity, udało się nam wykonać kilka poprawnych zdjęć, a wyjazd nie skończył się „totalna klęską”

Mariusz „MarS” Suwalski

KRAKOWSKI PIĄTEK TRZYNASTEGO (Polska, EPKK)

Dnia 13 maja 2011 roku dzięki życzliwości władz Międzynarodowego Portu Lotniczego Kraków-Balice mogliśmy ponownie gościć na płycie krakowskiego lotniska. Pierwotnie wejście teren lotniska zaplanowaliśmy na godzinę 11:00, okazało się jednak, że na godzinę 10:15 spodziewany jest przylot samolotu C-17 Globemaster amerykańskich sił powietrznych. Takiej okazji nie mogliśmy zmarnować. Niezwłocznie po załatwieniu formalności wejściowych udaliśmy się na koniec pasa 25 oczekując na przybycie naszego “pupila”, zaliczając w międzyczasie kilka maszyn pasażerskich linii Ryanair i Easy Jet, a także wojskowe Casy C-295 Polskich Sił Powietrznych. Chwilę przed godziną 11:00, na niebie pojawiła się charakterystyczna sylwetka amerykańskiego transportowca, który po wylądowaniu, majestatycznie przekołował w bliskiej odległości. Kolejnym punktem naszej wycieczki, było lądowisko śmigłowca ratunkowego EC-135, należącego do Lotniczego Pogotowia Ratunekowego. Ciąg dalszy wizyty to kolejne lądowania “pasażerów”, a także dalszy rekonesans wojskowej części lotniska, a dokładnie okolic strażnicy LSRG. Mogliśmy stamtąd fotografować nie tylko kołowania oraz operacje w powietrzu , a także stojące na płycie lotniska wojskowe Casy, Bryzy i An-2. Pomimo, że nasz plener odbywał się w piątek trzynastego, możemy go uznać za nadzwyczaj udany. Mamy nadzieję, że współpraca z Międzynarodowym Portem Lotniczym Kraków-Balice, rozwinie się pomyślnie i będziemy mieli możliwość gościć tam jeszcze wiele razy.

Bartosz “BNOVY” Nowak

ŁASKOWE AKROBACJE (Polska, EPLK)

Korzystając z wyśmienitej pogody oraz przebazowania zespołu akrobacyjnego Biało-Czerwone Iskry z macierzystego Dęblina na lotnisko w Łasku, postanowiliśmy zawitać do 32.BLoT się przyjrzeć działalności tej formacji z bliska. Spędzenie całego dnia treningowego z zespołem umożliwiło nam zapoznanie się z układem i kolejnością figur wykonywanych przez zespół, stanowiło też dobry trening przed rozpoczęciem sezonu pokazów lotniczych. Dzięki kilku wylotom podczas jednego dnia mogliśmy swobodnie zmieniać miejsce fotografowania, co zaowocowało mnogością ujęć. Korzystając natomiast z miłego przyjęcia przez techników zespołu oraz życzliwości naszego opiekuna mieliśmy również okazję dokładniej zapoznać się z samolotem TS-11 Iskra. Kibicując Zespołowi w trakcie treningów z niecierpliwością czekamy na pierwszy publiczny pokaz.

Michał “nurek” Wajnchold

SPFL BLIŻEJ NATURY

We wtorek 3 maja 2011 roku fotografowie SPFL postanowili sprawdzić swoje umiejętności w fotografii … oczywiście lotniczej. Nie było by w tym nic zaskakującego, gdyby nie fakt iż tym razem celem wyprawy nie były „stalowe ptaki”, lecz te żyjące w naturze. Wszyscy liczyli, iż pojawią się bieliki, a szczytem marzeń, było złapanie w kadrze tego drapieżnika podczas łowów. Pogoda dopisała, pomimo nocnych przymrozków, poranek był słoneczny. Nasz przewodnik skierował swoją łódź w miejsca, w których często obserwował bieliki podczas codziennej pracy rybaka. Napięcie rosło, gdyż jak to z naturą, jest nieprzewidywalna i nie mieliśmy żadnej gwarancji, że bieliki się pojawią. W ramach ćwiczeń i rozgrzewki, nasze obiektywy skierowaliśmy na inne ptactwo wodne. W końcu słyszymy upragniony komunikat „są bieliki”. Ku naszemu zaskoczeniu, pojawiły się naraz, aż cztery młode osobniki. Migawki pracują na maksymalnej szybkości, emocje sięgają zenitu, ptaki odlatują. Robimy przegląd wykonanych kadrów i zapanowała konsternacja, nie wyszło to najlepiej. Szybko wyciągamy wnioski, poprawiamy ustawienia w aparatach i naszych „głowach”. Nurtuje nas jednak pytanie, czy dostaniemy od natury jeszcze następna szansę? Tego dnia szczęście nam wyjątkowo sprzyjało, takich szans było parę. Podczas trzygodzinnego rejsu po Zalewie Szczecińskim, w różnych punktach, mieliśmy okazję jeszcze parokrotnie zaobserwować bielika. W większości przypadków były to na tyle bliskie spotkania, iż udało się wykonać wiele zdjęć polujących drapieżników. Jednak to co przeżyliśmy i sfotografowaliśmy pod koniec wyprawy przerosło nasze najśmielsze oczekiwania. Zaobserwowaliśmy walkę w powietrzu, jaką toczyły dwa samce, tuż nad powierzchnią wody. W pewnym momencie jeden z osobników nie wzniósł się dość szybko i do niej po prostu wpadł. Na łodzi, którą płynęliśmy zapanowała konsternacja i niepewność czy bielik w takiej sytuacji sobie jakoś poradzi i czy uda mu się wznieść w powietrze. Kiedy przez dłuższy czas nic takiego nie nastąpiło, podpłynęliśmy w rejon upadku ptaka. Bielik utrzymywał się na wodzie, ale wyraźnie widać było, iż nie ma szans na samodzielne poderwanie się do lotu. Brzeg znajdował się około 300 metrów od miejsca upadku, a woda była bardzo zimna i widoczne było, iż ptak słabnie z każdą chwilą. Właściciel łodzi stwierdził, że prąd wody jaki występuje w tym rejonie, będzie spychał zwierzę wraz z nurtem, z dala od brzegu. Postanowiliśmy podjąć akcję ratunkową i bielika wyłowić na pokład łodzi. Akcja wymagała wielkiej uwagi i skupienia, tak aby nie wyrządzić najmniejszej krzywdy ratowanemu ptakowi, a jednocześnie zadbać o własne bezpieczeństwo. Potężny dziób i jeszcze bardziej okazałe szpony bielika, budziły należyty respekt. Zmarznięty i wyczerpany ptak został podniesiony na pokład łodzi. Po krótkich oględzinach bielika nie zauważyliśmy żadnych ran, więc postanowiliśmy przetransportować bielika na pobliski brzeg, gdzie mógłby się bezpiecznie ogrzać w promieniach słońca i wysuszyć pióra. Po dostarczeniu ptaka na brzeg, by go niepotrzebnie dalej nie stresować, wszyscy oddalili się z powrotem na łódź i odpłynęli. Szczególne dziękujemy i gratulujemy właścicielowi łodzi, rybakowi Edwardowi Gancarczykowi, który wykazał się niezwykłą znajomością przyrody, jak i umiejętnościami sterowania nią w tak nietypowych warunkach.

Mariusz “MarS” Suwalski

EPMM KONTRATAKUJE (Polska, EPMM)

Po tym jak kilka dni wcześniej dość spora grupa świrów lotniczych gościła w 23 Bazie Lotnictwa Taktycznego w Mińsku Mazowieckim, udało się zorganizować kolejny wypad, tym razem mniejszą grupą. Po dotarciu na miejsce, przywitaliśmy się z pilotami, rozpakowaliśmy „graty”, po czym szybkim krokiem ruszyliśmy w stronę pasa, ponieważ dochodził nas już dźwięk grzanych silników. Chwilę później po dotarciu do pasa wystartował solista, który ćwiczył przed pokazami we Francji. Następnie seria startów i lądowań, aż do późnych godzin wieczornych. Właśnie to wieczorne starty jak i przeloty przy zachodzącym słońcu najbardziej utkwiły nam w pamięci.

Hubert “Blister” Dajnowski

JAJECZKO NA EPMM (Polska, EPMM)

W dniach 20-21.04.2011r. grupa świrów lotniczych, dzięki uprzejmości Dowództwa 23 Bazy Lotnictwa Taktycznego w Mińsku Mazowieckim, miała okazję po raz pierwszy w tym roku fotografować MIG-29. Przygoda rozpoczęła się o 12.30 w miejscu zbiórki całej grupy, skąd udaliśmy się pod bramę lotniska. Pogoda tego dnia była idealna – bezchmurne niebo, temperatura około 20 ° C, więc każdy przybył w doskonałym humorze z nadzieją na wyśmienite zdjęcia. Pierwszy wylot zaplanowany był na 14.00,  więc czas wolny wykorzystaliśmy na fotografowanie maszyn na Centralnej Płaszczyźnie Postoju Samolotów (CPPS).  Dzięki sporej ilości wystawionych maszyn każdy znalazł kadr dla siebie, a w tzw. międzyczasie wpadł nam mały bonus w postaci startu pary dyżurnej.

Po wylocie dwóch maszyn cała ekipa przemieściła się w okolice środka pasa. Tam czekaliśmy na kolejne dwa starty. Wszystkie samoloty startowały z użyciem dopalaczy, co jak zwykle wzbudziło spory entuzjazm. Podnieceni startami, żwawym krokiem udaliśmy się na koniec pasa, gdzie oczekiwaliśmy przylotów maszyn. Po powrocie MIG-ów mogliśmy podziwiać kunszt pilotażu, jaki piloci zaprezentowali nam niskimi przelotami nad pasem startowym. Po spektakularnych lądowaniach, przyszedł czas na kolejne starty, które nastąpiły godzinę później. Ponownie przemieściliśmy się w okolice środka pasa. Słoneczko coraz bardziej chyliło się ku horyzontowi, dzięki czemu warunki do fotografowania robiły się piękniejsze.

Kulminacyjnym momentem dnia był ostatni wylot tuż po zachodzie słońca, gdy niebo nad linią horyzontu miało cudowną czerwono-pomarańczową barwę. Maszyny startujące na dopalaczach, były cudownymi modelkami. Powstały piękne, klimatyczne zdjęcia.  Gdy wszyscy spakowali już sprzęt i udawaliśmy się do samochodów, nieoczekiwanie do startu została poderwana para dyżurna – bonus nr 2 tego dnia. Warunki były już bardzo trudne, gdyż panowała prawie całkowita ciemność. Tym miłym akcentem zakończyliśmy pobyt w bazie. Punktem finalnym wyjazdu była wspólna „kolacja”.

Waldemar “valdi” Piela

“SAMOLOTY – ŻELAZNE PTAKI” – WYSTAWA FOTOGRAFII LOTNICZEJ

Jak juz zapowiadaliśmy w aktualnościach dnia 31 marca 2011 roku, o godzinie 17.30 rozpoczął się wernisaż wystawy naszego kolegi Sławomira “Slavcia” Szychowskiego, pt. „Samoloty – żelazne ptaki”. Wśród zaproszonych gości, których przywitał mjr rez Robert Kopij – Kierownik Klubu 12 Dywizji Zmechanizowanej byli obecni m.in.: dowódcy z 12 Komendy Lotniska w Mirosławcu, ppłk. rez. Andrzej Wyganowski (Komendant byłego Pomorskiego Oddziału Straży Granicznej), Dyrektor Portu Lotniczego Szczecin-Goleniów,  przedstawiciele służb mundurowych Straży Granicznej z Nadodrzańskiego Oddziału Straży Granicznej, Policji, Służby Więziennej oraz liczni pasjonaci fotografii. Na wystawę przybył również z Berlina płk. Uwe Nowitzki – były rzecznik prasowy Wielonarodowego Korpusu Północ-Wschód.

Autor zdjęć w swoim wystąpieniu podziękował mecenasowi i jednocześnie patronowi honorowemu wystawy – dowódcy 12 Dywizji gen. dyw. M. Tomaszyckiemu za umożliwienie przedstawienia swoich prac, powitał gości, po czym w krótkiej prelekcji przedstawił zgromadzonym na wernisażu gościom tematykę fotografii lotniczej. Fotografii, która w jego wykonaniu, jak i również innych członków naszego Stowarzyszenia, ma na celu ukazanie z jednej strony mocy “żelaznych ptaków”,  a z drugiej ich otoczenia. Tylko takie połączenie jest w stanie oddać emocje, pozostawiając niezapomniane wrażenie, że lotnictwo jest jedną z tych dziedzin w działalności człowieka, która nigdy nie przestanie nas zaskakiwać. Autor wystawy  bez chwili wytchnienia odpowiadał na pytania zwiedzających, których tak przedstawione samoloty myśliwskie urzekły. Zaprezentowano na niej 76 zdjęć, będących namiastką tego, co Slavcio szykuje dla nas w niedalekiej przyszłości.

Sławomir “Slavcio” Szychowski

DYSKRETNY POWIEW KLASYKI (Polska, EPKK)

Początek wiosny 2011 roku na krakowskim lotnisku zgotował fotograficzną atrakcję spod znaku Red Bulla. W dniach 25-27 marca w związku z benefisem Adama Małysza w Zakopanem, do Balic przyleciał jeden z latających oldtimerów firmy Red Bull – sponsora naszego skoczka – pięknie odrestaurowany Douglas DC-6. Jest to egzemplarz, który w przeszłości służył m. in. jako salonka VIP marszałka Josifa Broz Tito, by po zakrętach historii w końcu stać się własnością austriackiej firmy, dzięki której zyskał drugą młodość. Dynamika manewrów, low passy oraz niski basowy pomruk czterech tłokowych silników wzbudził niekłamany zachwyt zgromadzonych z tej okazji fanów awiacji oraz przygodnych spacerowiczów. Na przylot “Byka” ekipa SPFL skrzyknęła się na popularnym Foxtrocie, czyli łące obok drogi kołowania, gdzie samolot jest nieomal na wyciągnięcie ręki. Nasze nosy nas nie zawiodły – oprócz nas nie było nikogo z aparatem! Lądowanie poprzedził piękny niski low pass. Następnego dnia w odróżnieniu od piątkowego przylotu pogoda dopisała i niebieskie niebo było upstrzone pięknymi cumulusami. Po dość długim oczekiwaniu cielsko oldtimera wtoczyło się na pas z nietypowej strony i licznie zgromadzeni mogli zachwycić się rasowym gangiem czterech tłokowych silników. Czas cofnął się o kilkadziesiąt lat.

Michał “nurek” Wajnchold

EPKS – ZIMOWE OSTATKI (Polska, EPKS)

1 marca 2011 grupa fotografów spod znaku Air Action, po raz kolejny odwiedziła 31. Bazę Lotnictwa Taktycznego w Krzesinach pod Poznaniem. Zapowiadane przez meteorologów czyste, błękitne niebo wywoływało dreszcz podniecenia i nadzieję na udane zdjęcia. Po przesiadce do podstawionego przez dowództwo bazy autokaru, zostaliśmy przewiezieni pod wieżę, gdzie nasza delegacja udała się do dowódcy w celu wręczenia upominku w postaci naszych zdjęć z poprzedniej wizyty.

Po ustaleniu planu działania, zajęliśmy odpowiednie pozycje w pobliżu pasa startowego w celu sfotografowania startujących maszyn. Już po krótkiej chwili w powietrze błyskawicznie wzniosła się para dyżurna. Widok startujących tuż obok maszyn, wprawił wszystkich w doskonałe humory. Dalszych jedenaście Jastrzębi wystartowało wkrótce po nich, dzięki czemu mogliśmy zaspokoić głód fotografowania, oraz napawać się hukiem dopalaczy.

Po wystartowaniu wszystkich maszyn zmieniliśmy pozycję ustawiając się na przedłużeniu pasa i w doskonałej atmosferze oczekiwaliśmy na ich powrót. Już wkrótce na błękitnym niebie ukazały się zgrabne sylwetki F-16. Kilka z nich przemknęło nad naszymi głowami na wysokości kilkudziesięciu metrów. Wokoło było słychać jedynie huk lotniczych silników i trzaskanie migawek naszych aparatów uwieczniających te wspaniałe chwile.

Po wylądowaniu wszystkich maszyn, przeszliśmy do domku pilota, gdzie w miłym towarzystwie pilotów,  czekaliśmy na zapowiedziane loty wieczorne. Niestety tym razem szczęście nam nie dopisało – słońce okazało się szybsze i zaszło całkowicie przed pierwszym startem, przez co zrobienie dobrych zdjęć stało się prawie niemożliwe. Jednak sam widok startujących tuż obok myśliwców, ciągnących za sobą ogniste warkocze dopalaczy w pełni wynagrodził nam oczekiwanie. Dla takich chwil warto przejechać setki kilometrów!

Pragniemy gorąco podziękować dowództwu i całemu personelowi bazy za miłe przyjęcie oraz jeszcze milszą opiekę ze strony Pani Rzecznik.

Tomasz „Tomaszek” Kępski

PIERWSZE CASY ZA PŁOTY (Polska, EPKK)

W środę 23 lutego 2011 roku, korzystając z zaproszenia dowódcy 8. Bazy Lotnictwa Transportowego, 13-osobowa ekipa SPFL udała się na Balice w celu zainaugurowania wizyt w kolejnej z polskich baz lotniczych. Tym razem celem były loty instruktorsko-metodyczne na samolotach Casa i Bryza.

Po dotarciu na miejsce okazało się, że pogoda spłatała figla w postaci niskiej podstawy chmur i padającego śniegu. Kolejny raz matka natura miała rozdać karty, a te dla SPFL niestety nie były dobre. Biorąc pod uwagę, iż była to pierwsza nasza wizyta w 8. Bazie Lotnictwa Transportowego, spotkanie z Dowództwem Bazy oraz jej Rzecznikiem celem omówienia zasad przyszłej i mamy nadzieję owocnej współpracy były tak samo ważne, jak chęć wykonania świetnych fotografii.

Kolejny raz jednak los się do nas uśmiechnął, ponieważ po dotarciu do pasów startowych, zza chmur zaczęło przebijać się słoneczko, a po kolejnej pół godzinie pogoda wydawała się być wymarzona do fotografowania. Podczas oczekiwania na wylot pierwszej maszyny pojawił się Dowódca Bazy, któremu przekazaliśmy gustowny upominek w postaci zdjęcia Casy wykonanego przez członka SPFL, którą niebawem będzie można podziwiać na ścianie Sztabu.

Bezpośrednio przed lotami, byliśmy również świadkami widowiskowego procesu odladzania samolotów, co w połączeniu z panującymi warunkami atmosferycznymi tworzyło niesamowite efekty.

Około godziny dziesiątej nastąpił pierwszy wylot Casy, której celem było wykonanie dwóch kręgów, a w międzyczasie podejście do manewru touch’n’go. Niedługo po niej wystartowała Bryza.

Z uwagi na fakt, iż Balice są potem lotniczym wojskowo – cywilnym, w oczekiwaniu na wojskowe maszyny, mogliśmy również fotografować starty i lądowania samolotów liniowych przybywających do Krakowa.

Po wylądowaniu pierwszej Casy, zaczęły się przygotowania do lotów kolejnej maszyny tego typu. I znowu procedura z odladzaniem dostarczyła nam pięknych efektów, które zostały uwiecznione na fotografiach. Po zakończeniu lotów przez Bryzę i starcie drugiej Casy podziękowaliśmy personelowi technicznemu, pilotom i udaliśmy się pożegnać z Dowództwem Bazy. Z tego miejsca pragniemy szczególnie podziękować Panu Kapitanowi Maciejowi Nojek, za poświęcony nam czas i opiekę w bazie.

Jak zwyczaj SPFL nakazuje, po opuszczeniu bazy udaliśmy się na wspólny posiłek, a po nim rozjechaliśmy się jak zawsze w świetnych humorach do domu, oczekując niecierpliwie na możliwość kolejnego fotografowania we wspólnym gronie.

Konrad “kifcio” Kifert

MROŹNE EPLK – REAKTYWACJA (Polska, EPLK)

W dniu 16 lutego 2011r. spora grupa miłośników lotnictwa zrzeszonych w SPFL Air-Action miała okazję gościć w 32. blot w Łasku. Zimowa aura nie rozpieszcza nas podczas ostatnich naszych wizyt, ale jak udowodniliśmy po raz kolejny, żadne – nawet najtrudniejsze warunki nie odwiodą  nas od możliwości przebywania w pobliżu myśliwców :)

Dzięki uprzejmości dowództwa mogliśmy fotografować maszyny przygotowujące się do lotu podczas tzw. last-chance, co było dla nas nie lada ciekawostką. W tym samym czasie druga część grupy czekała na Jastrzębie przy pasie. Pierwsze starty odbyły się bez opóźnienia – już o godzinie 8:30 przy huku dopalaczy cztery maszyny wzbiły się w powietrze i rozpoczęły swoje zadania w ramach ćwiczeń pod kryptonimem Eagle Talon.

Szybkie przegrupowanie, przejście na drugą stronę lotniska i kilkanaście minut po godz.10-ej F-16 lądowały na pasie w Łasku. I choć odczuwalna temperatura była dużo niższa niż w rzeczywistości, a silny wiatr nie pomagał nam w oczekiwaniu na samoloty, to humory nam dopisywały.

Korzystając z chwili przerwy część grupy odwiedziła sokolnika, który zaprezentował nam swoje piękne ptaki, natomiast pozostali fotografowali samoloty stojące w hangarach.

Tuż po godzinie 12.30 całą grupą fotografowaliśmy drugą serię lotów – początkowo wystartowały tylko 2 maszyny, ale ku naszej radości w kilkanaście minut później usłyszeliśmy dźwięk odpalanych silników i koło godziny 13.00 poderwały się w powietrze jeszcze 2 samoloty.

Wspaniałym zwieńczeniem dnia były ćwiczenia na kręgu nadlotniskowym, podczas których każdy samolot podchodził do lądowania po dwa razy, co pozwoliło nam na uwiecznienie ciekawych kadrów.

Jak zawsze chcemy serdecznie podziękować dowództwu i pracownikom 32. blot za umożliwienie nam wejścia i opiekę na terenie bazy oraz za możliwości swobodnego fotografowania.

Katarzyna “katarina” Szczech

PUCHAR ŚWIATA W VIKERSUND (Norwegia, Vikersund)

W dniach 12-13.02.11 w Vikersund, odbyły się zawody Pucharu Świata w skokach narciarskich. Nowa norweska skocznia mamucia nie zawiodła, już podczas piątkowych treningów, Johan-Remen Evensen poszybował na odległość 246,5m pokonując rekord świata. Podczas sobotnich zawodów, Evensen (240 m, 234,5 m), musiał podzielić się pierwszym miejscem z Gregorem Schlierenzauerem (243,5 m, 232,5 m), obaj zawodnicy uzyskali 498,6 pkt i dosłownie znokautowali pozostałych skoczków. Niedzielne zawody to już majstersztyk lotów narciarskich. Wygrywa Gregor Schlierenzauer (227m i 237,5m), drugie miejsce zajmuje Johan Remen Evensen (230,5m i 226m), Adam Małysz (213m i 230,5m) bije rekord Polski i znów staje na podium (po raz 91).
Zawody na najwyższej skoczni świata (HS-225) dosłownie rozpruły worek z krajowymi rekordami:
Norwegia – Johan Remen Evensen 246,5m. Nowy rekord świata.
Austria – Gregor Schlierenzauer 243,5m
Finlandia – Janne Happonen 240m
Szwajcaria – Simon Ammann 238,5m
Słowenia – Robert Kranjec 232m
Polska – Adam Małysz 230,5m
Włochy – Andrea Morassi 208,5m

Grzegorz “eskimos” Kozak

ROMANTYCZNY WIECZÓR NA GÓRCE (Polska, EPKK)

Jest wtorek 8 lutego 2011. Wobec dużych szans na pięknie zachodzące słońce wymieniamy kilka maili i smsów i już wiemy gdzie spędzimy popołudnie. Postanawiamy w myśl hasła, że “na bezrybiu i rak ryba” skrzyknąć się na kultowej dla miłośników lotnictwa “górce” przed progiem pasa startowego na krótki trening w fotografowaniu lotniczych zachodów słońca.
“Górka” stanowi jeden z najatrakcyjniejszych punktów do fotografowania na krakowskim lotnisku. Doskonale widać stąd cały pas startowy a lądujące samoloty przemykają kilkanaście metrów nad głową.
Jest zimno, ale nasze cierpienia zostają nagrodzone znakomitymi ujęciami lądujących rejsowych maszyn i ciepłymi kolorami kończącego się dnia.
Przemarznięci obiecujemy wrócić tu w marcu gdy tarcza słońca będzie dokładnie w osi krakowskiego pasa startowego.

ZIMOWY ZLOT LOTNICZY SPFL – KOŚCIELISKO 2011

W dniach 20-24 stycznia 2011 ekipa SPFL oraz zaproszeni goście licznie stawili się w Kościelisku. Mimo iż w tym terminie nie odbywał się tam żaden Air Show, nasz zlot miał również lotniczy charakter. Przecież w pobliskim Zakopanem „latał” Adam Małysz, a konkursy Pucharu Świata na Wielkiej Krokwi odbyły się aż trzykrotnie między 21 a 23 stycznia. Na skoczni stawiliśmy się podczas piątkowego konkursu. Ku naszej olbrzymiej radości właśnie tego dania, niesiony również naszym dopingiem, Adam zdobył pierwsze miejsce. Oprócz dopingowania zawodników, naszym celem było również uwiecznienie na zdjęciach tego niesamowitego widowiska. Umiejętności fotograficzne nabyte na pokazach lotniczych niewątpliwie bardzo się przydały i w tym przypadku. Panoramowania na długich czasach podczas „lotów” zawodników nadawały zdjęciom dynamiki i wyrazistości głównego motywu.

Następnego dnia „polecieliśmy” kolejką na Kasprowy Wierch. Tego dnia Kuźnice oraz całe Zakopane było spowite mgłą. Na szczęście po dojechaniu do końcowej stacji okazało się, iż górskie szczyty wznoszą się ponad chmurami, dzięki czemu mogliśmy podziwiać wspaniałą panoramę Tatr. Oczywiście ten iście bajkowy pejzaż został uwieczniony na naszych fotografiach. Kolejną atrakcją tego dnia był wieczorny kulig z pochodniami oraz obowiązkowym ogniskiem. Podczas pieczenia kiełbasek przygrywała cały czas góralska kapela, a całej grupie towarzyszył wyśmienity nastrój. Ukoronowaniem wieczoru było spotkanie członków SPFL z Panem Wiktorem Sobolewskim z Nikon Professional Services. Chociaż SPFL nie stawia swoim członkom wymagań dotyczących używania konkretnej marki, to zdecydowana większość członków stowarzyszenia posługuje się produktami firmy Nikon. Rozmowa z Panem Sobolewskim przeciągnęła się do późnych godzin nocnych. Poruszyliśmy wiele zagadnień, począwszy od sprzętu, poprzez serwis oraz, co najważniejsze, temat przystąpienia SPFL do programu NPS.

Niedziela była dniem wolnym, ale bynajmniej nie bezczynnym. Grupki uczestników naszego zlotu można było spotkać od Morskiego Oka poprzez Krupówki po ponowną wizytę na Wielkiej Krokwi. Oczywiście wszędzie „towarzyszyła” nam fotografia. Podczas całego zlotu atrakcji było wiele, ale co najważniejsze, królowała fotografia, dobra zabawa i wyśmienite humory.

Narodne Letecke Dni Piest’any (Słowacja)

opis wkrótce

Kecskemet Airshow (Węgry)

opis wkrótce

Płocki Piknik Lotniczy

Płocki Piknik Lotniczy, ze względu na miejsce w którym jest organizowany, jest imprezą wyjątkową. Od 2010 roku pokazy odbywają się nad Wisłą, szeroką w tym miejscu na kilometr, zaś miejsca dla publiczności znajdują się na wznoszącej się na 50 metrów nadwiślańskiej skarpie, dzięki czemu można podziwiać maszyny nie tylko z dołu, ale także z góry, co daje niesamowite możliwości fotograficzne.

MAREK SZUFA

Sprzęt: Christen Eagle, Curtis Jenny
Kraj: Polska
Oficjalna strona: http://www.marekszufa.com

Marek Szufa to czołowy polski pilot akrobacyjny ale również modelarz, pilot szybowcowy, kapitan Boeinga 767. Jego pokazy, pełne dynamiki, na długo pozostają w pamięci widzów. Pana Marka i jego niesamowite maszyny możemy podziwiać podczas większości głównych imprez lotniczych w Polsce.

MRRROOOŹŹŹNEEE EPLK :) (Polska, EPLK)

W dniu 16 grudnia 2010 roku po raz kolejny mieliśmy przyjemność gościć w 32 Bazie Lotniczej w Łasku. Wstępne prognozy meteo zapowiadały piękną słoneczną pogodę i delikatny mróz. Już po przyjechaniu na miejsce po raz kolejny doszło do nas, że wszystko zależne jest od warunków pogodowych, które na tamtą chwilę nie rokowały zbyt dobrze. Chmury, ograniczona widoczność i brak lotniska zapasowego sprawiły że wszystkie loty stanęły pod znakiem zapytania.
Mimo niepewności humory nam dopisywały, a oczekiwanie w bazie jeszcze bardziej zaostrzyło apetyt na zdjęcia. Szczęście jednak nas nie opuściło i tuż po godzinie 12 mogliśmy fotografować starty sześciu eF-szesnastek. Huk silników i dopalaczy zrekompensował w stu procentach małe opóźnienie. Gdy piloci wykonywali swoje zdania w powietrzu, my mogliśmy spokojnie zrelaksować się i ogrzać w budynku wieży oraz ustalić szczegóły późniejszych możliwości fotografowania. Dzięki uprzejmości i przychylności dowództwa lotniska już o godzinie 13.30 mieliśmy zgodę na fotografowanie lądowania Jastrzębi z drugiej strony pasa startowego. I choć ani przeprawa przez głęboki śnieg, ani późniejsze oczekiwanie na podchodzące samoloty przy -17ºC nie były łatwe, a fotografowanie dodatkowo utrudniała nam lekka mgiełka, narzekać na pewno nie możemy. Ze względu na poranne opóźnienie startów wieczorne loty zostały przesunięte na godzinie 16.30, co pod względem fotograficznym o tej porze roku nie dawało żadnych szans na dobre zdjęcia. Szybka zmiana koncepcji, krótka rozmowa z Dowództwem Bazy i już o 15.30 w towarzystwie dyżurnego strefy mogliśmy oglądać i fotografować maszyny przygotowujące się w hangarach do wieczornych lotów. Pięknym zwieńczeniem dnia była możliwość oglądania z bliska kołowania i nocnych startów Jastrzębi. Dla kilku członków SPFL była to pierwsza, wymarzona okazja do tak bliskiego obcowania z polskimi F-16. Z tego miejsca pragniemy serdecznie podziękować dowództwu i pilotom z 32 blot, a także Biver’owi ze Stowarzyszenia Miłośników Lotnictwa Ziemi Łaskiej za poświęcony nam czas i opiekę w bazie.
Jako że była to najprawdopodobniej nasza ostatnia wizyta w tym roku w Łasku, pragniemy życzyć dowództwu, pilotom oraz całemu personelowi zdrowych, spokojnych Świąt Bożego Narodzenia, a w Nowym 2011 Roku spełnienia marzeń oraz tyle samo startów, co lądowań.

Katarzyna “katarina” Szczech

ROBERT KOWALIK

Sprzęt: Extra 330L
Kraj: Polska
Oficjalna strona:

Pilot komunikacyjny i akrobata. Od wielu lat lata wyczynowo w klasie Unlimited Advanced samolotem Extra 300L. Zawodnik Aeroklubu Radomskiego, od ponad 20 lat uczestniczy w zawodach i pokazach międzynarodowych. Wielokrotny mistrz Polski w akrobacji samolotowej, brązowy medalista mistrzostw Europy. Na co dzień Robert Kowalik jest pilotem liniowym samolotu Boeing 737 oraz pilotem-instruktorem Aeroklubu Radomskiego.

RED ARROWS

Sprzęt: BAE Hawk
Kraj: Anglia
Oficjalna strona: http://www.raf.mod.uk/reds/

Zespół Akrobacyjny Królewskich Sił Powietrznych Wielkiej Brytanii należy do najbardziej rozpoznawalnych na świecie. Motto zespołu to: “Eclat”, co oznacza perfekcję lub znakomitość mówi sama za siebie i jest doskonałą reklamą. Powstała w 1964 grupa daje pokazy na całym świecie – do tej pory w ponad pięćdziesięciu krajach. Kilkukrotnie gościli na Polskim niebie niezmiennie wzbudzając zachwyt i uznanie kunsztem pilotażu. Występy niezależne od wariantu (niski/wysoki) zachwycają perfekcją pilotażu, mnogością prezentowanych figur oraz kolorowymi smugaczami.

RNLAF F-16 DEMO TEAM

Sprzęt: F-16
Kraj: Holandia
Oficjalna strona: http://www.f16demoteam.nl/

Założona ponad 30 lat temu grupa pokazowa generująca dużo hałasu, dymu i huku. Reklamuje siły powietrzne Holandii (RNLAF), używa pojedynczego pomarańczowego F16. Swoista rywalizacja pomiędzy solistami z innych demo teamów gwarantuje, że w pokazie Holendrzy dotrą do granic możliwości sprzętu, którym dysponują. Nietypowe, narodowe barwy Holandii powodują, iż jest to bardzo fotogeniczny obiekt na niebie.

ARTUR KIELAK

Sprzęt: Extra 300
Kraj: Polska
Oficjalna strona: http://arturkielak.com/

Pilot akrobacyjny, szybownik oraz skoczek spadochronowy. Lata jako kapitan Boeinga 737 w linii Ryanair. W przeszłości Latał m in. jako pilot demonstracyjny Cesny. Jak większość pilotów w Polsce przygodę z akrobacją zaczynał w 2004 roku od Zlina 526 by poprzez Zlina 50 w końcu zasiąść za sterami jednej z najlepszych maszyn w swojej klasie – Extry 300.
W latach 2007 -2009 członek Grupy Akrobacyjnej Żelazny, gdzie latał na Zlinach 526 oraz 50.

PATROUILLE SUISSE

Sprzęt: F-5 Tiger
Kraj: Szwajcaria
Oficjalna strona: http://www.patrouille-suisse.ch

Patrouille Suisse – Zespół akrobacyjny Sił Powietrznych Szwajcarii latający na Northropach F-5 Tiger z charakterystycznym stylizowanym białym krzyżem na spodzie samolotu. Specjaliści od latania w górach – bez nich nie może odbyć się coroczny pokaz sprawności Szwajcarskiego lotnictwa znany szerzej pod nazwą AXALP.

BIAŁO-CZERWONE ISKRY

Sprzęt: TS-11 ISKRA
Kraj: Polska
Oficjalna strona: http://www.bialoczerwoneiskry.eu/

Znany i uznany w Europie zespół akrobacyjny będący wizytówką możliwości Polskich Sił Powietrznych. Korzeniami sięgają 1969 roku i działającej w Radomiu formacji ROMBIK. Występy BCI na Europejskich lotniskach budzą najwyższe uznanie i są doskonałą wizytówką kunsztu polskich pilotów i możliwości samolotu TS-11.

THUNDERBIRDS

Sprzęt: Lockheed Martin F-16 Fighting Falcon Block 52
Kraj: USA
Oficjalna strona: http://thunderbirds.airforce.com/index.html

Zespół akrobacyjny Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych stacjonujący w Nellis (Nevada). Niezwykłe pokazy na samolotach F-16 można oglądać nie tylko w USA, zespół ten występuje bowiem również po naszej stronie Oceanu. Show odbywa się nie tylko w powietrzu, ale również na ziemii, gdzie możemy być świadkami precyzyjnych działań techników i pilotów jeszcze przed startem. Podczas pokazu w powietrzu demonstrowane są zarówno loty w formacji jak i indywidualne show solistów, którzy prezentują możliwości samolotu F-16.

ŻELAZNY

Sprzęt: Extra 330, ZLIN 526, ZLIN 50
Kraj: Polska
Oficjalna strona: http://zelazny.azl.pl/

Grupa Akrobacyjna Żelazny – Jedyny w Polsce profesjonalny cywilny team akrobacyjny, obchodzący w 2011 roku okrągły jubileusz powstania.